Gdy Chiny robią wyłom w ich dominacji militarnej, porozumienie o dostępie do baz w Australii ma dla USA sens. Ale co z Canberrą?
Gwiazda prezydenta USA Baracka Obamy może i osłabła nieco w Stanach Zjednoczonych, ale nie w Australii. Jednak mimo wszystkich uścisków rąk i wzajemnego poklepywania, pozowania do zdjęć i egzaltowania wspólnych wartości, interesów i historii, łatwo jest przeoczyć fakt, że za podróżą Obamy "down under" stoi chłodna logika strategiczna: chodzi o to, by sprzedać Australijczykom ideę przyjęcia większego ciężaru w imię ich sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi.
Proces ten rozpoczął się poważnym zacieśnieniem współpracy wojskowej między oboma państwami, mającej się koncentrować na północnym zachodzie Australii. Porozumienie ogłoszone 16 listopada daje wojsku amerykańskiemu większy dostęp do australijskich baz, w szczególności lotnisk, a także przewiduje dalszą intensyfikację szkoleń, wizyt okrętów i manewrów, oraz wysuniętą dyslokację małego oddziału amerykańskich marines. Obejmuje też prepozycjonowanie materiałów - paliwa, amunicji i części zamiennych - tworząc fundamenty ukrytego punktu wypadowego dla amerykańskiego wojska na Oceanie Indyjskim.
Dla wielu Australijczyków większa obecność amerykańska w Australii jest kuszącą perspektywą. Nie tylko postrzega się ją jako pożądany symbol trwałej siły i determinacji Waszyngtonu, ale też jako bardziej namacalny wyraz zaangażowania strategicznego USA.
Rzeczywistość jest nieco inna. Tak naprawdę nagłe zainteresowanie Waszyngtonu australijską posesją mniej mówi o wigorze USA, a więcej o względnym zaniku ich potęgi. Zwłaszcza dążenie do pozyskania nowych baz odzwierciedla to, w jaki sposób rosnąca potęga Chin już zaczęła robić wyłom w dominacji militarnej USA, zawężając granice amerykańskiej hegemonii.
Istotnie, podczas gdy Stany Zjednoczone spędziły minioną dekadę przegrywając wojny i roztrwaniając swoją potęgę, Chiny pieczołowicie podcinały amerykańską przewagę w praktycznie każdej sferze polityki: ekonomicznej, dyplomatycznej i strategicznej. Nie będąc już pokornym dzieckiem jakim były kiedy Stany Zjednoczone odwróciły od nich swój wzrok, Chiny dorosły stając się niesfornym nastolatkiem - a przed nimi wciąż sporo dorastania. Gdy dochodzi do transformacji ładu bezpieczeństwa w Azji, Waszyngton próbuje teraz zrewitalizować swoją obecność strategiczną w obliczu istnienia domniemanego rywala, na którego ma obecnie znacznie mniejszy wpływ.
Ale mimo powyższego, skąd to zainteresowanie konkretnie Australią? Przeważają trzy powody. Pierwszy jest głównie techniczny: w ciągu minionych 2 dekad Chiny zgromadziły pokaźny zestaw możliwości w zakresie precyzyjnych uderzeń, mianowicie rakiety balistyczne i samosterujące dalekiego zasięgu, które mogą być odpalane z morza, powietrza i lądu. Zostały one wplecione w ofensywną doktrynę prowadzenia wojny, która operacyjnie premiuje ich wczesne użycie en-masse - i to nie tylko przeciwko USA. Ponieważ bazy USA w Japonii, Korei, a nawet na Guam coraz bardziej są narażone na zasypanie chińskimi rakietami na samym początku konfliktu, nie stanowią już na zawsze solidnej podstawy, z której Stany Zjednoczone mogą dokonywać projekcji siły.
Kraje Azji Południowo-Wschodniej nie oferują realnej alternatywy. One również leżą w zasięgu chińskich rakiet. I chociaż ich rządy głośno domagają się wsparcia USA kiedy tylko Chiny grają ostro, nadal nie chcą zostać przedwcześnie wciągnięte w amerykańskie plany wojskowe, co niosłoby ryzyko stania się celem bądź wzbudzenia chińskiej antypatii. Stąd zainteresowanie USA australijską posesją odzwierciedla zwykłe dążenie do uzyskania bardziej elastycznej, rozproszonej postawy militarnej. Amerykańscy planiści wojskowi dostrzegają w australijskim punkcie wypadowym potencjał przywrócenia tego czasu i przestrzeni, których są pozbawiani w Azji Północno-Wschodniej, jak również opcje operacyjnego sanktuarium poza zasięgiem uderzenia Chin. Ale jakiego rodzaju operacje mają oni na myśli?
Gdy amerykańscy stratedzy muszą uwzględniać rozmiary chińskiego postępu wojskowego, opracowują indo-pacyficzny plan wojenny do walki z Chinami. Na Pacyfiku US Air Force i US Navy finalizują koncepcję AirSea Battle - doktrynę prowadzenia wojny zmierzającą do bezpośredniego przeciwdziałania chińskiej strategii odmowy dostępu do danego obszaru (area-denial strategy). Jest to problematyczna koncepcja, jak autor niniejszego tekstu pisał już wcześniej. Tym niemniej, odbierając Chinom zdolność do odmowy dostępu na morzu Stany Zjednoczone zamierzają zachować swoje opcje kontroli oceanicznej i projekcji siły na Zachodnim Pacyfiku, umacniając swoją wiarygodność i rolę jako dominującego gracza w regionie.
Drugi, rzadziej omawiany aspekt tej strategii obejmuje wykorzystanie znaczącej wrażliwości Chin na Oceanie Indyjskim. Umożliwiają to wielorakie czynniki: dyslokacja geograficzna Chin, która czyni je mocarstwem zewnętrznym; uzależnienie od Oceanu Indyjskiego w dużej części ich handlu morskiego, w tym w imporcie energii z Bliskiego Wschodu; oraz, między V i VII flotą amerykańską, nierówny układ możliwości morskich, który Chinom trudno będzie zrekompensować, nawet środkami asymetrycznymi. Biorąc to wszystko razem, sugeruje to podejście, które przewidywałoby sparaliżowanie gospodarki Chin w czasie wojny poprzez zablokowanie lub zniszczenie ich żeglugi handlowej, a w czasie pokoju stwarzanie dla niej zagrożenia aby zachęcić Pekin do ciągłego posłuszeństwa.
Jest to strategia prosto z podręcznika Waszyngtonu z II Wojny Światowej. Zaiste, sama tylko obecność potężnego sojuszniczego kontyngentu morskiego wzdłuż chińskich linii żeglugowych będzie wymagać od Pekinu przesunięcia znaczących środków z dala od jego najbliższych peryferiów morskich, podobnie jak było to z Japonią w latach 1940-tych, co osłabi specyfikę chińskich wysiłków na Zachodnim Pacyfiku.
I tu właśnie wchodzi do gry Australia: jako centralny punkt pomiędzy tymi dwoma teatrami, a co ważniejsze jako baza, którą można w stosunkowo krótkim czasie przygotować do wsparcia większej kampanii nękania lub blokowania żeglugi Chin, najprawdopodobniej w zachodnim rewirze Oceanu Indyjskiego.
Trzecia motywacja do zwiększenia obecności amerykańskiej w Australii ma charakter polityczny. Waszyngton jest absolutnie świadomy kluczowego znaczenia Chin dla pomyślności gospodarczej Australii. Amerykańscy stratedzy dostrzegają też nadzwyczajne zalety geograficzne jakimi Australia może się poszczycić - mając po jednym ramieniu na Oceanie Spokojnym i Indyjskim, stojąc plecami do Antarktyki i będąc chronioną z przodu przez długi archipelag. Rozumieją to, czego wielu Australijczyków nie widzi: że Canberra mogłaby, przy pewnej dozie zdrowego myślenia i znaczącym lecz możliwym do utrzymania wzroście wydatków, przybrać bardziej niezależną postawę strategiczną, zapewniając sobie samoobronę bez wikłania się w politykę mocarstwową Azji Północno-Wschodniej. I są zdeterminowani zapobiec przekształceniu się Australii w sojusznika, który zrejterował.
Pod tym względem Waszyngton postępuje sprytnie. W pełni wykorzystuje obecną zależność strategiczną Australii, jeszcze mocniej wiążąc ze sobą wsparcie polityczne i militarne jakim dysponuje Canberra, w ten sposób minimalizując potencjał ewentualnej australijskiej reorientacji w przyszłości.
Raoul Heinrichs to Sir Arthur Tange Scholar w Centrum Studiów Strategicznych i Obronnych, ANU, redaktor w Lowy Institute for International Policy i zastępca redaktora Pnyx. Jest to poszerzona wersja artykułu opublikowanego przez Lowy Interpreter.
Copyright The Diplomat.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://the-diplomat.com/2011/11/17/a-cold-and-clever-u-s-base-move/