Chińska doktryna obojętności
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Chronologia Książki
Chińska doktryna obojętności
Scott Hockley The Diplomat 2011-06-30 22:47:11

Gotowość Chin do spotkania się z rebeliantami z Libii powoduje, że niektórzy mają nadzieję na zwrot w ich polityce zagranicznej. Prawdopodobnie się rozczarują.

 

Pięć Zasad Pokojowego Współistnienia stanowi podporę chińskiej dyplomacji od ponad 50 lat. I chociaż pierwotnie zostały sformułowane z myślą o Indiach i Birmie, pozwoliły Pekinowi na stałe i aktywne wchodzenie w układy z niektórymi z najbardziej podejrzanych reżimów pod politycznie chwalebnym, lecz moralnie wątpliwym płaszczykiem polityki "nie pytaj, nie mów", w ramach której sojusznik może popełnić coś co wielu określa ludobójstwem nawet gdy chińskie firmy zaledwie kilka kilometrów dalej prowadzą eksplorację pól naftowych.

Pięć Zasad wysyła sygnał zarówno potencjalnym sojusznikom jak i wrogom: my tak właśnie robimy interesy; spodziewamy się, że wy tak będziecie robić interesy z nami. Służą one zapewnieniu potencjalnych przyjaciół o braku wrogich intencji dając im znać, że ich suwerenność i terytorium będą szanowane, oraz że Chiny w zamian oczekują dokładnie tego samego.

I to dlatego dla obserwatorów było takim zaskoczeniem kiedy rząd chiński ogłosił, że podejmie wysłanników antyrządowych rebeliantów walczących obecnie w Libii [Mahmoud Jibril, przewodniczący zarządu rebelianckiej Przejściowej Rady Narodowej przebywał w ChRL w dniach 21-22 czerwca - przyp. SM]. Chiny tradycyjnie rozmawiają w kwestiach politycznych tylko z prawnie uznanymi rządami innych państw, więc skąd ta nagła zmiana?

Interwencjoniści lubią widzieć w tym potwierdzenie swoich racji i mocny sygnał, że równowaga sił w konflikcie libijskim ulega przesunięciu. Chiny, przeprowadzając rozmowy z rebeliantami, praktycznie uznają nieuchronność upadku reżimu Kadafiego. To zaangażowanie jest znakiem, że Pekin chce zyskać pewność, że stawia na właściwego konia. Dla mocarstw z NATO wolta Chin jest dowodem, że ich strategia przynosi rezultaty.

Ale czy Chiny naprawdę wiedzą, w którą stronę wieje wiatr? Co ważniejsze, czy ich to obchodzi? Jak by nie było, Pięć Zasad zaleca nieingerencję w cudze sprawy i zmiana w chwili obecnej stworzyłaby niebezpieczny precedens dla przyszłej aktywności dyplomatycznej. Chiny nie mogłyby już powoływać się na względy moralne kiedy Dalaj Lama odwiedza Waszyngton i miałyby tylko ograniczone powody do skarżenia się kiedy "elementy wrogie harmonii" takie jak Liu Xiaobo są doceniane za ich wkład w zróżnicowanie poglądów w Państwie Środka. Bądź co bądź, bezpośrednie rozmowy z siłą, która otwarcie podważa władzę uznanego rządu są równoznaczne z usankcjonowaniem celów, do jakich dążą rebelianci.

I to jest coś, na co Pekin nie może sobie pozwolić jeśli ma utrzymać swoją reputację jako mocarstwa nieinterwencjonistycznego. Partia Komunistyczna będzie w pełni świadoma faktu, że 2 spośród jej najistotniejszych sojuszników, Iran i Birma, są pariasami międzynarodowymi, którzy ciągle zmagają się z wewnętrznymi wyzwaniami dla ich władzy. Gdyby Chiny miały zmienić kurs i przyjąć bardziej humanitarną postawę, fundamentalnie zagroziłoby to dostawom irańskiej ropy (około 15% rocznego importu Chin) i rurociągowi gazowemu przez Birmę, które zaopatrują je w tak dużo energii. Z drugiej strony, obu państwom brakuje innych sojuszników o takiej samej randze gospodarczej i są one całkowicie świadome konieczności utrzymania Pekinu w dobrym humorze, niezależnie od zmiany w filozofii.

A więc, czy jest to początek nowej, interwencjonistycznej polityki Pekinu? Bezsprzecznie to już się zaczęło. Politycznie motywowane dotacje są elementem dyplomacji czekowej Chin już od co najmniej dekady. Tamara Renee Shie, w jej znakomitym eseju "Beijing's Island Fever", mówi nam na przykład, że Chiny od lat udzielają wsparcia prochińskim kandydatom w wyborach demokratycznych na wyspach Pacyfiku. "Podarunki" od firm państwowych dla biednych państw afrykańskich przybierają tak różnorodne formy jak drogi i szpitale i umożliwiły zdobycie dużych względów u despotów tego kontynentu o co bardziej wątpliwej "legitymacji".

ONZ, teoretycznie wielki międzynarodowy niwelator, ale częściej stary, bezsilny pies obronny, także jest wykorzystywana przez Chiny jako środek ochrony suwerenności ich sojuszników (albo ochrony przyjaznych Pekinowi reżimów i chińskich aktywów, zależnie od perspektywy). Sudan w szczególności korzysta z ogromnego wsparcia Chin: nawet pośród najgorszych z zarzucanych zbrodni ludobójstwa w Darfurze przedstawiciel Pekinu dopilnował, żeby ewentualne potępienie Chartumu było na tyle osłabione, że stawało się nieefektywne. Iran tymczasem stał się czymś w rodzaju agenta, za pomocą którego karze się Stany Zjednoczone poprzez aktywne zaangażowanie i ciche wsparcie pod egidą Pięciu Zasad.

Jednak nic z powyższego nie dowodzi ostatecznie, że zaraz ma nastąpić radykalna zmiana w chińskiej polityce nieinterwencjonistycznej, a raczej tylko, że chińska dyplomacja kieruje się doktryną obojętności. Sojusznicy mogą mordować, gwałcić, torturować i represjonować, ale dopóki płynie ropa wszystko jest w porządku.

Ale to może nie wystarczyć rozgoryczonym masom na Bliskim Wschodzie. Jaśminowa rewolucja przyniosła gruntowne zmiany w krajobrazie politycznym regionu i chociaż interwencjonistyczna polityka Waszyngtonu może nie uzyskać wiele sympatii od nowych władz cywilnych, nie osiągnie też tego dbająca o własny interes, wyczekująca postawa Chińczyków.

Chiny ani nie zawetowały, ani nie zagłosowały za rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1973, co zostało powszechnie odebrane jako spektakularna demonstracja niepewności Pekinu co do skutków zachodnich działań przeciwko reżimowi Kadafiego. Chińscy delegaci dokonali właściwego wyboru, idealnie służącego ich własnym interesom, podobnie zresztą jak mocarstwa zachodnie: nie głosując "tak" Chiny mogłyby argumentować wobec zwycięskiego rządu libijskiego, że zawsze walczyły w jego narożniku i nie udzieliły wsparcia ruchowi antyrządowemu. Z drugiej strony, nie wetując rezolucji Chiny mogłyby łatwo postawić zwycięski rząd rebeliancki przed faktem, że dały rebeliantom ciche poparcie nie blokując jej uchwalenia.

Ale gdy publika w świecie arabskim dosłownie walczy o swoje życie przeciwko reżimom autorytarnym masakrującym dysydentów na ulicach, dorozumiana solidarność z ciemiężonymi nie zadowoli ofiar tych brutalnych akcji represyjnych.

A więc, czy jestesmy u progu dramatycznego zwrotu w chińskiej polityce? Wciąż wygląda na to, że Chiny będą uciekać się do swojej retoryki "centralnych interesów" by ostrzegać innych przed ingerowaniem w ich ciągle poszerzające się cele podstawowe, czy to terytoria, czy oceany czy też ponowne zjednoczenie z kłopotliwym Tajwanem. A idąc dalej, Chiny będą kontynuować swoją doktrynę obojętności.

 

Scott Hockley jest pisarzem bazującym w Szanghaju.

 

Copyright The Diplomat.

Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:

http://the-diplomat.com/2011/06/21/china%E2%80%99s-doctrine-of-indifference/

 

FOTO: Flickr user new batteries


Słowa kluczowe

 

lista
tematów
lista
autorów