Chińska elita: deficyt językowy
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Chronologia Książki
Chińska elita: deficyt językowy
Kerry Brown The Diplomat 2012-02-13 23:02:58

Pekin jest zaniepokojony bardziej asertywną polityką regionalną Waszyngtonu w Azji. Ale w tym regionie, jak i gdzie indziej, niezdolność chińskiego przywództwa do rozmawiania z resztą świata w naturalny sposób osłabia jego zdolność reakcji.

 

Kiedy samolot Hillary Clinton wylądował w Rangunie na początku grudnia 2011 roku, był to ponury moment dla specjalistów od polityki zagranicznej w rządzie centralnym w Pekinie. Chiny od wielu lat były jedynym wiernym przyjacielem coraz bardziej izolowanego reżimu wojskowego w Birmie. Dlatego mogły tam korzystać z czegoś, co było bliskie monopolowi gospodarczemu, nawet gdy Indie dążyły do realizacji swoich interesów w tym bogatym w surowce, lecz izolowanym kraju południowoazjatyckim.

Pekin dostał zawczasu ostrzeżenie przed listopadowym chłodem kiedy Barack Obama ogłosił podczas swojej wizyty w Azji pod koniec listopada, że Stany Zjednoczone, po odwróceniu ich uwagi przez Bliski Wschód i Afganistan w następstwie zamachów z 11 września, teraz powróciły i w pełni skupiają się na swoich interesach na Pacyfiku. W Chinach takie deklaracje wzbudzają obawy, że USA angażują się w sprawy ich sąsiadów bardziej niż Pekin by sobie tego życzył.

Ale ten trend ma jeszcze dłuższą historię. Już w połowie 2010 roku sekretarz stanu Clinton powiedziała bowiem – w kontekście tarć między Japonią a Chinami wokół spornych granic morskich – że Morza Południowo- i Wschodniochińskie są stanowią uprawnione obszary amerykańskiego zainteresowania strategicznego. Taka spójność oświadczeń i postępowania USA w ciągu minionych 18 miesięcy sugeruje, że rzeczywiście „powróciły” one, strategicznie i psychologicznie, do Azji Wschodniej. Wielu w Pekinie widzi w tym przesunięciu uwagi próbę pokrzyżowania planów i rzucenia wyzwania Chinom, które teraz mają większe możliwości zaznaczania swoich kluczowych interesów.

Składniki kalkulacji Chin są dobrze znane. Dotyczą one rywalizacji o granice i terytoria, dostępu do zasobów ekonomicznych i energetycznych i ich zdolności do wpływania na system międzynarodowy w sposób, który władze w Pekinie uważają za łagodny.

Wielu Chińczyków na wysokich szczeblach uważa samą wszechobecność USA za niemal niekończący się koszmar, z którego mają nadzieję pewnego dnia się obudzić. USA posiadają znaczącą obecność w Korei Południowej, Japonii i na Filipinach. Ale co bardziej alarmujące, teraz są obecne w miejscach takich jak Wietnam (który może teraz uzyskiwać broń z USA, co było nie do pomyślenia nawet parę lat temu), Pakistanie i Mongolii. Wszędzie wokół obrzeży Chin, mogłoby się wydawać patrząc z Pekinu, nagle wyskakują Amerykanie – i to nawet z myślą o misji stopniowego powstrzymywania.

Tylko w odniesieniu do Korei Północnej (KRL-D) Chiny mogą czuć jakąkolwiek pewność, że USA są nieobecne – lecz nawet tam przywództwo w Phenianie żywi głęboko zakorzeniony cel, żeby pewnego dnia bezpośrednio negocjować z Waszyngtonem. Ujmując to inaczej: kiedy milknie nieustanna retoryka przyjaźni, płytkość chińskich aliansów strategicznych może zdawać się równie zaskakująca co szokująca.

Nowy język

To kłopotliwe położenie stanowi wskazówkę dla dyplomatycznego zachowania Chin w ostatnim czasie, które jest klasyczną mieszanką uspokajającej „mowy o pokoju i harmonii” i zezwalania różnym agentom państwa centralnego na działanie ze swoistym, bolszewickim unilateralizmem. Elementami mocno reklamowanego „pokojowego wzrostu” Chin są teraz kapitanowie wdający się w burdy na morzu ze statkami południowokoreańskimi, japońskimi i wietnamskimi, a także ostra krytyka Indii za podejmowanie Dalaj Lamy na konferencji religijnej (podczas niedoszłego pierwszego dnia zaplanowanych rozmów granicznych pod koniec listopada 2011 roku).

Takie bardziej wojownicze zachowanie w ostatnich miesiącach można uznać za odzwierciedlenie frustracji Pekinu, że jego potęga ekonomiczna prześcignęła wpływy polityczne – i że jego aparat polityki zagranicznej po prostu nie jest przygotowany na zakres i głębię kwestii, z jakimi Chiny będą się mierzyć stając się gospodarczym kolosem. W tej perspektywie fundamentalne stanowiska w polityce Chin – żeby nie dążyć do przewodzenia, nie ingerować w sprawy innych – przypominają czas, kiedy były one izolowanym i politycznie introspektywnym krajem podnoszącym się z katastrofalnej wojny międzynarodowej i domowej, opętanym nieustającymi wewnętrznymi kampaniami politycznymi. Dziś, w świecie, w którym chińskie odciski stóp widać na całym globie, są one coraz bardziej nieodpowiednie i nieefektywne. Lecz nikt w Pekinie nie wydaje się skłonny je kwestionować, nie mówiąc o zaproponowaniu innych, adekwatnych do realiów globalnej polityki XXI wieku.

Droga do rozwiązania problemu zaczyna się od przyznania sprawy oczywistej – że Chiny, tak jak każde mocarstwo, mają uprawnione interesy międzynarodowe, ale że potrzebują dużo bardziej przekonującego głosu, który by je wyrażał. Ich obecne przywództwo jest niechętne, albo po prostu niezdolne, do wypracowania sposobu rozmawiania ze światem, który zapewniłby, że ich słowom się wierzy, a do ich twierdzeń ma zaufanie. Jeśli Chiny niepokoją się wszędobylskością USA wokół ich granic, to muszą znaleźć retorykę, która umożliwi im autentyczne stawianie oporu. Jak by nie było, Sun Zi, jak sami Chińczycy lubią podkreślać, stwierdził ponad 2 tysiąclecia temu, że największe zwycięstwa odnosi się zanim kontakt fizyczny staje się nieodzowny.

Największą wadą Chin w tej nowej wojnie o międzynarodowe serca i umysły jest ich model polityczny. Większość spośród reszty świata uważa go za przestarzały i/lub trudny do zrozumienia, lecz jest on powiązany ze specyficzną ideologią i językiem, który określa sposoby wyrażania się przez chińską elitę. Chińscy politycy są tym samym obarczeni sztywnym i pozbawionym wyrazu słownictwem, za pomocą którego mają rozmawiać ze światem zewnętrznym i swoim własnym narodem. Gdyby byli w stanie się od niego uwolnić, wiele żądań Chin jako kraju – jego zapotrzebowanie na energię, obawy terytorialne, strach przed powstrzymywaniem międzynarodowym – jest wystarczająco łatwych do zrozumienia, nawet jeśli utrzymują się co do nich pewne rozbieżności (co jest dość naturalne).

Nowe pokolenie chińskich przywódców zrobiłoby sobie i reszcie świata wielką przysługę gdyby skorygowało i odświeżyło ten sztywny, wysoce nienaturalny sposób, w jaki rozmawiają o kwestiach dla nich istotnych. Świat w 2012 roku oczekuje na chińskiego przywódcę ze zdolnością do naturalnego i swobodnego przemawiania do świata. Być może dopiero gdy taki się pojawi Stany Zjednoczone i inni zaczną brać bardziej na poważnie uzasadnione obawy Pekinu i angażować się w należyte dyskusje na temat tego, jaka powinna być równowaga sił i interesów w Azji. Gdy teraz jest tu ulokowana tak duża część światowej potęgi ekonomicznej, politycznej i militarnej, nie może się to zdarzyć zbyt późno.

 

O autorze:

Kerry Brown to associate fellow w Programie Azji  w Chatham House. Jego książki to m.in. The Purge of the Inner Mongolian People's Party in the Chinese Cultural Revolution, 1967-69: A Function of Language, Power and Violence (Brill, 2004); Struggling Giant: China in the 21st Century (Anthem Press, 2007); Friends and Enemies: The Past, Present and Future of the Communist Party of China (Anthem Press, 2009); i Ballot Box China: Grassroots Democracy in the Final Major One-Party State (Zed Books, 2011). Jego strona internetowa znajduje się tutaj.

 

Artykuł pochodzi ze strony openDemocracy i został opublikowany na licencji Creative Commons.

Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:

http://www.opendemocracy.net/kerry-brown/chinas-elite-language-deficit

 

FOTO: Flickr user Szymon Kochanski


Słowa kluczowe

 

lista
tematów
lista
autorów