Inicjatywa Unii Śródziemnomorskiej prezydenta Francji jest doskonałym przykładem jego szaleńczego i określonego na wizerunek stylu przywództwa.
Trudno jest wyobrazić sobie Nicolasa Sarkozy jako dyplomatę – przynajmniej do czasu, gdy przyjęcie przez niego tej roli stało się nieuniknione kiedy 1 lipca 2008 roku Francja rozpoczęła swe 6-miesięczne przewodnictwo w Unii Europejskiej. Jeśli myślenie o „Sarko” wykonującym obowiązki dyplomatyczne wciąż sprawia wysiłek, jest tak w dużej części kwestia stylu: francuski prezydent zawsze wydaje się bardziej skłonny do przepychania swoich poglądów ponad głowami partnerów, wyrażania się w bezpośrednich a nawet zgryźliwych kategoriach w odniesieniu do jakiegokolwiek przywódcy czy kraju wystarczająco śmiałego by się z nim nie zgadzać bądź się mu sprzeciwiać, raczej niż poszukiwania wspólnej płaszczyzny czy kompromisu.
Jest to stałym wzorem jego prezydentury od wyborów w maju 2007 roku – od przywłaszczenia sobie wyłącznej zasługi za układ, który uwolnił więzione w Libii bułgarskie pielęgniarki (mimo tego, że zostało to żmudnie wynegocjowane zawczasu przez Berlin i Brukselę) do jego pogardy dla Irlandczyków po ich referendalnym „nie” dla Traktatu Lizbońskiego 12 czerwca 2008 roku (które to nastawienie tylko nieznacznie złagodził podczas przelotnej wizyty w Dublinie 21 lipca). Fakt, że Sarkozy, w 15 miesięcy po jego elekcji, rządzi Francją nie napotykając oporu oznacza, że jest wciąż nieprzyzwyczajony (a kiedy się pojawiają – obojętny) do sprzeciwów zagranicznych polityków lub mediów.
Sarkozy jest człowiekiem w pośpiechu, niezdolnym lub niechętnym do czekania, zawsze lansującym nowe projekty, skorym do narzucania swojego hiperaktywnego i egotystycznego stylu by obejść swoich przeciwników i narzucić szybki rezultat, który może radośnie przedstawić w wieczornych wiadomościach telewizyjnych jako
własną robotę. Wykwalifikowany prawnik w kraju od dawna rządzonym przez byłych członków służby cywilnej w szarych garniturach, jest bardziej zainteresowany tworzeniem show niż istotą rzeczy. To, czego chce to nagły sukces, za którym może iść kolejny, a następnie kolejny; koszt stratowania kogokolwiek wystarczająco śmiałego lub nieprzyzwoitego by stanąć mu na drodze jest drobiazgiem, jeśli w ogóle jest to rozważane.
Sarko przypomina w tym wyobrażenie hiperaktywnego amerykańskiego prezydenta, który dąży do uwolnienia się od konstytucyjnych ograniczeń. Jak dotąd te odstępstwo od modelu zwyczajowego zachowania francuskich prezydentów wydaje się zdawać egzamin – nawet jeśli rządzi krajem, który jego własny premier nazwał „bankrutem”, i nawet pośród irytacji europejskich i innych państw, które widzą w szaleńczej aktywności Sarkozy’ego rodzaj odświeżonej francuskiej arogancji.
Między rzeczywistością a marzeniami
Francuska prezydencja w Unii Europejskiej jest szansą dla Nicolasa Sarkozy'ego na skonsolidowanie sukcesu tego pierwszego roku z najbliższymi partnerami i sąsiadami kraju. Tutaj, wielkość jego ambicji politycznych nie była lepiej odzwierciedlona niż w wystawnym republikańskim zgromadzeniu, którego był gospodarzem w Grand Palais w Paryżu 13 lipca 2008 roku, kiedy 43 głowy państw i rządów z Europy, północnej Afryki i Bliskiego Wschodu zebrały się – jeśli nawet tylko na parę godzin – by świętować zwieńczenie najukochańszego projektu Sarkozy’ego, „Procesu barcelońskiego: Unii dla Śródziemnomorza” (lub w skrócie UPM).
Szeroki uśmiech Sarkozy’ego nie dawał znaku kompromisów, na które musiał pójść, by osiągnąć ten punkt: osłabić swój początkowo rygorystyczny projekt w sprawie polityki imigracyjnej unii by uspokoić Hiszpanię, oraz zmienić zarówno tytuł jak i skład tego, co chciał nazwać „Unią Śródziemnomorską” po ostrym sprzeciwie Niemiec (Sarkozy chciał ograniczyć europejskie członkostwo w unii do państw południa UE, ale musiał uznać argument kanclerz Angeli Merkel, że to mogłoby podzielić UE i odstawić na bok Berlin). Francuski prezydent był niezrażony: to, co się liczyło, to show, wizerunek, spektakl, okazja, występ – a to wszystko było
jego robotą.
Zaiste,
Union pour la Mediterranee stanowi
case study polityki zagranicznej Nicolasa Sarkozy’ego. Jej pomysłodawcą był bliski doradca polityczny Henri Guaino, mając w zamyśle szereg sprytnych zamiarów:
* obejść Unię Europejską (której Guaino nie cierpi) w próbie zdobycia przewodniej roli w definiowaniu polityki śródziemnomorskiej UE i odpowiednich funduszy
* stworzyć wielki projekt potwierdzający niezależność działania Francji
* doprowadzić do rozwoju państw na południowych peryferiach Francji i UE celem wysuszenia bezpośredniej emigracji ekonomicznej, stworzenia bastionu przeciw emigracji z Afryki subsaharyjskiej i odciągnięcia Turcji (która dla Guaino nie jest państwem europejskim) od członkostwa w UE
* pokazanie administracji Busha, że zaangażowanie wrogów (takich jak Syria) w dialog może być bardziej pożyteczne niż demonizowanie ich jako członków “osi zła”
Między ambicją a rzeczywistością są jednak błyskotki. Rzeczywistość ujawniona przez pompatyczność 13 lipca 2008 roku to niewiele więcej niż nowy „Club Med” (od ugrupowania niegdyś reprezentowanego przez Portugalię, Hiszpanię, Włochy i Grecję), którego biurokracja, środki i etos nie przystają do siebie: jest dwóch współprezydentów (Nicolas Sarkozy i Hosni Mubarak), ale jak dotąd brak struktury, poważnego budżetu na 6 ambitnych programów unii i wymiaru praw człowieka. Unia pozostaje też w niezręcznych relacjach z „procesem” z 1995 roku, którego jest spadkobiercą (zobacz Fred Halliday, "The 'Barcelona process': ten years on", openDemocracy, 11 listopada 2005).
Szeroki uśmiech bez kota
Sarkozy chce pozostać współprzewodniczącym „Procesu barcelońskiego: Unii dla Śródziemnomorza” po grudniu 2008 roku – podobnie jak chciałby pozostać współprzewodniczącym Unii Europejskiej przez 2009 rok, gdyby Republika Czeska i Szwecja nie stały w kolejce do rotacyjnej prezydencji. Jego partnerzy z UPM są niejednoznaczni co do tej ambicji, więc decyzja została odłożona. Tunezja i Maroko rywalizują o prowadzenie sekretariatu, więc przynajmniej ta decyzja powinna być podjęta do końca 2008 roku. Nie mając pieniędzy w zapasie, Francja ma nadzieję na finansowe wsparcie państw Zatoki Perskiej dla UPM.
Tymczasem nawet uśmiech i gestykulacja Sarkozy’ego nie mogą ukryć napięć pomiędzy niektórymi uczestnikami paryskiego szczytu. Król Maroka pozostał w domu w oczekiwaniu na ciepłe powitanie udzielone swojemu sąsiadowi i rywalowi, prezydentowi Algierii Abdelazizowi Bouteflice (który sam jest wysoce krytyczny wobec UPM); Turcja jest świadoma opozycji Sarkozy’ego do jej przystąpienia do UE i roli w tym UPM; palestyńscy i syryjscy przywódcy opuścili Grand Palais kiedy izraelski premier Ehud Olmert był gotów przemawiać. Ale Baszarowi Assadowi warto było poświęcić czas, bo obecność prezydenta Syrii – i obietnica otworzenia ambasady w Bejrucie w pewnym momencie – wystarczyły, by gospodarz odłożył na bok sojusz Syrii z Iranem i współudział w morderstwie byłego premiera Libanu Rafika Haririego w 2005 roku (a później też szeregu innych krytyków Syrii w Libanie).
Paryska impreza zakończyła się typowym dla Sarkozy’ego triumfem występu, który – po latach bezczynności za czasów Jacquesa Chiraca – przynajmniej umieścił Francję w centrum światowej uwagi na jeden dzień. Wygląda to imponująco: 43 europejskich, afrykańskich i bliskowschodnich przywódców reprezentujących 800 milionów ludzi w jednolitej manifestacji zaręczyn północy z południem, bogatych z biednymi, Izraelczyków z Arabami, możliwej dzięki wspaniałemu osiągnięciu francuskiej dyplomacji (jedynie libijski przywódca Muammar Kadafi zbojkotował szczyt). Ale po co to wszystko było?
Marzenie o nowym Śródziemnomorzu raz jeszcze stającym się centrum świata – w 2 tysiące lat po Cesarstwie Rzymskim – jest mało realne gdy już głowy państw i rządów ponownie pogrążą się w ciężkich krajowych realiach politycznych. Co w końcu stanie się z UPM kiedy zakończy się prezydencja Francji? Jakie znaczenie będzie miała zażyłość Busha i Sarkozy’ego kiedy Barack Obama lub John McCain wprowadzi się do Białego Domu? Co stanie się z obietnicami Sarkozy’ego, że będzie prezydentem praw człowieka? Co zrobią państwa europejskie kiedy znudzi ich wyniosłe ego i ambicje prezydenta Francji?
A – ponieważ cała polityka jest lokalna jak kiedyś powiedział mądry obserwator – jaki będzie rezultat jeśli, i kiedy, fatalna sytuacja gospodarcza Francji zacznie przyćmiewać szybkostrzelną działalność dyplomatyczną Nicolasa Sarkozy’ego? Czy to wciąż będzie wówczas
jego robota?
Artykuł pochodzi ze strony
openDemocracy i został opublikowany na licencji Creative Commons.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.opendemocracy.net/article/nicolas-sarkozy-the-frenetic-leader