Polityka Rosji wobec Libii w ciągu kilku minionych miesięcy to studium ambiwalencji. W czerwcu emisariusz Kremla Michaił Margiełow spotkał się z libijską opozycją i ogłosił ją "poważnymi i odpowiedzialnymi ludźmi". Przeprowadził też rozmowy z przedstawicielami rządu Kadafiego o możliwym odejściu dyktatora. A tymczasem, postępując z uderzającą niekonsekwencją, Moskwa wysłała do Trypolisu mistrza szachowego Kirsana Iljumżinowa by kultywował dobre relacje z libijskim dyktatorem.
Powody, dla których rosyjski rząd nie może zdecydować się w sprawie Libii mówią ogromnie wiele o skomplikowanych odczuciach Moskwy co do arabskiej wiosny. W Libii Rosjanie mają do czynienia ze splotem interesów handlowych i strategicznych, który niesie zarówno ryzyko jak i możliwości. Możliwy upadek reżimu Kadafiego mógłby przekreślić kontrakty zbrojeniowe warte około 4 miliardy dolarów - nie wspominając o ogromnym udziale rosyjskiego państwowego lidera energetycznego Gazpromu (wraz z włoskim ENI) w libijskim polu naftowym Elephant. Utrata inwestycji Elephant byłaby szczególnie bolesna, jako że Moskwa i Gazprom spędziły wiele lat próbując zdobyć decydujący wpływ na europejski rynek energetyczny poprzez uzyskanie wpływu na dostawy północnoafrykańskiego gazu do Europy. Rosję niepokoi również to, co uważa za narastającą tendencję Zachodu do podejmowania zbrojnych interwencji. W marcu rosyjski minister obrony Anatolij Serdiukow powiedział składającemu wizytę sekretarzowi obrony USA Robertowi Gatesowi, że najpewniejszym sposobem ochrony cywilów w Libii jest natychmiastowe zawieszenie broni. Było to dzień po tym jak premier Władimir Putin potępił interwencję w Libii jako "średniowieczne wezwanie do krucjaty, kiedy ktoś wzywał kogoś by pójść w określone miejsce i coś wyzwolić".
Lecz wkrótce po krytyce Putina prezydent Dmitrij Miedwiediew otwarcie sprzeciwił się swojemu mentorowi. Bronił decyzji Rosji o wstrzymaniu się od głosowania nad rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ autoryzującą wysiłki NATO w Libii i ostrzegł, że słowo "krucjata" może doprowadzić do "starcia cywilizacji". Ta niechęć do wystąpienia przeciwko interwencji prawdopodobnie w dużej mierze wynikała ze zrozumienia, że Moskwa nie mogła wiele zrobić by powstrzymać operację NATO. Ale jest też taki szczegół, że Rosja skorzystała na zwyżce cen ropy wywołanej, przynajmniej częściowo, przez libijski chaos. Towarzyszący temu wzrost dochodów rosyjskiego rządu nie tylko eliminuje potrzebę podjęcia modernizacji systemu politycznego i gospodarczego, ale też pozwala Putinowi promować solidność Rosji jako dostawcy energii - takiego, który nie jest dotknięty wstrząsami wewnętrznymi.
Reakcje Rosji na arabską wiosnę z reguły, tak jak i w przypadku USA, różnią się od kraju do kraju. W Tunezji i Egipcie Rosja podkreślała swoje zainteresowanie rozwiązaniami lokalnymi - być może dlatego, że jej interesy handlowe i strategiczne w obu tych państwach były względnie minimalne. Syria dla kontrastu jest zupełnie inną kwestią. Tu mamy przypadek, w którym najprawdopodobniej cicha współpraca Rosji z Zachodem nie zostanie powielona. Zaiste, Moskwa wraz z Pekinem groziła zawetowaniem wszelkich działań Rady Bezpieczeństwa wobec Syrii i ogłosiła, że nie będzie nawet zastanawiać się nad taką rezolucją. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow ogłosił stanowczy sprzeciw Rosji wobec postawienia kwestii Syrii przed Radą Bezpieczeństwa. Tamtejsze rozruchy, powiedział, są wyłącznie syryjską sprawą wewnętrzną i podkreślił dalej, że w opinii Rosji "wszystko to musi ustać, żeby reformy ogłoszone przez prezydenta al-Assada mogły zostać wdrożone". Nieprzejednanie Moskwy dość łatwo wytłumaczyć. Bliskie stosunki Rosji z reżimem partii Baas w Damaszku sięgają wstecz jeszcze czasów radzieckich; Syria wciąż kupuje praktycznie całą swoją broń od Moskwy. Kreml obawia się też narażenia na szwank swoich powiązań z Iranem, stronnikiem Assada. Tymczasem, jak widzi to Rosja, operacja NATO w Libii wykroczyła daleko poza pierwotny mandat ONZ, a Moskwa nie chce by ktokolwiek próbował powtórki tego widowiska w Syrii.
Bliżej własnego podwórka, reakcje rosyjskie na falę zmian rewolucyjnych na Bliskim Wschodzie także ujawniają mieszankę różnych motywacji. Po pierwsze, od Miedwiediewa w dół, rosyjscy oficjele obawiają się, że siły islamistyczne, szczególnie Bractwo Muzułmańskie w Egipcie, będą ostatecznymi zwycięzcami każdych wyborów demokratycznych - i że to mogłoby mieć bezpośredni wpływ na wzrost ruchów islamistycznych w samej Rosji, która wciąż jest prześladowana przez uporczywą partyzantkę na Północnym Kaukazie. Elita uważa też, że rewolucje, które zbliżają się do Rosji są nieodmiennie wzniecane przez siły zewnętrzne. Na spotkaniu omawiającym niestabilność na rosyjskim Kaukazie Północnym, gdzie bojownicy dążą do obalenia rządów lokalnych i przeprowadzają liczne ataki terrorystyczne, prezydent Miedwiediew powiedział o Bliskim Wschodzie: "Te państwa są bardzo złożone. Jest całkiem możliwe, że dojdzie do trudnych wydarzeń, w tym dojścia do władzy fanatyków... Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Wcześniej przygotowali taki scenariusz dla nas".
Tymczasem na posiedzeniu parlamentu rosyjskiego w kwietniu rząd ujawnił, że doradził państwom Azji Środkowej wdrożenie skromnych reform, podobnych do tych jakie przedsięwzięto w Rosji po 2005 roku. W imię utrzymania stabilności Rosja zaleciła by państwa te rozwijały swoje systemy edukacyjne i poprawiały standardy życia swoich populacji. Kolejne rady dotyczyły m.in. stworzenia społeczeństwa obywatelskiego i ustanowienia pokoju międzyreligijnego.
Jednak to tyle jeśli chodzi o te porady w dobrych intencjach. Nawet gdy Kreml namawia swoich przyjaciół w Azji Środkowej by stawali się bardziej wyczuleni na potrzeby ich ludności, sam nadal wykorzystuje wszelkie dostępne środki by zapewnić, że rosnące niezadowolenie wewnętrzne nie będzie mogło znaleźć ujścia na ulicach. Co być może szczególnie godne odnotowania, rosyjski rząd niedawno zaproponował by właściciele internetowych mediów społecznych byli odpowiedzialni za całą treść zamieszczaną na ich stronach - co było jawną próbą uprzedzenia "facebook'owej rewolucji" na własnym podwórku. Premier Putin ostatnio obiecał stworzyć 25 milionów nowych miejsc pracy w ciągu kolejnej dekady i zarówno on jak i Miedwiediew obiecują podwyżki płac. Chociaż część z tej hojności można wytłumaczyć zbliżaniem się kolejnej rundy wyborów ogólnonarodowych w 2012 roku, sama jej skala sugeruje, że włodarze poważnie obawiają się możliwego nawrotu tego rodzaju demonstracji antyrządowych, które miały miejsce w 2005 roku.
Czy wydarzenia bliskowschodnie mogłyby zostać powielone w Rosji? Niedawne badanie opinii publicznej wskazuje, że 49% respondentów (wzrost z 38% miesiąc wcześniej) jest gotowych do uczestnictwa w protestach, zaś kolejne 24% stwierdziło, że przyłączyłoby się do wiecu lub innej lokalnej akcji protestu (wzrost z 18% miesiąc wcześniej). Nie są to przytłaczające liczby, a jednak władze są wyraźnie podenerwowane. Nawet kremlowski lojalista taki jak Konstantin Kozaczow, przewodniczący komisji Dumy ds. międzynarodowych, niedawno wezwał rząd i społeczeństwo do baczności wobec lekcji z arabskiego przebudzenia. Bez powrotu do demokratyzacji w Rosji ani Putin ani Miedwiediew nie mogą pozwolić sobie na poparcie fali rewolucji ludowych przetaczających się przez Bliski Wschód. Na razie jednak wszystkie znaki wskazują nie na demokratyzację, ale rosnącą korupcję, autorytaryzm i szowinizm państwowy.
Arabska wiosna przerodziła się w arabskie lato i sytuacja na Bliskim Wschodzie pozostaje niespokojna. Przynajmniej jak na razie polityka Kremla wobec regionu idzie za wcześniejszym przykładem. W krótkim okresie czasu rosyjska polityka zagraniczna prawdopodobnie będzie dalej koncentrować się na tych samych priorytetach: zapobieganiu dalszym zachodnim interwencjom wojskowym, poszukiwaniu wszelkich okazji do wykorzystania i ochronie długotrwałych interesów ekonomicznych. Trzeba jednak póki co poczekać jak w dłuższym okresie czasu Rosja zdoła przez to przebrnąć - zarówno na arenie wewnętrznej jak i międzynarodowej.
Stephen Blank jest profesorem studiów rosyjskiego bezpieczeństwa narodowego w U.S. Army War College. Carol Saivetz to research affiliate w Programie Studiów Bezpieczeństwa na Massachusetts Institute of Technology. Poglądy wyrażone w tym komentarzu są poglądami autorów i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy RFE/RL.
Copyright (c) 2011. RFE/RL, Inc. Reprinted with the permission of Radio Free Europe/Radio Liberty, 1201 Connecticut Ave., N.W. Washington DC 20036.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.rferl.org/content/commentary_russia_watches_arab_spring/24245990.html
FOTO: Kremlin