Niepowodzenie rezolucji postulującej sankcje przeciwko Syrii wzmacnia pozycję Assada i wysyła czytelny komunikat w kierunku syryjskiej opozycji: społeczność międzynarodowa pozostanie bierna, syryjska rewolucja musi poradzić sobie sama. W praktyce może to oznaczać to rychły upadek wolnościowego zrywu.
Dyplomatyczna burza
Projekt rezolucji upadł 4 października. Po raz kolejny został zablokowany wetem Rosji i Chin. Syryjska rządowa agencja prasowa, SANA pochwaliła weto: Decyzja Rady Bezpieczeństwa przywraca nadzieję na zbalansowaną politykę międzynarodową i koniec hegemonii euro-atlantyckiej, która sprowadziła rolę rezolucji ONZ do narzędzia opresji przeciwko walczącym o polityczną niezależność.
Dyplomacja niemiecka potępiła weto podkreślając, że uniemożliwiło ono wyrażenie solidarności z tysiącami Syryjczyków, którzy od miesięcy protestują w imię politycznych wolności. Amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton skomentowała wynik głosowania słowami: Rada Bezpieczeństwa zawiodła dziś Syryjczyków i uchyliła się od odpowiedzialności. Kraje, które zawetowały rezolucję będą musiały usprawiedliwić swoją decyzję i odpowiedzieć czekającym na sprawiedliwość Syryjczykom.
Jak argumentowała strona rosyjska, weto miało zapobiec nieadekwatnej i niepotrzebnej ingerencji w sprawy wewnętrzne Syrii. Kreml obawia się, że rezolucja mogłaby stać się wstępem do interwencji mierzącej w obalenie Assada. Strona rosyjska powołuje się przy tym na kazus Libii, gdzie misja projektowana jako humanitarna zakończyła się zmianą reżimu. Zgodnie z interpretacją Kremla interwencja w Libii została świadomie zmanipulowana celem osiągnięcia zakładanych wcześniej rezultatów politycznych.
Rosja powołuje się przy tym na 4 paragraf rezolucji 1973 RB ONZ w sprawie Libii, którego treść upoważniła do: Podjęcia wszelkich możliwych kroków (…) w celu ochrony cywilów i obszarów zamieszkałych przez ludność cywilną przed zagrożeniem ataków (…) wyłączając okupację jakiejkolwiek części libijskiego terytorium przez obce siły militarne.
Jak argumentuje Kreml, paragraf 4 stał się podstawą nie tyle do zapobieżenia kryzysowi humanitarnemu, co do ataków militarnych, a w konsekwencji realizacji agendy państw zachodnich. Weto Rosjan ma więc swoje podłoże w braku zaufania do intencji państw zachodnich, których polityka jest z perspektywy Kremla postrzegana jako mocarstwowa. Premier Putin zresztą wprost określił libijską interwencję NATO jako krucjatę.
Argumentacja Kremla wywołała polityczną konsternację. Szczególnie niepocieszona jest dyplomacja Francji, która od miesięcy próbuje przekonać Rosję do zmiany stanowiska. Francuski minister spraw zagranicznych Alain Juppe komentował: Przypuszczenie jakoby rezolucja miała na celu interwencję zbrojną nie ma uzasadnienia. Nie ma podstaw do tego by zakładać intencje militarne. Treść rezolucji nawet nie wspomina o takiej możliwości. To był smutny dzień dla Syryjczyków, to był smutny dzień dla całej społeczności międzynarodowej.
Rezolucja miała przede wszystkim nałożyć sankcje na handel bronią i ropą, gdyż dotychczas zastosowane restrykcje okazały się niewystarczające. Zaaplikowane przez UE i USA sankcje (między innymi zamrożenie aktywów oraz zakaz importu ropy) są z punktu widzenia syryjskiego mało szkodliwe, gdyż nie obejmują głównych partnerów handlowych Syrii – Rosji i Chin.
Rosyjski interes regionalny
Odrzucenie sankcji na forum RB ONZ oznacza nieskrępowaną kontynuację rosyjskiego handlu bronią, co w praktyce umożliwi reżimowi Assada dalszą pacyfikację rewolucji. Jak komentował szef Rosyjskiej Agencji Eksportu Broni (Rosoboronexport) Anatolij Isajkin: W świetle ustaleń Rady Bezpieczeństwa, jak i w obliczu braku innych wytycznych ze strony rządu, jesteśmy zobligowani do wypełnienia swoich zobowiązań handlowych i kontraktów względem Syrii.
Rosja nie tylko nie popiera syryjskiej rewolucji, ale ją wręcz potępia. Z punktu widzenia Kremla ewentualność obalenia reżimu byłaby przede wszystkim ciosem w rosyjski interes regionalny. Syria to nieliczny (poza Sudanem i Algierią) arabski współpracownik Rosji i ostatni militarny sojusznik w przesiąkniętym amerykańskim interesem regionie.
Inicjatywa na polu syryjsko-rosyjskiej współpracy militarnej stała się jednym z głównych kierunków polityki zagranicznej prezydenta Putina, który począwszy od 2005 roku podjął się taktyki odzyskiwania post-sowieckich wpływów w regionie. Głównym elementem taktyki stał się handel bronią. Według danych przytaczanych przez Igora Korotczenkę, szefa moskiewskiego think-tanku komentującego zagadnienia obronności, obroty z Syrią i Algierią stanowią jedną ósmą rosyjskiego rynku handlu bronią w ogóle. W Syrii Rosja stała się wyłącznym dostarczycielem broni pancernej i powietrznej. Na wyposażeniu armii Assadów znajduje się ponad 1000 czołgów T-72 oraz flota myśliwców Mig-29. W roku 2005 oba kraje zawarły umowę na podstawie której sprzęt został poddany modernizacji.
Jednym z najbardziej znaczących posunięć w ramach syryjsko-rosyjskiej współpracy militarnej było podpisanie umowy umożliwiającej uzbrojenie i unowocześnienie wybudowanej w okresie sowieckim wojskowej bazy morskiej w Tartus - jedynej rosyjskiej bazy morskiej na Morzu Śródziemnym. Począwszy od 2008 roku Tartus stał się miejscem stacjonowania rosyjskich okrętów wojennych. Jak poinformowano, modernizacja bazy ma umożliwić stacjonowanie jednostek zdolnych do transportu ładunków jądrowych. Posunięcie Kremla było wówczas przez wielu odczytywane jako reakcja na amerykańską inicjatywę instalacji tarczy antyrakietowej w Polsce. Modernizacja ma potrwać do końca 2012 roku. Jak informował adm. Władimir Wysocki, wraz z jej zakończeniem port będzie gotowy na stacjonowanie okrętów rakietowych i lotniskowców.
Poza żywotnością rosyjskich interesów militarnych i handlowych, weto Moskwy w spawie sankcji jest sygnałem w kierunku państw zachodnich - dyplomacja Kremla chce prowadzić bardziej asertywną politykę. Moskwa czuje się zagrożona nieskrępowaną ekspansją NATO w regionie. Z geopolitycznego punktu widzenia Kreml stoi na coraz słabszej pozycji i praktycznie nie uczestniczy w podziale bliskowschodniego tortu. Nic dziwnego zatem, że stara się bronić resztek swych wpływów.
W świetle interesów regionalnych śmierć syryjskiej rewolucji nie jest ceną, której zapłacenie zniechęciłoby Rosję do zmiany kursu. Wątek moralnej racji jest zresztą traktowany jako relatywny a właściwie nieadekwatny. Komentując problem, rosyjska prasa nie omieszkała przypomnieć o amerykańskim zaangażowaniu w zbrojenie reżimów Bahrajnu i Arabii Saudyjskiej odpowiedzialnych za śmierć demonstrantów na Placu Perłowym w Manamie.
Chiny jako regionalny gracz
Podobną genezę ma weto Pekinu. Głównym determinantem chińskiej polityki względem Syrii jest zapotrzebowanie na energię. Chiny są trzecim co do wielkości importerem ropy na świecie. Rozwijająca się gospodarka kraju pochłania ogromne ilości energii. Chiny nie posiadają jednak własnych złóż i są całkowicie uzależnione od swoich dostawców.
Pekin, wykorzystując swoją silną pozycję na światowej arenie gospodarczej, próbuje zaprezentować się na Bliskim Wschodzie, a w szczególności w Damaszku, jako silny międzynarodowy gracz, który jest w stanie stanowić przeciwwagę dla amerykańskiej hegemonii.
Spotkanie prezydenta Assada z ówczesnym wiceprezydentem Chin Hu Jintao w styczniu 2001 roku otworzyło nowy rozdział współpracy ekonomicznej i wymiany handlowej między państwami. Chęć intensywnej kooperacji została odświeżona w 2004 roku podczas wizyty prezydenta Syrii w Chinach, która z jednej strony była manifestacją sprzeciwu wobec inwazji zbrojnej USA na Irak, z drugiej zaś przekonała obie strony do jeszcze bardziej odważnej współpracy bilateralnej, szczególnie w sferze kontaktów dyplomatycznych i handlowych.
Chińskie koncerny przez ostatnie lata zainwestowały setki milionów dolarów w modernizację infrastruktury transportu gazu i ropy i weszły w joint venture z przedsiębiorstwami syryjskimi. Chińskie Państwowe Przedsiębiorstwo Paliwowe stworzyło w 2003 roku Kawkab, chińsko-syryjską firmę paliwową. Kawkab pomogło zwiększyć wydobycie ropy z 6100 do 14500 baryłek dziennie w samym tylko regionie Gbeiba.
Jeśli nie Assad to kto?
Kreml i Pekin są ponadto reprezentantem obecnego również poza kręgiem Rady Bezpieczeństwa strachu przed destabilizacją. Zgodnie z ową optyką żadne wsparcie dla rewolucji nie jest pożądane, gdyż godzi w reżim, który przez dziesięciolecia stabilizował skomplikowaną etnicznie i wyznaniową mozaikę.
Biorąc pod uwagę pogarszającą się sytuację bezpieczeństwa w Iraku, kryzys władzy w Libanie, na nowo zaogniony konflikt kurdyjski w Turcji, potencjalne zaangażowanie Iranu, nieskrępowaną infiltrację fundamentalizmu, obalenie reżimu Assada mogłoby wywołać opłakane skutki.
Nie bez znaczenia są skomplikowane relacje wewnętrzne. Syryjska opozycja nie stanowi jednolitej siły, nie posiada też dominującego politycznego reprezentanta, nie ma wizji powojennej Syrii. Nie jest tym samym kandydatem do bezbolesnego przejęcie władzy. Ewentualność „detronizacji” Assadów mogłaby stać się zatem wstępem do wojny wszystkich ze wszystkimi, gdzie o przejęciu władzy zadecydowałby konflikt.
Wynik debaty na arenie RB ONZ świadczy o jednym. Syryjska rewolucja musi sobie poradzić sama. Międzynarodowa społeczność nie będzie w stanie choć częściowo wesprzeć antyreżimowych wystąpień. Z perspektywy syryjskich aktywistów szanse na powodzenie wyglądają mizernie, gdyż niezachwiany gospodarczo i militarnie reżim będzie w stanie skutecznie pacyfikować wolnościowy zryw.
Aktywiści syryjscy liczyli na zaangażowanie Narodów Zjednoczonych, podobne temu w Libii. Rezolucja 1973 RB ONZ została zaakceptowana przez wszystkich członków zgromadzenia głównie dlatego, że kraje członkowskie współpracujące z Libią zgodziły się na wsparcie rewolucji – a co za tym idzie na zmianę libijskiego przedstawiciela. Włochy, Francja, Wielka Brytania i USA, państwa które mają najbardziej rozbudowane kontakty dyplomatyczno-handlowe z Libią, postanowiły wymienić klienta – z Kaddafiego na TRN (Tymczasową Radę Narodową). Współpracownicy reżimu Assadów – Rosja i Chiny - nie są gotowi na taki krok, co może doprowadzić do upadku rewolucji.
Wbrew wyidealizowanej wizji, najlepszą alternatywą syryjskiej opozycji byłoby zapewne porzucenie pięknych choć nieskutecznych ideałów oporu bez stosowania przemocy i wywołanie krwawej wojny. W obliczu destabilizującego konfliktu społeczność międzynarodowa zareagowałaby zapewne szybciej. Aktywistom brakuje jednak poparcia armii. Dopóki syryjskie wojsko będzie stało za Assadami, dopóty ofiara trzech tysięcy zabitych dotąd Syryjczyków będzie jedynie kolejną ludobójczą statystyką reżimu.
Michał Ziemowit Buśko, www.bliskiwschod.pl
Źródła: FRANCE24, GLOBAL POLITYTIAN, RIAN, WND, YNET NEWS,
FOTO: Flickr user
jfgornet