|
Amerykańskie drony królują w przestworzach, świat próbuje nadążyć
Radek Alf stosunkimiedzynarodowe.info 2011-11-01 22:56:15 |
Samoloty bezzałogowe (drony), mimo pewnych istotnych zastrzeżeń co do ich stosowania w misjach bojowych, są uważane za wielki sukces ostatnich lat globalnej kampanii antyterrorystycznej prowadzonej przez USA. Amerykanie są niekwestionowanym liderem w tej nowatorskiej technologii, lecz kilka państw próbuje dotrzymać im kroku, zwłaszcza Chiny.
Zdalnie sterowane drony, czyli samoloty bezzałogowe (unmanned aerial vehicles – UAVs), są typem uzbrojenia, które w najbardziej spektakularny sposób zyskuje ostatnio na znaczeniu, przy tym przekształcając oblicze konfliktów zbrojnych. Liderami w wykorzystywaniu dron są oczywiście najbardziej inwestujący w robotyzację i informatyzację działań wojennych Amerykanie, którzy posiadają ich już całą gamę, od Predatora przez Reapera po najnowszego, nieuzbrojonego Global Hawka, którego daleki zasięg (nawet 15 tysięcy kilometrów) i wysoki pułap (blisko 20 tysięcy metrów) sprawiają, że ma on zastąpić legendarny samolot szpiegowski U-2, używany od lat 1950-tych [1]. Amerykańskie wojsko i Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA), dysponujące obecnie ponad 7 tysiącami dron różnej maści, z coraz większą ochotą korzystają z nich w praktycznie wszystkich swoich interwencjach militarnych, a to z kolei powoduje, że zainteresowanie tą stosunkowo nową technologią wojskową gwałtownie rośnie na całym świecie. Obszerny raport na temat rynku bezzałogowców przygotowany niedawno przez amerykańską firmę konsultingową Teal Group [2] przewiduje, że globalne wydatki na badania i rozwój oraz zakupy dron zwiększą się dwukrotnie w ciągu niecałej dekady – z niecałych 6 miliardów dolarów w 2011 roku do 11,9 miliarda dolarów w 2018 roku.
Zalety dron to przede wszystkim brak załogi, co pozwala na uniknięcie zawsze bolesnych strat w ludziach, duże zdolności w zakresie obserwacji terenu, jak również szybko zwiększające się możliwości bojowe. Są przy tym stosunkowo tanią bronią – podczas gdy Predator czy Reaper kosztują w granicach 20-50 milionów dolarów za jednostkę, każdy najnowocześniejszy amerykański samolot myśliwski F-22 Raptor to już wydatek blisko 150 milionów dolarów. Lecz być może najważniejsze jest to, że w ostatnich miesiącach Amerykanie wielokrotnie zademonstrowali całemu światu jak skuteczną i śmiercionośną bronią stały się używane przez nich drony. Dzięki nim administracja Baracka Obamy konsekwentnie realizuje strategię dekapitacji przywództwa al-Qaidy, poważnie redukując zagrożenie ze strony tej organizacji i zapewniając prezydentowi gigantyczny sukces w tak istotnej dziedzinie bezpieczeństwa narodowego, zawsze stanowiącej domenę opozycyjnych Republikanów.
Lista znaczących ofiar ataków dron w tym roku jest bardzo długa. Wśród nich wymienić można prominentnego kleryka Anwara al-Awlakiego, zabitego 30 września w Jemenie (w połowie października w ten sam sposób zginął jego syn); Atiyaha Abd al-Rahmana, numer 2 al-Qaidy, zabitego 22 sierpnia w Pakistanie; Mohammada Ilyasa Kashmiriego, jednego z najbardziej poszukiwanych bojowników pakistańskich, zabitego 3 czerwca w Pakistanie; Abu Hafsa al-Shahriego, szefa operacji al-Qaidy w Pakistanie, zabitego dokładnie w 10. rocznicę zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 roku. Według doniesień „The Washington Post” tajne, zbudowane w oparciu o technologię stealth drony RQ-170 Sentinel odegrały kluczową rolę w potajemnej, długotrwałej obserwacji z powietrza rezydencji w mieście Abbottabad, gdzie 2 maja amerykańscy komandosi zabili samego przywódcę al-Qaidy, Osamę bin Ladena [3]. Amerykańskie Predatory podobno miały też swój udział w schwytaniu i ostatecznie zabiciu eks-dyktatora Libii Muammara Kadafiego, atakując jego konwój na obrzeżach Syrty [4].
Naturalnie, nie wszyscy są entuzjastami wykorzystywania samolotów bezzałogowych do celów bojowych. Często kwestionuje się legalność stosowania tych maszyn w sytuacji, gdy ofiarami ich ataków padają również cywile, podlegający ochronie na mocy międzynarodowego prawa konfliktów zbrojnych. Wyrażane są obawy, iż drony mogą przyczyniać się do łatwiejszego wszczynania konfliktów, niosąc ze sobą pokusę bezpiecznej, pozbawionej ryzyka wojny. Mogą też powodować gwałtowne pogorszenie stosunków pomiędzy poszczególnymi państwami, nawet teoretycznie sojuszniczymi, co w ostatnich miesiącach jak na dłoni widać w relacjach między USA a Pakistanem. Niektórzy uważają ponadto, że antagonizują i radykalizują lokalną ludność, powodując utratę pola w kluczowej walce o „serca i umysły” i tym samym przynosząc odwrotny skutek do zamierzonego w wojnie z terroryzmem.
Na część z tych argumentów można dość łatwo znaleźć przekonywujące kontrargumenty. Przede wszystkim publikowane w ostatnim czasie analizy sugerują, że rozpalająca pakistańską publikę kwestia ofiar cywilnych [5] towarzyszących atakom rakietowym amerykańskich samolotów bezzałogowych jest najwyraźniej wyolbrzymiana. Mimo że łączna siła ognia ataków dron w Pakistanie w ciągu kilku ostatnich lat zapewne przewyższa już początkową fazę bombardowania Jugosławii w wojnie kosowskiej w 1999 roku [6] i mimo całej specyfiki użycia bezzałogowców, liczba zabitych cywilów nie jest przesadnie duża: londyńskie Biuro Dziennikarstwa Śledczego podało 15 października, że w 300 takich atakach w Pakistanie od 17 czerwca 2004 roku zginęło szacunkowo 2318-2912 osób, z czego 386-775 cywilów, czyli około 15-25% [7]. Ponadto należy stwierdzić, że za zapaść w stosunkach amerykańsko-pakistańskich w dużej mierze winę ponoszą pakistańskie wojsko i służby wywiadowcze, które nie chcą zerwać swoich podejrzanych powiązań z ekstremistami i wydać im otwartej wojny, nie zostawiając Amerykanom wielu opcji pod względem wyboru środków walki z grupami zbrojnymi dokonującymi aktów terroru.
W każdym razie, nie okupowane żadnymi stratami w ludziach sukcesy w globalnej kampanii kontrterrorystycznej powodują, że Amerykanie coraz mocniej inwestują w technologię UAVs i ewidentnie przewidują coraz większą rolę dron w najbliższej przyszłości. Według „The New York Times” U.S. Air Force w tym roku szkoli już więcej operatorów bezzałogowców (350) niż pilotów samolotów myśliwskich i bombowych razem wziętych i spodziewa się, że liczba użytkowanych przezeń wielozadaniowych, uzbrojonych dron takich jak Reaper zwiększy się niemal 4-krotnie w ciągu kolejnej dekady – do ponad 500 [8]. W fazie rozwoju jest kilka nowych modeli dron, m.in. wielki Global Observer, podobno przetestowany wstępnie na początku tego roku, który ma mieć możliwość utrzymywania się na wysokości ponad 20 tysięcy metrów, poza zasięgiem większości rakiet przeciwlotniczych, nawet przez kilka dni i zapewniać nieprzerwaną obserwację terenu o rozmiarach Afganistanu, co dałoby wojsku „niemrugające oko” nad rozległymi strefami konfliktów i stanowiło atrakcyjną alternatywę dla droższych i mniej uniwersalnych satelitów szpiegowskich [9].
Ostatnie tygodnie obfitowały w doniesienia wyraźnie świadczące o szybko postępującej eskalacji użycia dron przez Amerykanów w różnych częściach świata, przede wszystkim w okolicach Jemenu i Somalii, gdzie działają jedne z najaktywniejszych ugrupowań ekstremistycznych powiązanych z al-Qaidą. 17 września „The Washington Post” poinformował, że znacząco zwiększono częstotliwość ataków bezzałogowców przeciwko bojownikom w Jemenie [10]. 4 dni później „The Washington Post” i „The Wall Street Journal” doniosły, że w Rogu Afryki i na Półwyspie Arabskim „montuje się konstelację tajnych baz dron” w celu przeprowadzania operacji kontrterrorystycznych przeciwko ugrupowaniom działającym w Jemenie i Somalii; doniesienia te mówiły, że tego rodzaju instalacje funkcjonują już w Dżibuti, Etiopii i na Seszelach [11]. Natomiast 28 października „The Washington Post” podał, a Biały Dom tego samego dnia to potwierdził, że amerykańskie lotnictwo zaczęło wykonywać za pomocą Reaperów misje kontrterrorystyczne nad Somalią z zaadaptowanego lotniska cywilnego w Arba Minch w południowej Etiopii [12]. Zainteresowani wykorzystaniem amerykańskich bezzałogowców są również sojusznicy USA – według „The Washington Post” z 11 września rząd Turcji zwrócił się do Waszyngtonu z prośbą o rozmieszczenie Predatorów we wspólnej bazie wojskowej Incirlik, tak aby mogły one kontynuować operacje rozpoznawcze przeciwko rebelianckiej Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), dotąd prowadzone z baz irackich, z których wojska amerykańskie mają się całkowicie wycofać do końca tego roku [13].
Inne mocarstwa, zarówno sojusznicy jak i rywale USA, chcą jednak opracowywać własne programy budowy bezzałogowców, co jest absolutnie normalną reakcją w sytuacji gdy jedno z mocarstw wchodzi w posiadanie i zaczyna masowo stosować nowy rodzaj broni stanowiący skok jakościowy i dający nowe możliwości na polu walki. Francja i Wielka Brytania od kilku już lat mają własne projekty samolotów bezzałogowych, o nazwach odpowiednio Neuron i Taranis, a w następstwie podpisanego w listopadzie zeszłego roku traktatu o współpracy w dziedzinie obronności i bezpieczeństwa rozważają wspólne opracowanie bezzałogowca dalekiego zasięgu latającego na średnim pułapie, tzw. MALE UAV [14]. Większym zmartwieniem dla Waszyngtonu będą chińskie inwestycje w tę technologię – w ostatnich latach żadne inne państwo nie nasiliło tak bardzo prac badawczych w tym zakresie jak właśnie Chiny, które po raz pierwszy zaprezentowały własnego bezzałogowca w 2006 roku na pokazach lotniczych w Zhuhai, a 4 lata później pokazały już paletę ponad 25 różnych modeli, zaskakując zachodnich oficjeli i ekspertów [15]; jak twierdzą źródła chińskie, obecnie każdy liczący się producent broni dla Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (PLA) ma centrum badawcze zajmujące się rozwojem dron [16]. Dla kontrastu Rosja, najwyraźniej przywiązana do lotnictwa bojowego w tradycyjnym wydaniu, pozostaje nieco w tyle i swój pierwszy uzbrojony samolot bezzałogowy Dozor-600 zaprezentowała dopiero na pokazach lotniczych MAKS w 2009 roku [17], zaś przy niedostatecznej jakości dotychczasowych projektów [18] najprawdopodobniej będzie się starała osiągnąć skokowy postęp w tej dziedzinie poprzez współpracę z Izraelem [19], drugim obok USA światowym liderem w technologii UAV. Na izraelskich dronach polegają obecnie również Indie, które także z wolna rozpoczynają produkcję rodzimych bezzałogowców [20].
Mimo wszelkich zastrzeżeń natury prawnej bądź moralnej, coraz powszechniejsze i coraz skuteczniejsze zastosowanie samolotów bezzałogowych na obszarach konfliktów pozostaje nieodwracalnym faktem i czyni wyścig zbrojeń w tej dziedzinie nieuchronnym. Wyraźnie widać już, że rywalizacja będzie przebiegać przede wszystkim na linii Waszyngton-Pekin i będzie mieć na celu zapewnienie sobie przewagi militarnej w regionie Azji-Pacyfiku. Raport U.S.-China Economic and Security Review Commission z listopada zeszłego roku [21] wyraża obawy, że Chiny konsekwentnie dążą do zwiększania swoich „opcji rozpoznania i uderzeń dalekiego zasięgu”; prezentacja wideo z zeszłorocznych pokazów lotniczych Zhuhai aż nadto dobitnie pokazuje, do czego mogą mieć zastosowanie chińskie drony – przedstawia bowiem zlokalizowanie i trafienie rakietami amerykańskiej grupy lotniskowcowej żeglującej na pobliskich wodach. Ze swej strony, Amerykanie pracują nad startującymi z lotniskowców bezzałogowcami X-47B zabierającymi nawet do 2000 kilogramów uzbrojenia, których wejście do użytku jest planowane w 2013 roku. Tego typu maszyny mogłyby pozwolić lotniskowcom na zachowanie znacznie większego dystansu od celu ewentualnego ataku i tym samym zneutralizować potencjalnie najbardziej zabójczą broń przeciwko chlubie US Navy, unikalną w skali światowej chińską rakietę DF-21D znaną jako „zabójca lotniskowców” [22]. Gdy rola dron na współczesnym polu walki nieustannie rośnie, należy się spodziewać, że ten wyścig technologiczny będzie w najbliższym czasie szybko nabierał tempa.
[15] China’s new drones raise eyebrows, Jeremy Page, The Wall Street Journal, 19 listopada 2010.
[22] US Navy drones: Coming to a carrier near China?, The Associated Press, 16 maja 2011.
| |
| |