Izraelski atak na infrastrukturę Hamasu w Strefie Gazy bywa przedstawiany jako uderzenie w rozrastające się "irańskie imperium." Czy jednak nie jest to wielki strategiczny błąd Izraela grający na korzyść Teheranu?
Od początku wybuchu wojny między Izraelem a Hamasem w Strefie Gazy konflikt ów znajduje wytłumaczenie, zwłaszcza w kręgach konserwatywnych, w kontekście rywalizacji izraelsko-irańskiej. Michael Ledeen głosi w "National Review Online" z 30 grudnia [1], że "poważny komponent bitwy o Gazę to Iran", a Hamas jest "w zasadzie irańskim agentem", odnóżem "terrorystycznej hydry", której głównym cielskiem jest Teheran. Robert D. Kaplan w artykule opublikowanym w "The Atlantic" 5 stycznia stwierdza, że "atak Izraela na Gazę jest faktycznie atakiem na imperium Iranu, pierwszym od ofensywy przeciw popieranemu przez Iran Hezbollahowi w 2006 roku" [2]. Yossi Klein Halevi i Michael B. Oren w wymownie zatytułowanym artykule "W Gazie, prawdziwym wrogiem jest Iran", opublikowanym w "Los Angeles Times" 4 stycznia [3], dowodzą że "w konflikcie bliskowschodnim nie chodzi już o utworzenie państwa palestyńskiego, ale o zapobieżenie zajęciu regionu przez radykalny islam" i argumentują, że obalenie przez Izrael Hamasu w Gazie "wzmocniłoby siły antyirańskie na Bliskim Wschodzie i dało sygnał regionowi, że irański rozpęd może zostać zawrócony." Przestrzegają też, że "jeśli Hamas zdoła zmanipulować światową opinię do narzucenia przedwczesnego zawieszenia broni", będzie to równoznaczne z kolejnym triumfem Iranu.
Generalne przesłanie neokonserwatystów jest następujące: Izrael nie mógł nie podjąć zdecydowanej akcji zbrojnej przeciw Hamasowi w obliczu trwających cały czas ataków rakietowych, gdyż równałoby się to z triumfem Iranu i zmniejszałoby skuteczność presji na to państwo w innych kwestiach; natomiast rozbicie Hamasu byłoby porażką Iranu, ułatwiłoby tworzenie koalicji międzynarodowych przeciw temu państwu i zwiększało szanse na skuteczną politykę irańską przyszłej administracji amerykańskiej.
Ale czy Hamas rzeczywiście można uznać za niewiele więcej niż agenturę Iranu? Raport Congressional Research Service z listopada 2008 roku mówi, że Hamas we wczesnych latach 90-tych miał otrzymywać 10% swojego budżetu z Iranu, ale od tego czasu znalazł źródła finansowania w bogatych państwach Zatoki Perskiej, w Europie i w innych regionach świata [4]. Nawet dane izraelskiego MSZ z 2003 roku mówią, że Iran przekazywał Hamasowi 3 miliony dolarów rocznie, ale było to znacznie mniej niż 12 milionów dolarów pochodzących z regionu Zatoki Perskiej, głównie Arabii Saudyjskiej [5]. Wydaje się, że Hamas korzysta przede wszystkim z moralnego, dyplomatycznego i politycznego poparcia Iranu, który faktycznie jest jego głównym patronem, ale raczej autonomicznie kreuje swoją radykalną politykę, mimo że ma ona wiele wspólnego z polityką irańską. "Hamas z pewnością nie jest irańską marionetką", mówi Karim Sadjadpour z Carnegie Endowment for International Peace [6]. Bliskość związków Hamasu z Iranem w żadnej mierze nie może równać się zażyłości Iranu z bazującym w Libanie szyickim Hezbollahem.
Zbieżność izraelskiej ofensywy militarnej z ostatnimi tygodniami administracji Busha według większości obserwatorów nie jest przypadkiem - Izrael zakładał, że jeden z najbardziej proizraelskich prezydentów amerykańskich w historii poprze zbrojne działania izraelskie - i kalkulacja ta była całkowicie słuszna. Czy jednak błędem nie był izraelski wybór celu? Jak zaznaczono powyżej, bliskość związków Hamasu z Iranem może nie być tak daleko idąca jak się zwykło uważać. Poza tym, skoro Izrael uważa za największe zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa groźbę realizacji apokaliptycznych wizji irańskiego reżimu, to ostrze ataku powinno skierowane być gdzie indziej - na irańskie obiekty nuklearne. Znany proizraelski autor Daniel Pipes mówi wprost na łamach "Jerusalem Post": przywództwo izraelskie popełniło grzech "strategicznej niekompetencji" - izraelski premier Ehud Olmert zmarnował szansę rozprawienia się z wrogami zajmując się "względnie trywialnym zagrożeniem" ze strony Hamasu zamiast "egzystencjalnym zagrożeniem" ze strony programu nuklearnego Iranu [7]. Jest to tym bardziej niezrozumiałe w sytuacji, gdy coraz częściej mówi się, że odstęp czasu pozostający do momentu, w którym Iran będzie gotów do wyprodukowania bomby, należy liczyć raczej w miesiącach niż latach.
Wojna w Strefie Gazy dostarczyła reżimowi w Teheranie wielu szans na wzmocnienie swojej pozycji, tak na arenie międzynarodowej, jak i krajowej. Co naturalne, władze irańskie od samego początku izraelskiej operacji militarnej ostro się do niej ustosunkowały, pragnąc postawić się w roli głównego obrońcy narodu palestyńskiego. Najwyższy przywódca ajatollah Ali Chamenei już 28 grudnia wydał oświadczenie potępiające "przerażającą zbrodnię syjonistycznego reżimu w Gazie, w której setki niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci zostało zmasakorwanych" [8] i wezwał wszystkich muzułmanów do "obrony bezbronnej ludności Gazy", deklarując że polegli w tej walce będą uznani za męczenników. Jednocześnie Chamenei obrał za cel umiarkowane państwa świata arabskiego, mówiąc że "większą katastrofę stanowi zachęcające milczenie niektórych rządów arabskich." Następnie w Iranie organizowano protesty piętnujące postawę takich państw jak Egipt i Jordania, a jedna z radykalnych grup studenckich zaoferowała nawet nagrodę w wysokości miliona dolarów za zamordowanie egipskiego prezydenta Hosniego Mubaraka [9], obarczając go częścią winy za blokadę Strefę Gazy.
Wojownicza retoryka władz w Teheranie nie oznaczała, że zmierzają one do eskalacji napięć. Zaraz po oświadczeniu najwyższego przywódcy fundamentalistyczni klerycy irańscy rozpoczęli werbunek ochotników, którzy mieliby walczyć po stronie Palestyńczyków w Strefie Gazy. Zgłosiło się aż 70 tysięcy osób, ale 8 stycznia Chamenei tylko podziękował "pobożnej i oddanej młodzieży" proszącej o wysłanie do Gazy i powiedział, że "nasze ręce są związane na tej arenie" [10] Także dowódca potężnego Islamskiego Korpusu Gwardii Rewolucyjnej Mohammad Ali Jafari stwierdził, że ludność Gazy może bronić się własnymi środkami. Nie zmaterializowało się też zagrożenie otworzenia przez Hezbollah drugiego frontu przeciw Izraelowi.
Jak się wydaje, Iran nie chce nadmiernie zaogniać stosunków z państwami Zatoki Perskiej i z USA ani narażać na szwank mocnej obecnie pozycji politycznej Hezbollahu w Libanie, a poza tym jest całkiem zadowolony z rozwoju sytuacji w Strefie Gazy. Potknięcia Izraela, takie jak ostrzelanie szkoły w obozie dla uchodźców Jabalya 6 stycznia i wezwanie 9 stycznia przez Wysokiego Komisarza ds. Praw Człowieka Navi Pillay do zbadania możliwych zbrodni wojennych Izraela w Strefie Gazy czy też kontrowersje wokół użycia amunicji z białym fosforem, znakomicie ułatwiają reżimowi irańskiemu dowodzenie krwiożerczego charakteru "syjonistycznego reżimu." Ponadto reputacja radykalnego Hamasu wśród Palestyńczyków wydaje się rosnąć, podczas gdy autorytet zupełnie niesłyszalnego podczas konfliktu w Gazie umiarkowanego prezydenta Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa maleje z każdym dniem [11].
A tymczasem izraelska ofensywa w Strefie Gazy dostarczyła irańskim władzom doskonałego pretekstu do odwrócenia uwagi od wewnętrznych problemów, zwłaszcza pogarszającej się sytuacji gospodarczej po gwałtownym spadku cen ropy naftowej, a jednocześnie umożliwiła nasilenie represji. Podczas gdy w Teheranie odbywały się marsze solidarności z Palestyńczykami (30 grudnia zaatakowano nawet ambasadę brytyjską w stolicy Iranu), 29 grudnia przeprowadzono rewizję biura Shirin Ebadi, najbardziej znanej obrończyni praw człowieka w Iranie i laureatki Pokojowej Nagrody Nobla, skąd zabrano wyposażenie i poufne dokumenty [12]. 13 stycznia władze republiki islamskiej poinformowały o aresztowaniu 4 Irańczyków, którzy mieli być opłacani przez USA i spiskować przeciw władzy islamskiej.
Gdy konflikt w Strefie Gazy wkracza w trzeci tydzień, po ponad 2 tysiącach nalotów i wielu akcjach sił lądowych przedstawiciele armii izraelskiej przyznają, że chociaż Hamasowi zadano poważny cios, zniszczenie ugrupowania jest mało realne [13]. Prawdopodobnie więc gdy przyjdzie już czas na zakończenie konfliktu w drodze zawieszenia broni, przywódcy Hamasu będą mogli ogłosić "moralne zwycięstwo" w konfrontacji z Izraelem. Pozycja sojuszników Iranu będzie wówczas jeszcze mocniejsza niż przed wojną w Strefie Gazy, stawiając Teheran w pozycji regionalnego mocarstwa i dając republice islamskiej solidne atuty w rozmowach z nowa administracją amerykańską Baracka Obamy.
[10] Iran bans volunteers from fighting Israel, Associated Press, 8 stycznia 2009.