Dyplomatyczna ścieżka do zmian w Syrii jest mocno zablokowana. Rosja, ze swoich własnych pobudek, odmawia i będzie dalej odmawiać zgody na uchwalenie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ jakiejkolwiek rezolucji niosącej obietnicę poważnych działań przeciwko reżimowi prezydenta Baszara Assada.
USA, co jasno dała do zrozumienia sekretarz stanu Hillary Clinton słowami wypowiedzianymi w zeszłym tygodniu, zrobią wszystko co w ich mocy by uniknąć uwiłkania się w nową wojnę bliskowschodnią. Status roku 2012 jako roku wyborów prezydenckich będzie sprzyjał dalszemu umacnianiu domyślnego stanowiska tej administracji, przeciwnego nowym eskapadom w tej chaotycznej okolicy.
Lecz pomimo głębokiego impasu dyplomatycznego sytuacja nie jest statyczna. Na miejscu akcji dochodzi do istotnych zmian. Wszystkie z nich grają na niekorzyść reżimu Assada, a najważniejsze dotyczą rosnącej rangi, spójności i siły rebelianckiej Wolnej Armii Syryjskiej (FSA).
Wojny domowe rzadko się ogłasza lub wypowiada. Stąd nie zawsze łatwo jest określić datę wyznaczającą ich początek. Pod wieloma względami Syria znajduje się w stanie wojny domowej o niskiej intensywności od czasu pojawienia się oporu zbrojnego wobec Assada latem 2011 roku. Ale to styczeń 2012 roku będzie prawdopodobnie zapamiętany jako moment, kiedy konflikt zbrojny między Syryjczykami zaczął się na serio.
W ostatnich tygodniach stało się jasne, że różnorodna zbieranina partyzantów znana jako Wolna Armia Syryjska posiada większe możliwości niż dotąd przypuszczano. FSA kontroluje teraz miasto Zabadani, niedaleko od granicy z Libanem, które przekształciła w mini-"Wolną Syrię". Utrzymuje też pozycje w pobliżu granicy tureckiej w prowincji Idlib w północnej Syrii.
Siły te ewidentnie czuły się w zeszłym tygodniu na tyle pewnie, że zabrały ze sobą grono dziennikarzy za granicę turecką do swoich pozycji w Idlib, skąd relacjonowali oni toczące się walki. Ta zamieszkała głównie przez sunnitów prowincja jest bastionem FSA, a w mieście Idlib podobno obecnych jest 700 bojowników.
Przez długi czas doniesienia sugerowały, że FSA była na pół fikcyjnym tworem, składającym się z marnie wyposażonych, kiepsko zaopatrywanych grup dezerterów armii z niewielką lub w ogóle bez centralnej koordynacji i z czysto hipotetycznym przywództwem. Niewielu wysunęło by taką tezę w świetle wydarzeń z minionych 2 tygodni.
Jednak wciąż byłoby zupełnie nieuprawnione gdyby zaczęto się odnosić do tej organizacji jako potencjalnego pretendenta do władzy w krótkim i średnim okresie czasu. FSA ma w najlepszym razie około 20 tysięcy bojowników. Reżim może wciąż mówić o blisko 300 tysiącach, w tym swoich służbach bezpieczeństwa i nieregularnych oddziałach alawickich. Rebelianci nie mają sił opancerzonych ani artyleryjskich i dysponują tylko elementarną infrastrukturą logistyczną.
Dowódcy FSA prowadzą odosobnione życie na terenie koło Antakyi w Turcji, w pobliżu granicy. Turcja zapewnia organizacji miejsce pobytu, ale trzyma jej członków pod ścisłą kontrolą. Ankara zdaje sobie sprawę, że dla FSA ustanowienie strefy buforowej w północnej Syrii jest zasadniczym żądaniem i byłoby poważnym osiągnięciem. Ale Turcy nie mają ochoty zostać wciągniętymi w ewentualne starcia z Syryjczykami z powodu rozpalenia sytuacji na granicy przez nadgorliwość FSA. Stąd ta ścisła kontrola, która rozciąga się na kontakty z mediami. BBC musiała przeprowadzić swój niedawny wywiad z liderem FSA, pułkownikiem Riyadem Asaadem poprzez Skype'a, po tym jak władze tureckie odmówiły jej wstępu na jego teren.
Ruch opozycyjny utrzymuje w Stambule małą grupę aktywistów, którzy spotykają się bezpośrednio z dziennikarzami. Źródła bliskie organizacji podkreślają, że spodziewają się, iż reżim w pewnej chwili odbije Zabadani i że ruch dobrze wie, że nie może jeszcze liczyć na utrzymanie jakiegoś obszaru mimo frontalnego ataku sił reżimu. W zeszłym tygodniu siły Assada natarły na FSA, wypędzając rebeliantów z dzielnic, które były okupowane we wschodnich rejonach Damaszku - przy znacznych stratach. Artyleria reżimu ostrzeliwuje też bastiony FSA w mieście Homs, rejonie Rastan i prowincji Idlib.
Pomimo tego wszystkiego, zeszłotygodniowe rozmowy ze źródłami bliskimi FSA pokazały wysokie morale i determinację. Wciąż wzywają oni do ustanowienia strefy zakazu lotów i strefy buforowej, a la Benghazi. Ale gdy w minionym tygodniu wszystkie oczy zwrócone były na Radę Bezpieczeństwa ONZ, nie ma większych nadziei, że takie żądania doczekają się realizacji. Wolna Armia Syryjska jest mimo to zachwycona swoją rosnącą zdolnością do utrzymywania terenu, przynajmniej na jakiś czas, i nieustannie atakuje ludzi Assada.
Armia twierdzi, że duże części Syrii stały się teraz niedostępne dla sił reżimu, chyba że wkracza się na nie z maksymalną siłą. To ważna rzecz - reżim, który może jedynie podróżować w konwoju przez niektóre części swojego kraju jest reżimem, którego władza nie jest już całkowita.
FSA czerpie też nadzieję z coraz szybszego tempa dezercji wśród sił Assada i ostrego spadku liczby wojsk, na które osaczony syryjski dyktator może liczyć i polegać. W tym tygodniu syryjski generał Mahmoud Halouf, były dowódca budzącego lęk Palestyńskiego Oddziału Wywiadu Wojskowego, według doniesień regionalnych mediów zdezerterował z 300 swoimi żołnierzami.
Wydaje się, że w Syrii rozpoczyna się partyzancka wojna na wyniszczenie. Gdy dyplomacja się wlecze, a rzeź demonstrantów przez reżim trwa dalej, kampania zbrojna mająca na celu zniszczenie dyktatora zajmuje centralne miejsce. Zwycięstwo wygląda na odległe. Ale mimo to Wolna Armia Syryjska zdecydowanie sprawia wrażenie, że mocno wierzy, iż pewnego dnia odniesie sukces.
Artykuł ten ukazał się pierwotnie w "The Jerusalem Post".
Dr. Jonathan Spyer to senior research fellow w Global Research in International Affairs (GLORIA) Center w Herzliyi w Izraelu, autor "The Transforming Fire: The Rise of the Israel-Islamist Conflict" (Continuum, 2010) i felietonista gazety "The Jerusalem Post".
Copyright Gloria Center.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.gloria-center.org/2012/02/arab-world-taking-center-stage/
FOTO: Flickr user FreedomHouse