Przy braku wewnętrznej platformy politycznej, polityka zagraniczna może odegrać większą rolę w rosyjskiej kampanii przed wyborami prezydenckimi.
Próbując osłodzić sobie kiepski występ partii Jedna Rosja w wyborach do Dumy 4 grudnia, jej zwolennicy argumentują, że wynik partii odpowiada "standardom europejskim". Jest kilka powodów by kwestionować ten argument, ale jeden z nich się wyróżnia: w dojrzałych demokracjach europejskich wybory parlamentarne przeważnie rozgrywają się "wokół kwestii". Natomiast zakończona niedawno kampania przed wyborami do Dumy była w zasadzie pozbawiona konkretnych kwestii.
Główny ciężar winy ponosi sama Jedna Rosja. Nie będąc w stanie sformułować spójnej, nowoczesnej ideologii, partia ta polega na jej powiązaniu z rosyjską władzą wykonawczą - stąd próby przypisywania sobie przez Jedną Rosję każdego "osiągnięcia" opłaconego pieniędzmi z budżetu. Lecz jej przeciwnicy w wyborach nie spisali się wcale lepiej: żadnej z 6 partii politycznych biorących udział w głosowaniu obok Jednej Rosji nie udało się przygotować platformy wyborczej atrakcyjnej dla elektoratu. Zamiast tego, gdy notowania Jednej Rosji stale spadały, wolały one siedzieć z boku i patrzeć jak partia władzy traci swój mandat u rosyjskich wyborców.
W szczególności temat polityki zagranicznej prawie nigdy nie był poruszany w debatach wyborczych. Dwa czynniki mogą tłumaczyć to niedopatrzenie. Po pierwsze, Rosja nie jest w stanie wojny, a na granicach kraju nie ma dużych konfliktów zbrojnych. Przy braku wyraźnego zagrożenia dla rosyjskiego bezpieczeństwa narodowego Rosjanie - tak jak ich odpowiednicy w każdym innym kraju - wolą trzymać się kwestii wewnętrznych.
Po drugie, polityka zagraniczna w Rosji jest wyłączną domeną egzekutywy, normalnie przedmiotem interakcji między administracją prezydencką a ministerstwem spraw zagranicznych - aczkolwiek w 2008 roku do kombinacji tej doszedł trzeci gracz: biuro premiera Władimira Putina. W tym układzie rola Dumy w określaniu polityki zagranicznej kraju pozostaje rolą niemal całkowicie symboliczną i zazwyczaj jest ograniczona do zatwierdzania traktatów międzynarodowych.
Kwestie międzynarodowe mogą powrócić na pierwszy plan dyskusji publicznej podczas trwającej obecnie kampanii prezydenckiej i dyskusję tę jak się wydaje już zainicjował czołowy kandydat - Władimir Putin.
Zainteresowanie Putina sprawami zagranicznymi może po części wynikać ze względów taktycznych. Publiczne zapotrzebowanie na firmowe osiągnięcie Putina, tj. stabilność, wydaje się zmniejszać, a zwyczajne przejęcie sztandaru "modernizacji" od prezydenta Miedwiediewa może być problematyczne: Putin mógłby zostać zapytany, dlaczego to on, a nie sam Miedwiediew, ubiega się o prezydenturę. Dopóki przez doradców Putina nie zostanie sformułowany dominujący temat kampanii wyborczej, może on nie mieć innego wygodnego tematu niż omawianie relacji między Rosją a światem zewnętrznym.
A nie jest to pusty temat, gdyż w Rosji narasta niepokój wokół kwestii systemów obrony przeciwrakietowej w Europie Wschodniej. Rosja autentycznie uważa przyszłą dyslokację systemów obrony przeciwrakietowej w Europie za poważne zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa, a Kreml nie widzi powodu by ukrywać swoje obawy przed opinią publiczną.
Chociaż poświęcanie uwagi temu problemowi przez rosyjskich oficjeli jest dość zrozumiałe, ton ich reakcji brzmi nieco niepokojąco. Przemawiając na spotkaniu popierającym Jedną Rosję na Placu Maneżowym w Moskwie 12 grudnia, ambasador Rosji przy NATO Dmitrij Rogozin ostrzegł przed niebezpieczeństwem, że Rosja stanie się "łatwą ofiarą" pewnych (niewymienionych z nazwy) wrogich "sił w Europie". Oczywiście, łatwo jest po prostu zignorować jeszcze jeden przykład zjadliwej antyzachodniej krytyki ze strony zawsze konfrontacyjnie nastawionego ambasadora, gdyby nie fakt, że dzień po spotkaniu koło Maneżu Rogozin dołączył do przywództwa kampanii wyborczej Putina.
Sam Putin wywołał poruszenie oskarżając Stany Zjednoczone i osobiście sekretarz stanu Hillary Clinton o podburzanie do akcji protestacyjnych w Rosji, które wybuchły po ogłoszeniu rezultatów wyborów do Dumy. Według Putina: "[Clinton] nadała ton dla niektórych aktywistów [opozycyjnych] wewnątrz kraju i wysłała im sygnał. Oni usłyszeli ten sygnał i rozpoczęli aktywne działania korzystając ze wsparcia Departamentu Stanu USA".
Jest niemal nieprawdopodobne by Putin nie zdawał sobie sprawy z absurdalności tego oskarżenia. Lecz wizja wroga u drzwi Rosji zapewne będzie przemawiać do wielu w tym kraju, w którym nieufność wobec Stanów Zjednoczonych wciąż jest głęboka w 20 lat po tym jak formalnie zakończyła się Zimna Wojna. Co interesujące, punkt widzenia Putina został entuzjastycznie poparty przez lidera partii komunistycznej - i tak się składa, że rywala Putina w wyścigu prezydenckim - Giennadija Ziuganowa, który nazwał spotkania opozycji "pomarańczowym trądem" zorganizowanym przez "amerykańskie tajne służby". Nie ma wątpliwości, że temat zagranicznej ingerencji w sprawy wewnętrzne Rosji będzie odgrywał prominentną rolę w debatach wyborczych.
Ostra antyzachodnia retoryka Putina może być zimnym prysznicem dla tych, którzy kilka miesięcy temu mówili nam, że "możliwy wybór Putina na prezydenta Rosji nie będzie oznaczał fundamentalnej zmiany w kierunku stosunków USA-Rosja". Wciąż mogą oni mieć rację: prezydent Putin może równie dobrze porzucić werbalne ekscesy kandydata Putina i powrócić do pragmatycznego podejścia do polityki zagranicznej, tak charakterystycznego dla jego pierwszej kadencji prezydenckiej. Ale w polityce słowa mają znaczenie - nawet jeśli są wypowiadane w ogniu kampanii wyborczych.
Eugene Ivanov to bazujący w Massachussets komentator spraw politycznych, który bloguje na The Ivanov Report.
Copyright Russia Beyond The Headlines.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://rbth.ru/articles/2011/12/16/enemy_at_the_door_14022.html
FOTO: Flickr World Economic Forum