Sytuacja w Syrii staje się coraz bardziej ponura. Gdy impas między demonstrantami a reżimem przybiera coraz krwawsze formy, perspektywy przemian demokratycznych coraz bardziej się oddalają.
Zawsze były wątpliwości czy “arabska wiosna” miałaby szanse powodzenia w Syrii. Siły bezpieczeństwa, którymi dowodzą członkowie mniejszościowej sekty alawitów prezydenta Al-Assada, wiedzą że ich przyszłość jest nierozerwalnie powiązana z przyszłością reżimu. Jest to zasadnicza różnica między Syrią a krajami takimi jak Egipt i Tunezja, gdzie wojsko odmówiło wstawienia się za reżimem i wykoszenia „ich własnych ludzi”.
Ponadto w Egipcie i Tunezji reformy ekonomiczne coraz bardziej odrywały wojsko (które uprzednio czerpało korzyści z państwowej klienteli) od reżimu; lata kontrolowanej liberalizacji gospodarczej zostały wykorzystane przez państwo do wzbogacania kumpli i członków rodzin cywilnego reżimu. Chociaż w Syrii podobny kapitalizm kolesiów budzi powszechną odrazę, tamtejsze siły bezpieczeństwa wiedzą, że demokracja oznaczałaby totalny upadek rządów mniejszościowych alawitów. Na to zaś nie mogą pozwolić.
Ponadto kluczowe segmenty syryjskiej populacji wydają się mieć mieszane odczucia co do zmiany reżimu. W Syrii nie widziano milionów demonstrantów, którzy wyszli na ulice w Tunezji i Egipcie. Dwa największe miasta, Damaszek i Aleppo, pozostają względnie spokojne, a ruch protestu ma trudności z nabraniem rozmachu. Wiele tysięcy ludzi wzięło udział w protestach – nawet w obliczu brutalnych represji – ale kraj jeszcze nie stanął w miejscu.
Powodem tego nie jest społeczne poparcie dla reżimu. Assad może liczyć na swoją społeczność alawicką (około 10% populacji), społeczność chrześcijańską (kolejne 10%, które widzi w świeckim reżimie alawitów ich najlepszą obronę przeciwko większości sunnickiej) oraz małą, lecz wpływową sunnicką elitę biznesową, która obawia się zerwania z probiznesową polityką Assada. Lecz większość Syryjczyków ma niewiele serca dla reżimu. Zaiste, jeśli wszechobecne w Syrii, opowiadane ukradkiem żarty mogą służyć za wskazówkę, to go nie cierpią.
Natomiast jest strach przed tym, że zmiana reżimu zapoczątkuje krwawy, wyznaniowy i etniczny podział kraju. Wielkim cieniem kładzie się Irak i jest to wykorzystywane przez reżim. Rozlew krwi, który przydarzył się sąsiadowi Syrii po obaleniu Saddama Husajna pozostaje mrożącą krew w żyłach przestrogą o ryzyku zmiany reżimu w państwie o ograniczonej identyfikacji narodowej. Syria bardziej przypomina Irak, ze swoją złożoną mieszanką etniczno-wyznaniową, niż stosunkowo homogeniczną Tunezję czy Egipt. Życie codzienne, możliwe nawet pod rządami znienawidzonego reżimu, staje się niemożliwe w stanie wojny domowej.
Ale coraz bardziej odpowiednia jest inna analogia: Algieria. Opozycja w Syrii (zawsze podzielona między świeckich i religijnych, między wygnańców i tych którzy pozostali w kraju, między regiony kraju i klasy) podzieliła się jeszcze bardziej i w sposób dalece bardziej niebezpieczny na tych, którzy trzymają się pokojowych protestów, oraz tych, którzy chwycili za broń przeciwko państwu. To dostarczyło Assadowi niezbędnego pretekstu by ścigać demonstrantów. Gdy impas staje się coraz krwawszy, a cywile znajdują się w ogniu krzyżowym, koszt przeciwstawiania się reżimowi może okazać się zbyt duży dla syryjskich obywateli. Dokładnie to właśnie stało się w Algierii.
Kiedy algierskie wojsko anulowało rezultaty wyborów z 1991 roku wygranych przez islamistyczną FIS i przystąpiło do otwartego ataku na islamistów, wszczęło wojnę domową, która kosztowała życie co najmniej 100 tysięcy Algierczyków. Choć obie strony popełniały zbrodnie, było wiele wiarygodnych doniesień, że państwowe siły bezpieczeństwa przywdziewały islamistyczne szaty by atakować domniemanych zwolenników islamistów, mając na celu zdyskredytowanie FIS. Podobne doniesienia pojawiają się teraz w Syrii. Mając przeciwko sobie pełną siłę państwa, opozycja w Algierii podzieliła się i rozdrobniła; ci, którzy pozostali stawali się coraz bardziej radykalni i bezwzględni, delegitymizując się w oczach algierskich obywateli i uprawomacniając brutalną rozprawę reżimu. Pod koniec lat 1990-tych wszystko się skończyło – państwo zwyciężyło. Większość Algierczyków zaakceptowała wznowienie rządów wojskowych. Było to lepsze niż chaos i rozlew krwi z czasu wojny domowej.
Perspektywa, że Syria pójdzie drogą Algierii jest realna. Chociaż stopniowa zapaść syryjskiej gospodarki w obliczu sankcji może kosztować Assada jego ostatnie bastiony poparcia, jeśli kraj ugrzęźnie w przewlekłej, krwawej batalii, która sprawi, że życie cywilne będzie nie do zniesienia, ludność może stanąć za reżimem. To może dać Assadowi nowy oddech, w co wielu wątpiło kilka miesięcy temu. Istotnie, wielu obserwatorów świata arabskiego zwraca uwagę na to, jak spokojna jest Algieria podczas arabskiej wiosny. Ale po przeżyciu rzezi z lat 1990-tych nie dziwi, że Algierczycy najwyraźniej nie mają wielkiego apetytu na ponowne wojowanie z państwem, niezależnie od jego powszechnie uznawanej korupcji, złej polityki gospodarczej i represji.
Wydarzenia mogą wciąż przybrać nieoczekiwany obrót. Syryjski reżim jest ewidentnie zagrożony. Ale zachodnia interwencja, która umożliwiła upadek reżimu w Libii jest mało prawdopodobna w Syrii; nie wzywa się do niej jednogłośnie w kontekście syryjskim bądź arabskim, a Rosja i Chiny, dysponujący prawem weta członkowie RB ONZ, nigdy by jej nie usankcjonowały. Demograficzne i geostrategiczne zawiłości Syrii sprawiają też, że i Zachód jest tu bardziej wyczulony co do interwencji.
To, że autorytaryzm być może jeszcze nie dobiegł końca w świecie arabskim, od Zatoki Perskiej przez Lewant po pozostałe bastiony w Afryce Północnej, świadczy o długiej i trudnej drodze jaką ma przed sobą arabska wiosna.
O autorce:
Karen Kramer jest wykładowcą nauk politycznych i studiów bliskowschodnich w Purchase College, State University of New York.
Artykuł pochodzi ze strony openDemocracy i został opublikowany na licencji Creative Commons.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.opendemocracy.net/karen-kramer/syria-next-algeria
FOTO: Flickr user Kodak Agfa