Wybuch przemocy w Bahrajnie mógłby wywołać konflikt regionalny między sunnitami a szyitami. Gdyby tak się stało, USA musiałyby odpowiedzieć sobie na pytanie jak postąpić względem Chin.
W zakresie, w jakim media wiązały wydarzenia w świecie arabskim z Chinami, z reguły skupiano się na strachu Pekinu przed jaśminowymi rewolucjami. Ale jest inny związek między wydarzeniami w Azji Południowo-Zachodniej a Chinami, który nie jest dostrzegany.
Niemożliwe jest przewidzieć jak rozwinie się seria powstań arabskich, która rozpoczęła się od rewolty w Tunezji. Ale ciągłe napięcia w Bahrajnie, które przeszły raczej niezauważone w porównaniu ze wstrząsami w Egipcie i Libii dopóki na nagłówkach nie znalazło się odwołanie Grand Prix Formuły 1, mają potencjał zapoczątkowania katastrofalnej reakcji łańcuchowej.
Brutalne represje sunnickiej rodziny panującej wobec szyickich demonstrantów, z pomocą wojsk saudyjskich i najemników pakistańskich, może potencjalnie rozpętać regionalny konflikt sunnicko-szyicki w całym regionie Zatoki Perskiej. W najgorszym możliwym scenariuszu taki konflikt mógłby spowodować przerwę w eksporcie ropy naftowej z dużej części arabskiej strony Zatoki Perskiej.
W tej chwili gospodarka światowa nie mogłaby wytrzymać utraty tych surowców, co oznaczałoby, że pomimo fiaska irackiego i porażek w Afganistanie Stany Zjednoczone, jako jedyne państwo ze środkami wojskowymi pozwalającymi na przejęcie kontroli nad polami naftowymi, nie miałyby innego wyboru jak dokonać interwencji by zapewnić ciągłość dopływu ropy.
W 1990 roku, kiedy Stany Zjednoczone postanowiły walczyć aby usunąć siły irackie z Kuwejtu, prezydent George H.W. Bush zbudował szeroką koalicję, która złożona była z aktorów regionalnych (Arabia Saudyjska, Egipt i Syria między innymi), jak również wszystkich dużych państw-konsumentów ropy naftowej w owym czasie, to jest sojuszników z NATO, Japonii i kilku innych krajów. I chociaż Stany Zjednoczone wniosły zdecydowanie największą część potęgi militarnej, sojusznicy albo zapewnili dodatkowe siły, albo zapłacili część rachunków za tę wojnę. Oprócz operacyjnych i ekonomicznych korzyści dla Stanów Zjednoczonych, to duże "konsorcjum" podczas Wojny w Zatoce zmniejszyło ryzyko dla USA sprawiając, że większość innych państw przyjęła własną część odpowiedzialności za przywrócenie monarchii w Kuwejcie.
Gdyby Stany Zjednoczone czuły, że muszą ponownie dokonać interwencji w regionie, natura problemu - tj. jak zbudować globalny syndykat by odkręcić kurki naftowe - byłaby podobna. Ale tym razem liczba graczy byłaby większa. Inne państwa, a w szczególności Chiny, stały się ogromnymi konsumentami ropy naftowej i globalnymi aktorami gospodarczymi. Mają zatem tak samo duży interes jak Ameryka Północna, Europa i Japonia w utrzymywaniu dopływu ropy (nie tylko dla siebie samych, ale też w celu podtrzymania gospodarki międzynarodowej, która napędza ich wzrost).
Pytanie brzmiałoby zatem, jak najlepiej postąpić względem Chin. Stany Zjednoczone miałyby 2 zasadnicze opcje, z których każda ma swoje zalety i wady. Jedną z nich byłoby po prostu zignorowanie Pekinu i zorganizowanie interwencji NATO (plus Japonia, Korea Południowa, Australia) pod przewodnictwem Waszyngtonu. Plusem byłoby to, że zarządzanie interwencją byłoby łatwiejsze, ale minusem to, że Chinom oszczędzonoby wszelkiego ryzyka. Jednak jako konsument ropy naftowej (i eksporter do krajów, które potrzebują ropy) Chiny byłyby w stanie za darmo załapać się na tę operację czerpiąc korzyści z amerykańskiej akcji przywracania porządku w naftowym regionie. Zasadniczo, to krew USA i sojuszników zostałaby przelana w operacji, której korzyści przypadłyby w znacznej mierze Chińskiej Partii Komunistycznej.
Alternatywą byłoby poinformowanie Pekinu przez Waszyngton, że wraz z bogactwem przychodzi odpowiedzialność. Chinom powiedziano by, że muszą wziąć udział w tym wysiłku, albo też być ostatnimi w kolejce do dystrybucji ropy naftowej po interwencji. Uczestnictwo Chin mogłoby sięgać od finansowania pewnej części operacji po wysłanie dużej ilości żołnierzy. W ten sposób Stany Zjednoczone wplątałyby Chiny w wojnę, uniemożliwiając im próby podważania celów USA przy jednoczesnym korzystaniu z rezultatów amerykańskich działań. Uniemożliwiłoby to też Chinom łowienie okazji na wzburzonych wodach - być może w Iranie - a zarazem wykorzystywanie lądowania USA w Zatoce Perskiej do podważania interesów amerykańskich w Azji. Jednak w zamian za chińskie uczestnictwo Stany Zjednoczone musiałyby oddać część kontroli nad całą operacją.
Oczywiście jest mnóstwo opcji w ramach tych 2 scenariuszy. Ale nawet jeśli w chwili obecnej prawdopodobieństwo akcji pod przewodnictwem USA w celu zajęcia pól naftowych w Zatoce Perskiej wydaje się niskie, mimo to warto zacząć myśleć o tego rodzaju koalicji, która byłaby konieczna w przypadku gdyby sytuacja w Bahrajnie uczyniła z tego państwa regionalne Sarajewo.
Robert Dujarric jest dyrektorem Instytutu Współczesnych Studiów Azjatyckich w Temple University Japan Campus w Tokio.
Copyright The Diplomat.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://the-diplomat.com/2011/06/13/if-bahrain-erupts/
FOTO: Flickr user Al Jazeera English