Jednym z bardziej osobliwych aspektów rewolt ludowych mających miejsce na Bliskim Wschodzie jest to, jak dużo lepiej w tej zawierusze radzą sobie monarchie niż inne reżimy nie pochodzące z wyborów. Regionem tym od dawna włada szeroka paleta królów, emirów, emerytowanych wojskowych, liderów udanych przewrotów i ich synów. Wszyscy oni doszli do władzy bez dobrodziejstwa prawdziwie demokratycznych wyborów, nawet jeśli okazjonalnie wysyłali swoich ludzi do urn wyborczych. Pomimo tego kluczowego podobieństwa, powstania znane powszechnie jako "arabska wiosna" podążają wyraźnie odmienną drogą w przypadku reżimów monarchicznych niż w krajach władanych przez niemonarchistów.
Do chwili obecnej powstaniom arabskim udało się pokojowo obalić dwóch prezydentów - Zine al-Abidine Bena Aliego w Tunezji i Hosniego Mubaraka w Egipcie. Usunięcie pułkownika Muammara Kadafiego w Libii wymagało rebelii zbrojnej i ostatecznie wojny z pomocą zagraniczną. W Syrii, represje prezydenta Baszara al-Assada przeciwko masowym demonstracjom jak dotąd przyniosły tysiące ofiar śmiertelnych, a końca nie widać. Podobnie w Jemenie - ciągle dochodzi do protestów i przemocy, a zarówno prezydent Ali Abdullah Saleh jak i jego przeciwnicy zawzięcie trwają na swoich pozycjach. We wszystkich tych państwach, z których żadne nie jest monarchią, celem zawsze jest odsunięcie władców i skończenie z niewybieralnym reżimem. Władcy albo zwinęli się szybko, jak zdarzyło się w Kairze i Tunisie, albo stawiają krwawy opór.
Dla kontrastu, od najwcześniejszych chwil demonstracji w Maroku i Jordanii wzywano do reform demokratycznych, a nie obalenia królów tych państw, którzy w obu przypadkach bardzo szybko zgodzili się przystąpić do procesu uzgodnionych zmian politycznych. Podobnie podczas protestów w emiratach Zatoki Perskiej, także rządzonych przez władców sukcesyjnych, nie wzywano do obalenia reżimów, a jedynie do większego stopnia partycypacji politycznej i wolności, jak również skończenia z korupcją i kumoterstwem.
Dla mieszkańców państw demokratycznych może to się wydawać różnicą bez znaczenia, ale rodziny królewskie najwyraźniej cieszą się pewną dozą legitymacji w oczach swoich poddanych. Dla kontrastu, rządzący którzy doszli do władzy bez opierania się na długich związkach dynastycznych z przeszłością swoich narodów często, i nieco zdumiewająco, uciekali się do fikcyjnych wyborów próbując wzmocnić legitymację reżimów, które pozostają u władzy dzięki aparatowi bezpieczeństwa. Ale fałszowane wybory mają dokładnie odwrotny skutek, rzucając światło na gołosłowność roszczeń reżimu do posiadania poparcia publicznego.
Nie ma to oznaczać, że ludzie żyjący pod rządami monarchicznymi na Bliskim Wschodzie nie chcą demokracji. Ale wydają się gotowi dać królom i książętom więcej czasu by znaleźli sposób na to, jak wyjść naprzeciw ich pretensjom. Pytanie brzmi oczywiście, na ile mądrze władcy bliskowschodnich królestw i emiratów wykorzystają ten czas.
Jak dotąd król Mohammed z Maroka wydaje się być tym przywódcą arabskim, który najskuteczniej radzi sobie z powstaniami. Jego rodzina alawitów włada krajem od XVII wieku, z okazjonalnymi przerwami na rządy kolonialne. Ta wielowiekowa legitymacja dynastyczna oznaczała, że kiedy demonstranci wyszli na ulice na początku tego roku, wtórując hasłom wykrzykiwanym w Tunezji i Egipcie, ich żądania nie dotyczyły końca monarchii, lecz reform w jej ramach.
W marcu, po wielu tygodniach demonstracji prodemokratycznych, król ogłosił początek dużych zmian konstytucyjnych. 1 lipca Marokańczycy przytłaczającą większością zatwierdzili referendum, które przyniesie dużo więcej demokracji, zarazem zostawiając królowi znaczące uprawnienia. Król zachowa kontrolę nad siłami bezpieczeństwa, polityką zagraniczną i sprawami religijnymi, ale nie będzie szefem rządu. Tę rolę będzie odgrywał premier, który zostanie wybrany przez partię zdobywającą największą liczbę miejsc w demokratycznie wybranym parlamencie o dużo większych kompetencjach. Zmiany te nie zaskutkowały jednak końcem wezwań do reform demokratycznych.
Król Jordanii Abdullah próbuje czegoś podobnego, obiecując reformy, ale realizując je wolniej - ku konsternacji opozycji. Mimo to, w Jordanii także demonstranci ograniczyli swoje żądania do reform demokratycznych, a nie obalenia monarchii Haszemitów. Abdullah pochodzi z dużo młodszej dynastii niż Mohammed w Maroku, lecz cieszy się mocnym poparciem jordańskich plemion, w tym tych, które stanowią większość sił bezpieczeństwa.
Zgodnie z obecną konstytucją Jordanii król wybiera premiera i gabinet. Abdullah mówi, że ponad 30 partii politycznych w tym kraju musi się połączyć w tylko 2 czy 3 w celu efektywnego rywalizowania w wyborach do parlamentu, w którym większość miałaby prawo utworzenia rządu. Według króla minie kilka lat zanim obiecane reformy staną się rzeczywistością. To wolne tempo irytuje najpotężniejszą partię polityczną w kraju, Front Akcji Islamskiej, który jest politycznym ramieniem Bractwa Muzułmańskiego. Faktycznie król być może czeka z reformami na to, aż inne partie się wzmocnią.
W państwach Zatoki Perskiej, gdzie władza dynastyczna jest normą, rządy początkowo zareagowały na powstania w Afryce Północnej rozdając wielkie ilości gotówki swoim ludziom. Ale sama ta szczodrość nie tłumaczy dotychczasowego sukcesu emiratów w udobruchiwaniu swoich obywateli. Kadafi próbował tej samej taktyki w Libii, bez powodzenia.
Królestwa i emiraty z Zatoki Perskiej próbowały też zapobiec rozruchom i drastycznym żądaniom reform przystępując do wprowadzania pozorów zmian politycznych. Na przykład Arabia Saudyjska ogłosiła, że począwszy od 2015 roku kobiety będą mogły brać udział w wyborach gminnych i być powoływane do Rady Shura, doradczego organu przy królu.
Jedynym emiratem, gdzie rzeczywiście doszło do eskalacji przemocy był Bahrajn, państwo-wyspa z unikalną charakterystyką demograficzną. Tamtejszy kryzys stał się peryferyjną rywalizacją między Arabią Saudyjską a Iranem. Bahrajn poprosił o pomoc Radę Współpracy Zatoki (GCC), która szybko wysłała wojska - głównie dostarczone przez Saudyjczyków - w celu stłumienia powstania i wysłania przesłania Iranowi. Przy dominacji uprzywilejowanej mniejszości sunnickiej w tym minipaństwie z większością szyitów, powstanie przybrało ponadnarodowy ton wyznaniowy.
Ale nawet w Bahrajnie, pomimo krwawych represji, w których zginęły dziesiątki osób, prodemokratyczni demonstranci nie wzywają króla Hamada do ustąpienia. Żądają usunięcia premiera, wuja króla, jak również przyznania realnych uprawnień parlamentowi. Ze swej strony, rodzina królewska al-Khalifów obiecuje reformy, spotykając się z publicznym sceptycyzmem.
Zjednoczone Emiraty Arabskie także obiecują przyznać ludziom większe prawa poprzez perspektywiczne nadanie realnych uprawnień Federalnej Radzie Narodowej (FNC), która pozostaje podmiotem doradczym bez realnych wpływów legislacyjnych. Ale mieszkańcy Emiratów wydają się być sceptyczni, o czym świadczy mizerna frekwencja w niedawnych wyborach do FNC.
Na chwilę obecną, mieszkańcy królestw arabskich wysuwają dość łagodne żądania pod adresem swoich władców, a w reakcji napotykają na pewien stopień elastyczności. Jeśli jednak monarchie nie poczynią wystarczających ustępstw, a powstania w pozostałych częściach regionu przyniosą pozytywne zmiany, wołania o demokrację prawdopodobnie się nasilą, nawet w miejscach, w których ludzie przysięgają, że dla swoich niewybieralnych władców mają tylko miłość.
Frida Ghitis jest niezależnym komentatorem spraw światowych i redaktorem World Politics Review. Jej cotygodniowy felieton World Citizen jest publikowany co czwartek.
Copyright World Politics Review
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.worldpoliticsreview.com/articles/10252/world-citizen-why-kings-are-surviving-the-arab-uprisings
FOTO: Flickr user
Prattman