Przeobrażenia zachodzące na Bliskim Wschodzie dotknęły każdy rząd i każdą organizację polityczną w regionie. W niektórych przypadkach zmiany te doprowadzały do wyraźnie widocznych zysków; w innych - do oczywistej porażki. W przypadku Hamasu, radykalnego ugrupowania palestyńskiego władającego Gazą, arabska wiosna przyniosła dezorientującą kombinację niezwykle dobrych i niezwykle złych wiadomości.
Hamas ma teraz przed sobą całkowicie inny świat, w którym role odgrywają kolidujące ze sobą siły. Co najważniejsze dla przywództwa Hamasu, musi ono pilnie podjąć bardzo trudne decyzje.
Na pierwszy rzut oka, arabskie powstania wyglądają na powód do wielkiej radości dla Hamasu. W pierwszych miesiącach wstrząsów obalony został prezydent Egiptu Hosni Mubarak, jeden z najbardziej zagorzałych wrogów Hamasu. Mubarak blisko współpracował z Izraelczykami aby trzymać palestyńskich bojowników islamskich zamkniętych w Gazie, mając na celu to, żeby nie inspirowali oni i nie wzmacniali egipskich islamistów - Bractwa Muzułmańskiego. Upadek Mubaraka oznaczał haniebny koniec znienawidzonego wroga Hamasu. A jeśli ta wiadomość nie była wystarczającym powodem do euforii, po zakończeniu rządów Mubaraka w Egipcie doszło do zdumiewającego awansu politycznego Bractwa Muzułmańskiego, modelu ideologicznego dla Hamasu, jak również bardziej radykalnej, salafistycznej partii al-Nur.
Na dodatek wzrost roli partii islamistycznych nie ograniczał się do Egiptu. Gdziekolwiek dochodziło do powstań, partie islamistyczne, przypuszczalnie sympatyzujące ze światopoglądem Hamasu, udowadniały że mają najlepszą organizację polityczną i bardzo szybko zdobywały wpływy.
Dobre wiadomości dla Hamasu napływają też z nieoczekiwanego miejsca: Jordanii. Czując presję ze strony niespokojnej populacji, haszemickie królestwo, jedyne państwo arabskie obok Egiptu które ustanowiło formalne stosunki dyplomatyczne z Izraelem, teraz dokonuje rewizji relacji z tym palestyńskim ugrupowaniem islamistycznym. Jordański premier powiedział niedawno, że Amman popełnił błąd wyrzucając Hamas wiele lat temu i teraz chce normalizacji stosunków. [29 stycznia w Ammanie doszło zaś do pierwszego od 1999 roku spotkania króla Abdullaha II z liderem Hamasu - przyp. SM]
Zmiany te złagodziły nieco codzienną presję, która uprzednio krępowała Hamas, pozwalając na łatwiejsze poruszanie się z Gazy do Egiptu i sprawiając, że ugrupowanie to nie jest już takim pariasem wśród regionalnych potęg. Ale to tylko jedna strona medalu.
Arabskie powstania przyniosły też pewne zmiany, które były katastrofalne dla palestyńskich islamistów. Dopóki ruchy na rzecz zmian ograniczały się do Tunezji i Egiptu, patroni Hamasu w Teheranie przyklaskiwali im, twierdząc że ludzie chcieli naśladować irańską rewolucję. Ale gdy wrzenie dotarło do Syrii, dla sojuszu wspierającego Hamas, złożonego z Iranu, Syrii i Hezbollahu w Libanie, bliskowschodnie rewolucje zrobiły niepokojący zwrot.
Damaszek, syryjska stolica, od dawna służył za siedzibę dla przywództwa Hamasu na wychodźstwie. Oprócz udzielania gościny temu ugrupowaniu, obecnie osaczony prezydent Syrii Baszar al-Assad okazał się też być niezawodnym sojusznikiem. Lecz kiedy Assad zaczął mordować pokojowych demonstrantów w swoim kraju, Hamas stanął w obliczu najbardziej kłopotliwego wyboru z możliwych: albo wziąć stronę człowieka powszechnie uznawanego za najbrutalniejszego z tyranów, albo zdradzić swojego najbardziej zaufanego dobroczyńcę.
Hamas wystarczająco zdystansował się od Assada by rozzłościć Teheran, ale niewystarczająco by uniknąć splamienia samego siebie. Jako samozwańczy ruch wyzwoleńczy, obrońca uciskanych, ugrupowanie to doświadczyło uszczerbku dla swojego wizerunku z racji powiązań z syryjskim reżimem. Według poważanego palestyńskiego analityka opinii publicznej Khalila Shikakiego, "Hamas jest w tej chwili postrzegany jako przyjaciel [syryjskiego] reżimu, a tym samym traci sporo publicznej sympatii".
Powtarzają się doniesienia, że Khaled Meshal, przywódca ugrupowania na wygnaniu, już czmychnął z Damaszku wraz z resztą najwyższego przywództwa. A kiedy Ismail Haniyeh, premier rządu w Gazie, udał się niedawno w tournee po stolicach Bliskiego Wschodu, wielu twierdziło, że poszukiwał nowej zagranicznej siedziby dla ugrupowania.
Jeśli Hamas oficjalnie opuści Damaszek, najprawdopodobniej zerwane zostaną także jego więzi z Teheranem. Nie jest to mały problem, bo Iran jest głównym sponsorem ugrupowania. Bez wystarczającej ilości pieniędzy by opłacić swój ogromny, 30-tysięczny personel bezpieczeństwa, czyli utrzymać funkcjonowanie Gazy, Hamas może doświadczyć zagrożenia dla swojej egzystencji - dopóki nie będzie w stanie zastąpić szczodrości Teheranu. Ankara zaprzeczyła doniesieniom, że Turcja obiecała ugrupowaniu 300 milionów dolarów, z grubsza połowę rocznego budżetu Hamasu w Gazie.
Ale oprócz gotówki jest też kwestia tego, gdzie założyć bazę operacyjną poza izolowaną Strefą Gazy. Kraje, które teraz są przyjazne Hamasowi może i są skore do udzielania wsparcia na wiele sposobów, ale mogą nie zdecydować się na zezwolenie na to, by ich terytorium stało się siedzibą dla organizacji uznawanej przez większość Zachodu za terrorystyczną. Egipt, Tunezja i Libia chcą utrzymać zachęcającą fasadę dla turystów, inwestorów i zagranicznych pożyczkodawców. Gdyby stały się domem dla Hamasu, z pewnością odstraszyłyby wielu z nich.
Rzeczywistość jest taka, że kraje arabskie, choć bardzo życzliwe Palestyńczykom, dziś są bardziej skupione na swoich własnych problemach. Nawet Turcja, której premier otwarcie mówi o swoim poparciu dla Hamasu i antypatii do Izraela, może zawahać się przed rzuceniem wyzwania Waszyngtonowi tak dramatycznym krokiem jak finansowanie Hamasu lub zaproszenie jego liderów do przeniesienia się na ziemię turecką.
Tymczasem szukając nowego domu Hamas przewartościowuje też swoje stosunki z palestyńskimi rywalami. Kontynuowane są wysiłki na rzecz pojednania z Fatahem i mówi się teraz, że Hamas może przyłączyć się do Organizacji Wyzwolenia Palestyny (PLO), palestyńskiej organizacji patronackiej, którą historycznie bojkotował. W ramach układów z Oslo z 1993 roku PLO została uznana przez Izrael za prawowitego przedstawiciela Palestyńczyków, w zamian za uznanie przez PLO prawa Izraela do istnienia oraz odrzucenie przemocy i terroryzmu.
Aby wstąpić do PLO Hamas musiałby zaakceptować te zasady. Pomimo spekulacji, że mogłoby to nastąpić, Haniyeh niedawno powtórzył stanowisko ugrupowania. Krótkoterminowym celem, powiedział, jest "wyzwolenie Gazy, Zachodniego Brzegu i Jerozolimy"; lecz ostatecznym celem strategicznym, oznajmił, jest eliminacja Izraela. Ten punkt widzenia może się pokrywać lub nie pokrywać z poglądem krajów arabskich po obecnych rewolucjach. Tak jak na wiele innych pytań, jeszcze nie ma na nie odpowiedzi.
Dla liderów Hamasu atmosfera rewolucji w całym regionie stworzyła tak wiele pytań i dylematów, że mało jest czasu na to, by ocenić czy bilans jest pozytywny czy negatywny. Podobnie jak tak wielu w ich regionie, z pewnością znajdują dziś wiele powodów do optymizmu dla swojej sprawy, ale jedynym widocznym skutkiem jest póki co niepewność.
Frida Ghitis jest niezależnym komentatorem spraw światowych i redaktorem World Politics Review. Jej cotygodniowy felieton World Citizen jest publikowany co czwartek.
Copyright World Politics Review
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.worldpoliticsreview.com/articles/11082/world-citizen-in-changing-region-hamas-faces-urgent-choices
Flickr user MATEUS_27:24&25