Konflikt na tle narkotykowym w Meksyku przybiera na intensywności. Czy uzasadnione jest określić go terminem „wojna domowa”?
“Jesteśmy w stanie wojny”, mówił nagłówek ostatniego artykułu redakcyjnego „El Universal” po śmierci kolejnego policjanta federalnego.
Ponad 4 tysiące osób zostało zabitych w Meksyku odkąd w grudniu 2006 roku prezydenta Felipe Calderon uruchomił kampanię przeciw przestępczości zorganizowanej. W roku obecnym zabitych zostało 178 policjantów. Meksykańscy oficjele utrzymują, że kartele stosują odwet, będąc w defensywie gdy rozprawa z przestępczością zorganizowaną godzi w ich sposób życia.
Calderon prawie zawsze był ostrożny w opisywaniu tej sytuacji, decydując się na słowo „walka” zamiast „wojna” do czasu niedawnego spotkania z reporterami. Przed wspomnianym ostatnim artykułem redakcyjnym, „El Universal”, czołowy dziennik w Meksyku, również raczej zachowywał ostrożność w użyciu słowa „wojna.”
Ale „wojna domowa” być może najbardziej precyzyjnie opisuje stan obecnego konfliktu w Meksyku. Bądź co bądź około 30 tysięcy meksykańskich żołnierzy i policjantów federalnych jest zaangażowanych w krwawe zmagania przeciw części swoich rodaków.
Z drugiej strony, termin „wojna domowa” może być zbyt prosty by dokładnie opisać to, co jeden z przedstawicieli meksykańskiego wywiadu ostatnio nazwał „grą szachów.” Największe kartele w kraju, w tym Sinaloa, Zatoki, Juarez, Tijuana i Sonora, obecnie ubiegają się o kontrolę nad lukratywnymi szlakami przemytu narkotyków do Stanów Zjednoczonych. Więc wojują też między sobą.
Większość naukowych definicji wojny domowej mówi, że siedziba rządu bądź główna linia polityki musi być przedmiotem sporu; niektóre dodają, że opozycja musi być uzbrojona. Te kryteria pochodzą z Wojny Dwóch Róż w XV-wiecznej Anglii, kiedy ród Yorków walczył z rodem Lancasterów o posiadanie tronu.
Przegrany w wyborach prezydenckich z 2006 roku, Andres Manuel Lopez Obrador, i jego lojalni lewicowi zwolennicy, nie uznają Calderona za prawowitego prezydenta i nadal odmawiają współpracy z jego partią w Kongresie z powodu zarzucanego oszustwa wyborczego. Ale nie noszą broni.
Tymczasem kartele narkotykowe Meksyku nie są sprzymierzone z partią Lopeza Obradora i mają niewielki interes w tworzeniu partii politycznych czy ubieganiu się o urzędy. Ale jest tak być może dlatego, że po prostu nie muszą.
W wielu miastach w całym Meksyku kartele rządzą policją i lokalnymi politykami poprzez strach lub przekupstwo. W tym roku w Tijuanie wysoki generał armii przedstawił listę policjantów i polityków, którzy byli na usługach lokalnych przemytników narkotykowych, albo oferując im protekcję, albo co najmniej przymykając oczy. W trzech miastach kraju całe lokalne siły policyjne złożyły rezygnację z powodu obaw przed przemytnikami.
Czołowi meksykańscy oficjele, wśród nich prokurator generalny Eduardo Medina Mora, wielokrotnie mówili, że jednym z największych zagrożeń dla kraju jest wpływ świata narkotykowego na politykę.
Bossowie narkotykowi w Meksyku nie wydają się mieć takich samych ambicji jak Pablo Escobar, kolumbijski boss narkotykowy, który został wybrany do Kongresu u szczytu swojego panowania. Jak by nie było, meksykańskie kartele mają wystarczającą władzę nad lokalnymi legislaturami: po co mieliby musieć pojawiać się na sesjach ustawodawczych?
Według amerykańskich sił zbrojnych wojna domowa to “wojna pomiędzy frakcjami tego samego państwa; jest 5 kryteriów międzynarodowego uznania tego statusu: rywale muszą kontrolować terytorium, mieć funkcjonujący rząd, cieszyć się pewnym uznaniem z zagranicy, mieć identyfikowalne regularne siły zbrojne, brać udział w poważnych operacjach militarnych.”
Meksykańskie kartele narkotykowe, choć nieoficjalnie, kontrolują rozległe obszary kraju, które są poza zasięgiem nadzoru rządowego. Nawet rząd amerykański, który zgodnie z Inicjatywą Merida planuje dać Calderonowi 1,4 miliarda dolarów na walkę z kartelami, wydaje się przyznawać, że kryminalne przedsiębiorstwa zagrażają stabilności i suwerenności państwa meksykańskiego. Wynajęte strzelby kartelu Zatoki, znane jako “Zetas”, są ubranymi na czarno dezerterami i weteranami armii, którzy biorą udział w regularnych, dużych operacjach militarnych, często przeciw swoim byłym kolegom.
Latem 2006 roku w Iraku, u szczytu przemocy na tle wyznaniowym (3 tysiące irackich cywilów ginęło miesięcznie), nasiliły się głosy, by rząd USA uznał, że państwo zapadło w stan wojny domowej. Badacze naukowi, historycy, politycy, dziennikarze i generałowie przyłączyli się do gorącej debaty nad współczesnym znaczeniem tego terminu.
Ponad 2,5 tysiąca Meksykanów zmarło w zeszłym roku w wyniku przemocy powiązanej z przestępczością zorganizowaną. Tylko w zeszłym miesiącu ponad 493 osoby zostały zabite w całym kraju, zwiększając całoroczny bilans do ponad 1,4 tysiąca. Biorąc pod uwagę te zdumiewające fakty, być może czas określić konflikt na tle narkotykowym w Meksyku nazwą, którą coraz bardziej przypomina: wojną domową.
Malcolm Beith jest redaktorem ds. Meksyku w “The News” w mieście Meksyk.
Copyright
World Politics Review
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.worldpoliticsreview.com/Article.aspx?id=2225