USA: Bush zostawia następcy długą listę wyzwań międzynarodowych
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Chronologia Książki
USA: Bush zostawia następcy długą listę wyzwań międzynarodowych
Radek Alf stosunkimiedzynarodowe.info 2008-11-04 23:45:00
     Przejmując schedę po George’u W. Bushu w styczniu 2009 roku, kolejny prezydent USA nie będzie mógł narzekać na brak wyzwań dla polityki zagranicznej i bezpieczeństwa narodowego kraju, zwłaszcza w regionie Bliskiego i Środkowego Wschodu.

     Niezależnie od tego czy będzie nim Barack Obama czy też John McCain, nowy prezydent USA w styczniu 2009 roku przejmie po obecnym prezydencie George’u W. Bushu długa listę projektów niedoprowadzonych do końca, nierozwiązanych problemów i potencjalnych zagrożeń dla interesów i bezpieczeństwa kraju. Na pierwszym planie znajduje się Bliski i Środkowy Wschód, pochłonięty coraz liczniejszymi konfliktami, sporami politycznymi i nasilającą się rywalizacją regionalną.
     Oś kampanii terrorystycznej z pewnością zostanie przesunięta z Iraku do Afganistanu. Dość powszechne jest przekonanie, że cele konfliktu w Afganistanie, tj. pokonanie Talibów i ostateczne rozbicie al-Qaidy, a także zapewnienie silnej władzy centralnej w Kabulu, w ostatnich latach stały się coraz bardziej odległe w związku z wzmagającą się przemocą oraz widoczną niekompetencją afgańskiego rządu i korupcją sięgającą nawet najwyższych szczebli władzy [1]. Nowy prezydent będzie miał przed sobą wyjątkowo ciężkie zadanie opracowania strategii, która zburzy percepcję wojny w Afganistanie jako skazanej na przegraną. Percepcji tej poddają się nawet najwyżsi przedstawiciele USA – „Nie jestem przekonany, że zwyciężamy w Afganistanie (...) szczerze mówiąc, kończy nam się czas”, powiedział 10 września przewodniczący Połączonych Szefów Sztabu admirał Michael Mullen. Elementami nowej strategii będą zapewne wzmocnienie kontyngentu amerykańskiego w Afganistanie, dalsze naciski na sojuszników by zwiększyli liczebność swoich wojsk, dalsza intensyfikacja rekonstrukcji kraju oraz próby wykorzystania szans pojednania politycznego (zobacz: Afganistan: negocjacje z Talibami sposobem na zakończenie wojny?, 16 października 2008) przy zaangażowaniu kluczowych aktorów regionalnych, takich jak Arabia Saudyjska czy Pakistan.
     Szczególnie rozwój sytuacji w Pakistanie, gdzie swoje sanktuaria mają liczne radykalne ugrupowania islamskie powiązane z Talibami i al-Qaidą, będzie szczególnie istotny. Nieprzypadkowo generał David Petraeus, który 31 października został szefem amerykańskiego Dowództwa Centralnego (Centcom), z pierwszą wizytą udał się 2 dni później właśnie do Pakistanu. 3 października prezydent Pakistanu Asif Ali Zardari poinstruował Petraeusa, że intensywnie stosowana od września taktyka ataków rakietowych na pozycje ekstremistów jest „kontrproduktywna i trudna do wytłumaczenia przez demokratycznie wybrany rząd.” [2] Mimo publicznie wyrażanej krytyki, istnieją podejrzenia, że rząd pakistański faktycznie koordynuje z Waszyngtonem użycie samolotów bezzałogowych Predator i prowadzi wspólną listę potencjalnych celów [3]. Pakistan faktycznie nie przedsięwziął żadnych kroków odwetowych za bombardowanie swojego terytorium, oprócz symbolicznego wezwania do siebie ambasadora amerykańskiego w dniu 29 października, i sam nasilił działania zbrojne przeciw ekstremistom w ostatnich tygodniach. Jednak dalszy bieg wydarzeń w Pakistanie, którego rząd jest chwiejny a sytuacja gospodarcza fatalna, jest bardzo trudny do przewidzenia (zobacz: Pakistan: nowa linia frontu, 21 września 2008).
     Uspokojenie sytuacji w Iraku daje teoretycznie nowemu prezydentowi szansę zmobilizowania większych środków na kampanię w Afganistanie i na pograniczu afgańsko-pakistańskim, ale to paradoksalnie właśnie Irak może stać się jednym z pierwszych niepożądanych kryzysów. Wynegocjowane już w zasadzie porozumienie o statusie sił amerykańskich, które miałoby zastąpić wygasający 31 grudnia mandat udzielony przez ONZ, natrafiło na sprzeciw Bagdadu. Pod koniec października, zaraz po kontrowersyjnym rajdzie wojsk amerykańskich na terytorium Syrii, rząd iracki zażądał kilku zmian w porozumieniu, które m.in. zakazywałyby podobnych operacji przeciw sąsiadom Iraku oraz zwiększałyby zakres jurysdykcji irackiej nad wojskami amerykańskimi. Jest możliwe, że Bagdad będzie zwlekał z akceptacją porozumienia do zaprzysiężenia nowego prezydenta 20 stycznia, licząc na uzyskanie korzystniejszych warunków, ale to oznaczałoby, że z dniem 1 stycznia wojska amerykańskie nie miałyby podstawy do działania w Iraku, a więc musiałyby zostać odesłane do baraków. Cały ciężar odpowiedzialności za walkę z ekstremistami musiałby zostać przejęty przez siły irackie i możliwe, że nie podołałyby one temu zadaniu. Tymczasem przez pierwsze 20 dni roku prezydent-elekt teoretycznie mógłby tylko przyglądać się niekorzystnemu rozwojowi sytuacji.
     Podczas gdy mimo wszystko konflikt iracki wydaje się wygasać, a głównym zadaniem nowego prezydenta będzie zakończyć go w sposób uporządkowany, tuż za granicą iracką czyha wyzwanie, które musi być uważane za jedno z najistotniejszych i najtrudniejszych. Teokratyczny Iran z jego programem nuklearnym, mogącym prowadzić do zdobycia broni jądrowej, jest od dawna uważany przez USA za czołowe zagrożenie dla stabilności regionalnej i międzynarodowej. Teheran wyposażony w bombę to ewentualność nie do zaakceptowania ani dla Waszyngtonu ani Tel Awiwu (zobacz: Iran, Izrael i ryzyko wojny, 26 lipca 2008). Nowy prezydent będzie musiał znaleźć sposób na przekonanie władz irańskich do rezygnacji z militarnego wymiaru programu nuklearnego. Jak dotąd okazało się to niemożliwe i trudno oczekiwać, by szybki i spektakularny sukces stał się udziałem nowego przywódcy amerykańskiego. W przypadku dalszego impasu może zaistnieć konieczność skorzystania z opcji rozbicia irańskiego programu w drodze uderzenia militarnego, co jednak miałoby nieprzewidywalne konsekwencje regionalne.
     Wydaje się jednak, że przed nowym prezydentem USA otwiera się możliwość znaczącego osłabienia pozycji regionalnej Iranu poprzez rozerwanie sojuszu tego państwa z Syrią, która sygnalizuje wolę wyjścia z izolacji międzynarodowej. W ostatnich miesiącach zarysowały się całkiem realne szanse osiagnięcia pokoju między Syrią a Izraelem (zobacz: Syryjsko-izraelskie rozmowy pokojowe – q&a, 23 maja 2008), ale Damaszek daje do zrozumienia, że byłoby to możliwe tylko w przypadku normalizacji stosunków z USA. Ponadto Syria za pokój z Izraelem i zerwanie z Iranem i palestyńskimi ekstremistami niewątpliwie żądałaby gwarancji swoich wpływów w sąsiednim Libanie. Państwo to, gdzie gwałtownie ścierają się interesy prozachodnich i wrogich Zachodowi sił świata arabskiego, jest kolejnym potencjalnym punktem zapalnym w regionie. Najwyraźniej objawiło się to w maju tego roku, kiedy radykalny, antyizraelski i antyzachodni Hezbollah w krwawy sposób zajął tymczasowo część Bejrutu. Wielu obawia się, że ugrupowanie to rośnie w siłę, co powoduje nieuchronność dalszych napięć w Libanie (zobacz: Rebelia Hezbollahu w Libanie – pyrrusowe zwycięstwo Iranu?, 14 lipca 2008).
     Już powyższy zestaw może przyprawiać o zawrót głowy, lecz to nie koniec dotyczących Ameryki problemów Bliskiego i Środkowego Wschodu. Trwa konflikt izraelsko-palestyński, zawsze rozbudzający emocje w świecie arabskim i grożący nową falą antyamerykanizmu. Mimo iż np. laureat Pokojowej Nagrody Nobla Martti Ahtisaari uważa, że jego rozwiązanie leży w zasięgu ręki, to trudno wyobrazić to sobie bez aktywnego zaangażowania amerykańskiego. Aktualnie jednak wysiłkom dyplomatycznym nie sprzyjają realia polityczne – zbliżające się w lutym wybory w Izraelu, w których według sondaży prawdopodobne jest zwycięstwo wysoce sceptycznego wobec procesu pokojowego prawicowego Likudu, oraz nieprzezwyciężalny jak dotąd rozłam między największymi palestyńskimi ugrupowaniami – Hamasem i Fatahem, który może jeszcze się zaostrzyć kiedy zbliżać się będzie nominalny koniec kadencji prezydenta Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa 9 stycznia.
     Wyzwań nie brakuje też w innych regionach globu. Nowy prezydent będzie musiał dopilnować by Korea Północna, będąca wyjątkowo trudnym i kapryśnym partnerem, wywiązała się z zobowiązania do demontażu przetestowanej w 2006 roku broni jądrowej i tym samym zmniejszyć ryzyko proliferacji broni masowej zagłady (zobacz: Skreślenie Korei Północnej z amerykańskiej listy państw-sponsorów terroryzmu – q&a, 12 października 2008). Jak zawsze niezwykle istotne będzie zapobieżenie powstaniu nowych wylęgarni terrorystów, do czego pierwszym kandydatem jest Somalia, gdzie radykalni rebelianci islamscy wywierają coraz większą presję na siły rządu somalijskiego i ich sojuszników z Etiopii, popieranych przez USA (zobacz: Somalia jako „wzór” błędnego podejścia do wojny z terrorem, 25 kwietnia 2008).
     Jeśli chodzi o stosunki z innymi mocarstwami światowymi to nowy lokator Białego Domu będzie mógł być spokojny o Chiny. Prezydent Bush w ostatnich latach zadbał o minimalizację napięć w stosunkach z Państwem Środka i pozostawił je w przyjacielskiej atmosferze po wizycie na ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w sierpniu tego roku. Poza tym Tajwan i Chiny podjęły ostatnio bezprecedensowy dialog, widoczny na przykładzie porozumienia z 4 listopada o rozszerzeniu więzi komunikacyjnych i handlowych, czym redukują groźbę konfliktu w Cieśninie Tajwańskiej.
     Zupełnie inaczej przedstawiają się stosunki z Rosją, które na początku 2007 roku wpadły w głęboki kryzys, a później tylko się pogarszały (zobacz: Rosja-USA: szczyt w Soczi nie przełamuje kryzysu, 8 kwietnia 2008). Podejście nowego prezydenta do szeregu kwestii wymagających decyzji w bliskim okresie czasu, m.in. członkostwa Gruzji i Ukrainy w NATO i wygaśnięcia z końcem 2009 roku układu START I (jedynego dwustronnego układu wymuszającego destrukcję głowic jądrowych), w dużym stopniu zaważy na dalszej ewolucji stosunków rosyjsko-amerykańskich. Prorokowana przez niektórych nowa „Zimna Wojna” spowodowałaby, że szanse rozwikłania przez USA takich problemów jak Iran czy Afganistan drastycznie by spadły, a Moskwa z jeszcze większą ochotą wchodziłaby w układy z wrogimi USA państwami, takimi jak Syria czy Iran. Szeroko rozumiana troska o bezpieczeństwo narodowe USA będzie więc wymagała od nowego prezydenta naprawy stosunków z Rosją (zobacz: Rosja-USA: odwetu za Gruzję nie będzie, 26 września 2008).
     Odnowy wymagają też stosunki USA z Europą, wciąż jeszcze cierpiące z powodu rozłamu wokół decyzji USA o dokonaniu inwazji na Irak w 2003 roku. Znaczna część Europejczyków z odrazą reagowała na politykę zagraniczną administracji Busha, którą postrzegano jako arogancką, unilateralną, nie liczącą się ze stanowiskiem innych państw, ignorującą długoletnich sojuszników ze Starego Świata. Nie ulega wątpliwości, że Europejczycy z wielkimi nadziejami oczekują na zmianę warty w Białym Domu, gdyż zarówno Barack Obama jak i John McCain deklarują zamiar działania na zasadzie multilateralizmu, a więc postulują wskrzeszenie bliskiej współpracy transatlantyckiej. 3 listopada ministrowie spraw zagranicznych państw UE sporządzili zarys listu do nowego prezydenta USA, który według doniesień przede wszystkim akcentuje właśnie wielostronną współpracę w rozwiązywaniu najtrudniejszych problemów międzynarodowych, a także wzywa do dyplomatycznego zaangażowania Rosji [4].
     Europejscy przywódcy głośno twierdzą, że przywództwo amerykańskie na świecie jest jeszcze istotniejsze właśnie teraz, w obliczu tak wielu problemów trapiących społeczność międzynarodową. Jak powiedział premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown w Abu Dhabi 3 listopada, „w nadchodzących tygodniach i miesiącach cały świat będzie chciał blisko współpracować z Ameryką we wspólnej agendzie przywrócenia wzrostu i miejsc pracy naszym gospodarkom; w nadaniu większej stabilności naszemu systemowi finansowemu; w pokonaniu protekcjonizmu na rzecz wolnego handlu; i oczywiście w działaniu dla bezpieczniejszego świata, i tu, na Bliskim Wschodzie, w działaniu na rzecz pokoju.” [5]
     To pragnienie zaangażowania międzynarodowego USA ma u podstawy zasadniczy fakt – mocarstwowa pozycja Stanów Zjednoczonych jest najważniejszym czynnikiem kształtującym obecny ład międzynarodowy i nikt tak naprawdę nie spodziewa się, że wkrótce będzie inaczej. Jak argumentuje znany autor Robert Kagan na łamach „Washington Post” [6], wieszczenie zmierzchu Ameryki i początku „świata postamerykańskiego” nie ma racjonalnych podstaw: amerykańska potęga militarna nie ma sobie równych, udział gospodarki amerykańskiej w gospodarce światowej od kilkudziesięciu lat niezmiennie przekracza 20%, a krąg państw przyjaznych Ameryce faktycznie się powiększa.

[1] US war aims in Afghanistan grow doubtful, Reuters, 3 listopada 2008.
[2] Petraeus, in Pakistan, hears complaints about missile strikes, Jane Perlez, The New York Times, 4 października 2008,
http://www.nytimes.com/2008/11/04/world/asia/04pstan.html?ref=world
[3] A quiet deal with Pakistan, David Ignatius, Washington Post, 4 października 2008,
http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2008/11/03/AR2008110302638.html?hpid=opinionsbox1
[4] E.U. offers road map for policy with U.S., Edward Cody, Washington Post, 4 listopada 2008,
http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2008/11/03/AR2008110302785.html?hpid=sec-world
[5] UK urges leadership from new US prez, Associated Press, 3 listopada 2008.
[6] Still No. 1, Robert Kagan, Washington Post, 30 października 2008,
http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2008/10/29/AR2008102903202.html?hpid=opinionsbox1

Nasz raport „Kandydaci McCain i Obama a polityka zagraniczna USA”:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/raport_kandydaci_McCain_i_Obama_a_polityka_zagraniczna_USA.php



Słowa kluczowe
USA

 

lista
tematów
lista
autorów