6-miesięczna polska prezydencja w Unii Europejskiej rozpoczyna się mile widzianą dozą optymizmu ze strony jej premiera. Teraz kolej na tę trudną część.
Nie ma nic lepszego od kojącej ręki przyłożonej do rozgrzanego czoła. To w zasadzie zaoferował polski premier Donald Tusk kiedy 6 lipca 2011 roku przedstawił w Parlamencie Europejskim program 6-miesięcznej prezydencji jego kraju w Unii Europejskiej. W trakcie tego okresu Warszawa będzie koordynować większość prac Rady Europejskiej (kompleksu zgromadzeń państw członkowskich, który - wraz z parlamentem i Komisją Europejską - jest jednym z 3 instytucji zarządzających UE).
W przemówieniu Tuska mało było szczegółów, a dużo optymizmu co do perspektyw Unii Europejskiej - i dokładnie to większość słuchaczy w strasburskiej izbie chciała usłyszeć. Jakież to krzepiące gdy słyszy się przywódcę państwowego mówiącego, że UE jest "najlepszym miejscem na ziemi", takim do którego ludzie chcą migrować, a nie z którego uciekać. Jakież to krzepiące gdy słyszy się przywódcę państwowego mówiącego, że reakcją na obecny kryzys gospodarczy w UE powinno być więcej Europy, a nie mniej, w momencie gdy tak wielu przywódców europejskich schlebia potężnym sentymentom nacjonalistycznym i populistycznym i przede wszystkim podkreśla interesy narodowe.
Przemówienie Tuska zebrało pochwały od liderów głównych ugrupowań politycznych w Parlamencie Europejskim - probiznesowych Chrześcijańskich Demokratów, Socjalistów i Liberałów, a także Zielonych. W reakcji tej była odrobina ulgi: w chwili gdy ludzie w Europie Zachodniej coraz częściej zastanawiają się po co właściwie Unia Europejska istnieje, wystąpienie Tuska pokazało, że państwa członkowskie z wielkiego rozszerzenia z 2004 roku mogą dać sponiewieranemu kontynentowi trochę otuchy.
Zaledwie 7 lat minęło od tego dnia w maju 2004 roku kiedy Polacy i 9 innych państw z Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej wstąpili do UE. Większość (Polska, Węgry, Republika Czeska, Słowacja, Estonia, Łotwa, Litwa, obok Słowenii, Malty i Cypru) z nich stanowili niedawni uciekinierzy z bloku radzieckiego; ich przystąpienie oznaczało spełnienie obietnic członkostwa złożonych przez Europę Zachodnią jeszcze kiedy wisiała "żelazna kurtyna" i rozszerzenie na wschód wydawało się nierealną perspektywą. W chwili gdy przyłączyli się do stada - co potem stało się udziałem Bułgarii i Rumunii w styczniu 2007 roku, gdy Unia rozrosła się do obecnej liczby 27 członków - nowi przybysze byli uważani w stolicach zachodnioeuropejskich za ryzykowną perspektywę. Czy poradzą sobie ze wspólnym rynkiem, czy będą szanować zasady UE, czy nie będą zakłócać zarządzania projektem?
Tylko najzdolniejsi prorocy mogli przewidywać w latach 2004-07, że w 2011 roku unię będą trapić obawy o Grecję, Portugalię, Hiszpanię i Irlandię (a teraz też Włochy); i że to premierowi Polski przypadnie uspokajanie europejskich przedstawicieli poprzez przedstawienie obecnych kłopotów w perspektywie historycznej i ogłoszenie, że projekt europejski rzeczywiście ma przyszłość.
Realny podział
Oczywiście, przemówienie to tylko przemówienie i nie wiadomo jeszcze jak Polacy zrealizują nadzieje rozbudzone przez Donalda Tuska. Ale retoryka może być istotna i jego propozycje sugerują, że (już) nie takie nowe państwa członkowskie stają się opokami projektu europejskiego niegdyś z determinacją promowanego przede wszystkim przez Niemców i Francuzów.
To bowiem gospodarki nowych państw członkowskich okazały się bardziej odporne w świetle kryzysu, a ich ludność była bardziej gotowa na poświęcenia w celu uniknięcia katastrofy gospodarczej. Anders Aslund napisał: "Wszystkie kraje kryzysowe w Europie Wschodniej przedsięwzięły heroiczne programy korekt fiskalnych. Obcięły wydatki publiczne, zarobki publiczne i transfery socjalne, jednocześnie przystępując do trudnych reform strukturalnych w opiece zdrowotnej i edukacji. Wielu zachodnich obserwatorów twierdziło, że tak wielkie korekty wydatków byłyby niemożliwe politycznie i społecznie. Obawiali się zmian reżimów i upadku demokracji..." (zobacz The Last Shall Be the First: The East European Financial Crisis [Peterson Institute for International Economics, październik 2010]).
Wydaje się, że po rozszerzeniach z lat 2004 i 2007 wewnątrz UE rzeczywiście istnieje rozdźwięk - ale, że główny podział nie kształtuje się, jak się spodziewano, między państwami rozwiniętymi i mniej rozwiniętymi. Przebiega on raczej między tymi, którzy czują, że opłaca się być w UE, a tymi, którzy są coraz mniej świadomi tego, co Unia oznacza i co miała w zamierzeniu osiągnąć. Jeśli Łotysze czy Węgrzy (na przykład) byli gotowi zaakceptować cięcia bez poważnych protestów, rozumuje się, że przypisać to należy głównie kolektywnej pamięci o chaosie i paraliżujących pustkach w sklepach, co faktycznie przyniosła gospodarka komunistyczna.
Ten rozłam umacniają odmienne podejścia zachodnich i wschodnich Europejczyków do bezpieczeństwa. Unia Europejska, obok NATO, przyniosła bezpieczeństwo zachodnim Europejczykom przed 1989 rokiem, ale zniknięcie zagrożenia radzieckiego sprawia, że mieszkańcy zachodu nie za bardzo wiedzą, do czego te instytucje wciąż są potrzebne. Natomiast dla ich wschodnich kolegów Rosja pozostaje nieprzewidywalna, a UE tak samo jak NATO jest uważana za najlepsze zabezpieczenie przez wszelkimi powtórkami z przeszłości (zobacz Katinka Barysch, "Rosja-UE: wielka gra w Europie Wschodniej", 2 sierpnia 2010).
Wartość UE jest odczuwana w Europie Wschodniej na arenie zarówno wewnętrznej jak i międzynarodowej, gdyż jest ona uważana za reprezentującą końcową fazę procesów - modernizację zarządzania i ukończenie reform rynkowych - które ostatecznie kładą kres staremu systemowi komunistycznemu. Jest tu istotny interes finansowy, jako że pokaźne kwoty z unijnych funduszy pomocowych skonsolidowały (co się tyczy zwłaszcza Polski) nastroje prounijne. Jest to region, w którym Bruksela jest postrzegana jako siła na rzecz modernizacji, a UE jako przynosząca (jak powiedział Donald Tusk Parlamentowi Europejskiemu) wolność, dobrobyt i lepsze życie.
Warszawski koncert
Prezydencja europejska musi zachować równowagę między całą gamą interesów, teraz także w kontekście zreformowanych ram instytucjonalnych UE, w których odpowiedzialność za politykę zagraniczną dzieli się z prezydentem Rady Europejskiej (Herman van Rompuy) i ramach odniesienia, a nie przez umyślne argumentowanie za interesami Warszawy. Na przykład Polska ma żywotny interes w utrzymaniu napływu pomocy UE w ramach unijnej polityki regionalnej, której Tusk bronił jako systemu, w którym państwa dostają pomoc teraz, tak aby w przyszłości być w stanie przyczynić się do rozwoju innych.
Premier dał też jasno do zrozumienia, że jakikolwiek demontaż bezwizowego systemu podróży Schengen - czemu wróży decyzja Danii o przywróceniu kontroli granicznych - zagraża wspólnemu rynkowi, który Polska będzie chciała umocnić i rozszerzyć podczas swojej prezydencji. Ponadto mówił więcej o nadziejach na demokrację w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie niż o polityce sąsiedztwa UE na wschodzie, mimo tego, że ta druga jest ulubionym polskim tematem; był to sygnał dla południowych Europejczyków takich jak Włochy i Hiszpania, ża Polska zamierza przyjąć wyważone podejście. Tusk nie wspomniał też ani słowem o kwestii zmian klimatycznych, gdzie Polska jest zdeterminowana walczyć o ograniczanie kosztownych i szkodliwych środków, co uważa za swój interes narodowy. (zobacz "Poland and climate change", 14 grudnia 2010).
I znów, prezydencja UE może zrobić niezbyt wiele, zwłaszcza skoro trwa tylko do 31 grudnia 2011 roku, a pierwsze 2 z tych miesięcy (jeśli pozwoli kryzys w strefie euro) zbiegają się z wakacjami letnimi na całym kontynencie. Nie brakuje głosów politycznych (takich jak wśród brytyjskich eurosceptyków) skandujących mantrę, że UE jest "upadłym projektem" i żądających rozluźniania, a nie pogłębiania integracji, jak też głosów dziennikarskich ostrzegających Polskę ("która widzi w swojej pierwszej w historii prezydencji krok w odradzaniu się umęczonego narodu") przed przesadnymi ambicjami (zobacz "The view from the Vistula", Economist, 7 lipca 2011).
Jakikolwiek by nie był jej rezultat, są wszelkie szanse ku temu by Polacy sprawnie poradzili sobie z organizacją prezydencji. Cały program został przygotowany przez zespół młodych urzędników kierowany przez Mikołaja Dowgielewicza, wiceministra spraw zagranicznych, który pracował w Parlamencie Europejskim i został po raz pierwszy zauważony przez nieżyjącego już Bronisława Geremka podczas jego kadencji jako ministra spraw zagranicznych (1997-2000). Zespół ten tworzą ludzie, którzy byli zaangażowani w sprawy unijne nawet jeszcze zanim Polska wstąpiła do UE w 2004 roku. Są oni awangardą patrzącego naprzód pokolenia, które wkrótce powinno rządzić krajem. W krótszym okresie czasu, są dobrze przygotowani do reprezentowania proeuropejskiej Polski, która będzie reprezentować eurooptymistów w obecnie przygnębionej UE. A jeśli Europa potrzebuje czegoś w drugiej połowie 2011 roku, z pewnością jest to optymizm.
O autorze:
Krzysztof Bobiński jest prezydentem Unia & Polska, proeuropejskiego think-tanku w Warszawie. Był korespondentem "Financial Times" w Warszawie (1976-2000), a potem publikował magazyn Unia & Polska magazine.
Artykuł pochodzi ze strony openDemocracy i został opublikowany na licencji Creative Commons.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.opendemocracy.net/krzysztof-bobinski/poland%E2%80%99s-european-infusion
FOTO: Flickr user European Parliament