A jednak Rosja się budzi! Tak najkrócej można podsumować to, co stało się podczas wyborów do Dumy Państwowej, a zwłaszcza po nich. Władimir Putin i Dmitrij Miedwiediew publicznie nazywają wynik partii władzy "dostatecznym". I powtarzają jak mantrę, że spadek społecznego poparcia to skutek ciężaru wyzwań z jakimi "Jedna Rosja" zmaga się od lat, trudząc się w pocie czoła nad szczęściem wszystkich obywateli. Dodają także, że wyniku mogą pozazdrościć zachodnie partie, bowiem jaka z nich nie chciałaby uzyskać 50 procent głosów?
Jednak w kremlowskich kuluarach panuje poczucie ogromnej porażki. Bo nie zważając na podjęcie niezwykłych środków aktywizacji obywateli, frekwencja była na tyle niska, że uniemożliwiła skuteczne "podkolorowanie" wyników. W efekcie okazało się, że "Jedną Rosję" wybrało nie więcej niż 30 procent głosujących, co podważa jej dotychczasowy mandat - przewodniej siły narodu. Jednak kiepskie wyniki "Jednej Rosji" to najmniejsze zmartwienie rządzącego tandemu. Daleko bardziej znaczącym skutkiem wyborów jest wyjście z podziemia społeczeństwa obywatelskiego, o którym rosyjska władza kazała zapomnieć i światu, i samym Rosjanom. Moskwa, Petersburg, Nowogród i Kaliningrad oraz inne miasta są świadkami burzliwych demonstracji mieszkańców, zniesmaczonych wyborczymi przekrętami i żądających unieważnienia wyników głosowania. Co więcej, demonstrujący Rosjanie jakby przestali się bać OMON-u (Otriad Milicyji Osobogo Naznaczenija, Oddział Milicji Specjalnego Przeznaczenia). Nie straszne im masowe aresztowania, a organy ochrony porządku publicznego (czytaj władzy), w ciągu trzech powyborczych dni zatrzymały ponad pół tysiąca osób. Komentatorzy, którzy do niedawna mówili o nienaruszalności putinowskiego ładu, teraz odkrywają, że Rosja pogrąża się w politycznym kryzysie i wieszczą dla niej "arabski" scenariusz. Naprawdę taki kryzys trwa w Rosji od 2008 r., a teraz ujawnił się jedynie w przestrzeni publicznej. Jego właściwym źródłem nie są bynajmniej trudności ekonomiczne, ale postępująca delegitymizacja władzy. Rosjanie są zmęczeni fasadowością instytucji państwa i poczuciem, że nic od nich nie zależy. Obywatele rosyjscy są także zmęczeni przywództwem starzejącego się Putina, którego długoletnie rządy zamieniły powszechnie aprobowaną stabilizację w coraz powszechniej odrzucaną stagnację. Co prawda, przebudziła się głównie klasa średnia, której materialne powodzenie nie może znaleźć ujścia w postaci zaspokojonych aspiracji politycznych i obywatelskich. Nie może, ponieważ wszystkie możliwości społecznego awansu są zablokowane przez elity z putinowskiego naboru. Elity społecznie wyalienowane, w przeważającej mierze skorumpowane i zajmujące się głównie wewnętrznym rozdziałem petrorublowych zysków. Kto jeszcze jest winien społecznych niepokojów? Zapewne Internet, którym posługuje się już 50 milionów Rosjan. To z jego pomocą rozpowszechnione zostały wyborcze przekręty Centralnej Komisji Wyborczej. To dzięki popularnym sieciom społecznym Rosjanie skrzykują się, czyli oddolnie organizują protesty i demonstracje.
Jednak sama klasa średnia nie wystarczyłaby do przebudzenia Rosji. Podczas wyborów na ręce władzy patrzyło ponad 400 tysięcy niezależnych od niej obserwatorów. To zwykli Rosjanie, którzy zdecydowali się na udział w głosowaniu, w sprzeciwie wobec rzeczywistości oddawali głosy nieważne lub wybierali każde ugrupowanie, byle nie "Jedną Rosję". Czy zatem, jak chce tego kremlowska propaganda, obecne protesty to dzieło zmanierowanych dobrobytem mieszczuchów, którzy o wszystkim zapomną, bo przed Bożym Narodzeniem i Sylwestrem ruszą na zakupy kawioru i francuskich win? Czy może to trwała tendencja zwiastująca ostateczny krach putinowskiej stabilizacji i wymuszająca na władzy dialog ze społeczeństwem w celu zmiany ustrojowego ładu? A może zdesperowane rządzące elity wybiorą wariant siłowy?. W każdym razie zmarginalizowane dotąd społeczeństwo obywatelskie, szacowane na 20 procent dorosłych Rosjan, wypracowało sobie niezwykle silny, pozytywny impuls do dalszego działania. I z pewnością zechce powtórzyć swój sukces podczas marcowych wyborów prezydenckich. A to może podważyć mandat samego Putina, szykującego się do powrotu na kremlowski tron.
Nie można się jednak łudzić, że powrót do demokratycznej transformacji jest kwestią najbliższych dni lub tygodni. Rządzący tandem ma wiele możliwości wygrania sytuacji na swoją korzyść. Od zawarcia koalicji z "kieszonkową" opozycją, po sięgnięcie po "straszak" nacjonalizmu i zewnętrznych zagrożeń. Z pewnością Kreml, wykorzystując istniejące prawo, będzie zapobiegał ze wszystkich sił instytucjonalizacji społecznej aktywności w postaci zjednoczonego ruchu obywatelskiego. Dlatego niezwykle ważną będzie wola prawdziwego dialogu w celu przywrócenia faktycznego pluralizmu światopoglądowego - najlepszej gwarancji stabilności i przewidywalności Rosji. A do tego potrzebna jest dobra wola zarówno rządzących jak i rządzonych. W innym przypadku, jak Rosja ma to w zwyczaju, może polać się krew.
Z tego samego powodu niezwykle ważna jest postawa społeczności międzynarodowej. Stany Zjednoczone oraz Unia Europejska ustami swoich uznanych przedstawicieli potępiły nadużycia wyborcze i powyborcze aresztowania, wyrażając z tego powodu zaniepokojenie i niezgodę. Czyniły tak jednak od 10 lat, ale werbalny sprzeciw nie przynosił zakładanego rezultatu. Ekipa Putina bez przeszkód "zwinęła" młodą rosyjską demokrację. Aż wreszcie w świecie utarło się przekonanie o braku instrumentów wpływu na decyzje Kremla, a sam Putin został uznany za najlepszego gwaranta stabilności. Dziś reakcja państw demokratycznych powinna wyjść poza dotychczasowe schematy. Jednocześnie musi pozostawać odpowiedzialna, szanując zarówno rosyjską konstytucję jak i obywatelskie aspiracje. Zadanie jest trudne, ale nie niewykonalne gdy oprzeć się na euroatlantyckich wartościach. Wydaje się, że Rosji trzeba przedstawić konkretne korzyści z powrotu na ścieżkę demokracji oraz zapewnić konkretne wsparcie. Na przykład w pilnej gospodarczej modernizacji. Głównym warunkiem powinna stać się jednak zasada "więcej za więcej". Taka sama jak wobec państw Wschodniego Partnerstwa. Taka sugestia została zawarta w polsko-niemieckim projekcie strategii unijnej wobec Rosji, przygotowanej przez ministrów spraw zagranicznych obu krajów. Aby jednak strategia była skuteczna, Unia Europejska musi zacząć mówić w sprawie Rosji jednym głosem, bez względu na interesy poszczególnych członków UE. A ponieważ nasz kraj kończy niebawem półroczną, unijną prezydencję, dobrze byłoby aby to Warszawa wzięła na siebie rolę inicjatora takiego procesu, zarówno w samej Unii jak i jej relacjach z Rosją. Nie można także zapomnieć, że Kreml jest mistrzem w dyskontowaniu słabości swoich partnerów na arenie międzynarodowej. Aby więc stanowisko Unii w kwestii przestrzegania swobód obywatelskich i standardów politycznych zostało w Moskwie wysłuchane z należytą powagą, sama Unia musi wyjść zwycięsko z wewnętrznego kryzysu. Bowiem tylko stabilna i silna Unia pozostanie kluczowym partnerem Rosji, podobnie jak demokratyczna Rosja jest pożądanym partnerem Unii Europejskiej.
Autor: Robert Cheda, Research Fellow Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.
Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego - polski think tank zajmujący się problematyką polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz sprawami międzynarodowymi. Fundacja jest instytucją niezależną i apolityczną.