Ostrożny optymizm co do niepewnego dialogu Waszyngtonu z Iranem jest równoważony rosnącym niepokojem o to, że Izrael jest zdecydowany na opcję militarną.
Perspektywa wojny w związku z planami nuklearnymi Iranu wydawała się oddalać w połowie lipca 2008 roku po wyraźnej zmianie nastawienia Stanów Zjednoczonych do tego kraju. Zostało to zasygnalizowane decyzją przeprowadzenia bezpośrednich rozmów z Islamską Republiką po raz pierwszy od rewolucji w 1979 roku i kryzysu zakładników, który zrobił tak wiele dla zaognienia stosunków między oboma państwami. Rezultat rozmów przeprowadzonych w Genewie 19 lipca był rozczarowujący dla zachodnich nadziei na koncesje Iranu w sprawie planów wzbogacania uranu, ale fakt spotkania został odebrany jako pozytywny krok, który zmniejsza ryzyko zbrojnej konfrontacji, wcześniej wyglądające na nasilające się.
Między tą nadzieją a twardą rzeczywistością kładzie się jednak cień. Gdyż nawet jeśli bieg spraw w Waszyngtonie oddalił planowanie uderzenia militarnego przeciw obiektom nuklearnym Teheranu, opcja ataku przez Izrael jest bardzo realna. W złożonych kalkulacjach strategicznych tych trzech aktorów państwowych, delikatne i prowizoryczne zbliżenie między USA i Iranem jest tylko jednym czynnikiem, który sam w sobie nie eliminuje możliwości wojny (zobacz
"Israel, the United States and Iran: the tipping-point", openDemocracy, 13 marca 2008).
Statyczny impet
Zmiana w podejściu Waszyngtonu do Iranu wydaje się być rezultatem presji dwóch gałęzi rządu: Departamentu Stanu, gdzie wpływowi decydenci dążyli do przywrócenia ścieżki dyplomatycznej z Iranem; i Departamentu Obrony, gdzie panowała rzeczywista obawa o możliwe konsekwencje konfrontacji militarnej. Zostało to wyrażone przez wielu starszych rangą dowódców wojskowych, ostatnio przez admirała Mike’a Mullena, przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów (zobacz "Top US admiral says strike on Iran means turmoil", Reuters, 20 lipca 2008). Mullen wyraził dobitny sceptycyzm co do ubocznych skutków wojny z Iranem („To jest bardzo niestabilna część świata i nie potrzebuję by była bardziej niestabilna”) wraz z pełną świadomością ograniczeń narzuconych przez nadmierne rozciągnięcie wojska amerykańskiego („Teraz właśnie prowadzę dwie wojny i nie potrzebuję trzeciej”). Równocześnie stanowczo podkreślił, że Iran musi być „odstraszany” od swoich ostentacyjnych ambicji osiągnięcia zdolności do budowy broni nuklearnej (zobacz "U.S. admiral calls for global pressure on Iran", Xinhua, 21 lipca 2008).
Ten element dwuznaczności znalazł też odwierciedlenie na spotkaniu 19 lipca (w którym udział wzięli przedstawiciele Chin, Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec). Chociaż USA były reprezentowane przez podsekretarza stanu Williama Burnsa, najwyższego rangą przedstawiciela USA w dialogu z Iranem od wielu lat, ewidentne było poczucie procesu, który niemal natychmiast znalazł się w impasie. Sekretarz stanu USA Condoleezza Rice wyraziła się krytycznie o irańskiej delegacji natychmiast po spotkaniu (zobacz Matthew Lee, "U.S. says Iran not serious at nuclear talks", Baltimore Sun, 21 lipca 2008). Członkowie innych delegacji z pogardą wypowiadali się o przygotowaniu i wkładzie Iranu, w tym o rozprowadzonym na spotkaniu dokumencie zarysowującym trzon stanowiska Teheranu (zobacz Elaine Sciolino, "Iran offers 2 pages and no ground in nuclear talks", International Herald Tribune, 22 lipca 2008).
Mściwe rozczarowanie
Mimo tego dialog w Genewie mógł potwierdzić, że szala wewnątrz administracji George’a W. Busha przechyliła się na niekorzyść planowania wojny z Iranem. Byłoby to okrutnym rozczarowaniem dla tych wewnątrz (wiceprezydent Dick Cheney i jego zespół) i na zewnątrz (neokonserwatyści i inne jastrzębie głosy) administracji, którzy od dawna dążyli do dopasowania działań przeciw Iranowi do retoryki o „osi zła.”
W rzeczy samej, reakcja analityków, którzy promowali twardą politykę wobec Iranu na zmianę podejścia Waszyngtonu jest pouczająca. Dla wielu ewidentnie jest to zły sen, który potwierdził ich rozgoryczenie wobec Condoleezzy Rice i Departamentu Stanu, ale też wprowadził nową nutę napełnionej rozczarowaniem odrazy do administracji George’a W. Busha jako całości.
Niespokojny nastrój twardogłowych jest pogłębiony prowadzeniem w sondażach Baracka Obamy pośród generalnie pozytywnych relacji z kampanii kandydata Demokratów, odzwierciedlonych dogłębną relacją podróży do Afganistanu, na Bliski Wschód i do zachodniej Europy (zobacz Dan Balz, "Obama Going Abroad With World Watching", Washington Post, 19 lipca 2008). Dodatkowo zgoda premiera Iraku Nuri Malikiego z wezwaniem Obamy do znacznego wycofania wojsk amerykańskich z Iraku jest poważnym ambarasem dla kandydata Republikanów Johna McCaina, który akcentował niedoświadczenie Obamy w sprawach zagranicznych (zobacz Jim Lobe, "McCain knee-capped by Maliki", Asia Times, 23 lipca 2008). Powszechna frustracja Republikanów i konserwatystów wobec letniego festiwalu Obamy jest wzmacniana widocznym zepchnięciem kampanii McCaina na drugi plan przez media (zobacz Linda Feldmann, "McCain camp cries foul", Christian Science Monitor, 24 lipca 2008).
Jednak skupienie neokonserwatystów na Iranie pozostaje centralnym punktem, z rosnącym poczuciem rozdrażnienia, że Iran został nagrodzony poważną dyplomatyczną atencją Waszyngtonu nawet mimo tego, że nie poczynił żadnych starań (i nie wyraził zamiaru) wstrzymania działań związanych ze wzbogacaniem uranu. Taka przerwa od dawna była warunkiem wstępnym jakiejkolwiek zmiany nastawienia USA; porzucenie go naraża administrację na toksyczny zarzut: o appeasement, tylko jeden krok od zdrady.
Michael Rubin z American Enterprise Institute określił zwrot Busha “dyplomatycznym nadużyciem na poziomie carterowskim, które daje nowy oddech upadającemu rezimowi” (zobacz Michael Rubin, "Now Bush is Appeasing Iran", Wall Street Journal, 21 lipca 2008). W rzeczy samej, Rubin utrzymuje, że “gdy Ahmadinejad zaczyna swą kampanię o reelekcję, może powiedzieć, że skutecznie rzucił Waszyngton na kolana poprzez ostry opór, morderstwa żołnierzy amerykańskich i zaprzeczanie Holokaustowi.”
To mocne słowa, ale inni są jeszcze bardziej surowi wobec administracji Busha. Stephen F. Hayes, stały komentator w neokonserwatywnym magazynie The Weekly Standard, widzi bezpośredni związek ze zwrotem Busha w kwestii Korei Północnej (co obejmowało skreślenie Phenianu z prowadzonej przez USA listy państw-sponsorów terroryzmu w dniu 26 czerwca 2008 roku). Po teście nuklearnym Korei Północnej w październiku 2006 roku Bush początkowo odrzucił wezwania do podjęcia negocjacji; lecz po kilku zaledwie tygodniach pozwolił Christopherowi R. Hillowi z Departamentu Stanu spotkać się z delegacją północnokoreańską, a następne spotkanie odbyło się w Berlinie na początku 2007 roku. Pomimo tego zbliżenia, zauważa Stephen F Hayes, Korea Północna pomagała Syrii w budowie reaktora jądrowego, który miał zostać zbombardowany przez Izrael 6 września 2007 roku.
Hayes argumentuje następująco: „Pomimo tego wszystkiego – pomimo pomocy nuklearnej Korei Północnej dla jednego z czołowych reżimów terrorystycznych świata i pomimo późniejszego braku wyjaśnienia swoich programów nuklearnych – w czerwcu administracja Busha dobrowolnie zniosła sankcje wobec Korei Północnej na podstawie Trading with the Enemy Act (Ustawy o Handlu z Wrogiem) i, mimo sprzeciwu naszego bliskiego sojusznika Japonii, postanowiła usunąć Koreę Północną z listy państw-sponsorów terroru Departamentu Stanu” (zobacz Stephen F Hayes, "'Stunningly Shameful': The Bush administration flip-flops on Iran", Weekly Standard, 28 lipca 2008).
Kolejne srogie upomnienie za zwrot administracji wobec Iranu pochodzi od byłego podsekretarza stanu ds. kontroli zbrojeń i ambasadora przy ONZ w administracji Busha, Johna Boltona. Bolton także koncentruje się na izraelskich obawach o plany nuklearne Iranu i prostolinijnie argumentuje, że polityka Busha wobec Iranu poniosła fiasko, i że racjonalne jest oczekiwanie, że Izrael podejmie działania militarne. Ponadto argumentuje on: „powinniśmy intensywnie rozważać jakiej współpracy USA udzielą Izraelowi przed, podczas i po uderzeniu na Iran. I tak będziemy obwiniani za to uderzenie i z pewnością odczujemy jakiekolwiek negatywne konsekwencje by nie nastąpiły, więc jest przekonywująca logika za tym, by uczynić je na tyle skutecznym, na ile to możliwe” (zobacz John Bolton, "Israel, Iran and the bomb", Wall Street Journal, 15 lipca 2008).
Rozpowszechniający się niepokój
Tymczasem izraelskie źródła donoszą, że Iran ma otrzymać pierwszy transport zaawansowanego systemu rakietowego ziemia-powietrze S-300, który równocześnie może śledzić wiele zbliżających się samolotów i może atakować do 12 w tym samym czasie (zobacz Yaakov Katz, "Officials: Advanced S-300 on way to Iran", Jerusalem Post, 23 lipca 2008). Niektóre źródła wskazują, że wiele tych rakiet mogłoby być rozmieszczonych wokół obiektów nuklearnych w 2008 roku lub zaraz na początku 2009 roku, czyniąc jakikolwiek atak izraelski dużo bardziej kosztownym (zobacz Dan Williams, "Iran to get new Russian air defences by '09 - Israel", Reuters, 23 lipca 2008).
W samym Izraelu dużo częściej mówi się teraz o potrzebie podjęcia działań zanim wybory prezydenckie w USA zbliżą się do punktu kulminacyjnego 4 listopada 2008 roku, lub najpóźniej zanim nowy prezydent zostanie zaprzysiężony 20 stycznia 2009 roku. Izraelski uczony Benny Morris jest wśród tych, którzy dowodzą, że atak izraelski jest wysoce prawdopodobny: “Izrael prawie na pewno zaatakuje obiekty nuklearne Iranu w ciągu następnych 4-7 miesięcy – i przywódcy w Waszyngtonie i nawet Teheranie powinni mieć nadzieję, że atak ten będzie wystarczająco skuteczny by spowodować co najmniej znaczące opóźnienie w irańskim harmonogramie produkcji jeśli nie całkowitą destrukcję programu nuklearnego tego kraju” (zobacz Benny Morris, "Using Bombs to Stave Off War", New York Times, 18 lipca 2008).
Państwa zachodnioeuropejskie ze swojej strony mogły być podbudowane skłanianiem się USA ku dialogowi z Iranem, ale ogólny nastrój w przynajmniej kilku stolicach jednak zauważalnie się pogorszył w ostatnich tygodniach. W kontraście do ulgi wywołanej ostrożnym wyciągnięciem ręki przez Waszyngton do Teheranu, istnieje rosnąca niepewność co do szans wyperswadowania Izraelczykom chęci skorzystania z postrzeganej sposobności do ataku.
Konflikt z udziałem Iranu nie jest nieuchronny, ale przykrym faktem jest to, że jest bardziej prawdopodobny w ciągu kolejnych kilku miesięcy niż w jakimkolwiek momencie w ostatnich 5 latach. Oprócz nieprzewidywalnych – ale niemal na pewno bardzo poważnych i być może katastroficznych – konsekwencji ekonomicznych i dla bezpieczeństwa, co najmniej jeden prawdopodobny efekt polityczny nie jest tym, czego życzyliby sobie architekci konfliktu. Wybitnie twardogłowy kandydat polityczny zyskałby bardzo potrzebne poparcie w nadchodzących wyborach gdy jego kraj stanąłby za nim w czasie kryzysu; i tak Mahmud Ahmadinejad mógłby w połowie 2009 roku zapewnić sobie kolejne 4 lata u władzy.
Artykuł pochodzi ze strony
openDemocracy i został opublikowany na licencji Creative Commons.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.opendemocracy.net/article/iran-israel-and-the-risk-of-war
Opis problemu programu nuklearnego Iranu na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj_start.php?xkraj_stos=Program+nuklearny&kraj=Iran&typ=problemy
Opis stosunków irańsko-amerykańskich na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj_start.php?xkraj_stos=USA&kraj=Iran&typ=stosunki+dwustronne