Kiedy tłumy Brazylijczyków wyjdą na ulice Rio de Janeiro w przyszłym miesiącu podczas słynnego karnawału, Barack Obama też tam będzie, tańcząc w gorący rytm samby. Maski Obamy są ostatnim krzykiem mody gdy przygotowania do karnawału wchodzącą na najwyższy bieg. Kiedy impreza się zacznie, setki a może tysiące Brazylijczyków ubranych w maski Obamy wylegną na ulice. Co nie zaskakuje, nowy prezydent Stanów Zjednoczonych stał się sławną osobą w Ameryce Łacińskiej, zresztą tak jak na reszcie planety.
Podczas gdy czasem wydawać się może, że cały glob wiwatuje na cześć Obamy jednomyślnie, w Ameryce Łacińskiej Obama-mania ma inny ton. Z pewności panowało podniecenie, nawet szalony entuzjazm, w Dniu Inauguracji, kiedy prezydentura George'a W. Busha zakończyła się i pierwszy Afro-Amerykanin jako prezydent doszedł do władzy w Waszyngtonie. Ale dobre nastroje zostały utemperowane oznakami, że region Ameryki Łacińskiej plasuje się daleko na długiej liście priorytetów Obamy.
W trakcie przemówienia inauguracyjnego, gdy nowy prezydent poczynił wiele bezpośrednich i pośrednich aluzji do różnych części świata, trudno było dokładnie wskazać, w którym momencie Ameryka Łacińska mogła usłyszeć swoją nazwę. Dla wielu w regionie magia chwili przetrwała, ale oczekiwania nie wzrosły.
Nawet zanim Obama złożył przysięgę czar został złamany przez prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza. Obama, powiedział Chavez, niósł "odór" George'a W. Busha. Uwaga ta przypomniała incydent w ONZ w 2006 roku, kiedy Chavez nazwał Busha "diabłem" i twierdził, że mógł poczuć smród siarki na podium po tym jak prezydent USA wygłosił przemówienie do Zgromadzenia Ogólnego.
Chavez miał powód by być rozczarowanym. Jeśli miał jakieś złudzenia, że Obama będzie oznaczał ostry odwrót od Busha, zostały one rozwiane kiedy wówczas jeszcze prezydent-elekt oskarżył go o blokowanie postępu w regionie i "eksportowanie działalności terrorystycznej." Dla Chaveza imię czy kolor skóry człowieka w Gabinecie Owalnym nie mają większego znaczenia. Przecież, jak wyjaśnił, "to, o czym mówimy, to amerykańskie imperium."
Dla sąsiada i rywala Wenezueli, Kolumbii, dojście Obamy do władzy też jest potencjalnie kłopotliwe. Tak jak większa część reszty świata, Kolumbijczycy mieli mieszane uczucia co do poprzednika Obamy. Ale Bush miał bliskie stosunki z niezwykle popularnym prezydentem Kolumbii Alvaro Uribe. W rzeczy samej, jednym z ostatnich aktów odchodzącego prezydenta było nadanie wysokiego odznaczenia kolumbijskiemu przywódcy. Bush ponadto niestrudzenie, choć nieskutecznie, naciskał Kongres USA by ratyfikował umowę o wolnym handlu z Kolumbią.
To porozumienie handlowe stało się nieoczekiwanym przedmiotem debaty w trakcie kampanii - Obama stanowczo potępiał je z powodu praw człowieka. Kolumbijczycy mogli jednak wydać z siebie westchnienie ulgi, gdyż ostatnie doniesienia wskazują, że nowa administracja może starać się o modyfikację i ratyfikację porozumienia.
Kolejnym obszarem zawiedzionych oczekiwań jest Kuba. Rządy Ameryki Łacińskiej już dawno stanęły murem za Hawaną, żądając zniesienia przez USA trwającego od 4 dekad embarga handlowego wobec komunistycznej wyspy. Przez pewien czas były spore nadzieje, że administracja Obamy szybko przejdzie do znoszenia sankcji. Ale sygnały z nowego Białego Domu nie wskazują na pośpiech w zmianie kursu polityki wobec Kuby. Administracja Obamy najwyraźniej złagodzi zasady podróży krewnych ludzi żyjących na Kubie, ale drastyczna zmiana polityki będzie musiała poczekać, być może na zejście Fidela Castro i symboliczny nowy początek stosunków między oboma państwami.
Inne skłaniające się ku lewicy państwa latynoamerykańskie również wydają się zdecydowanie chłodzić swój stosunek do nowego lokatora Gabinetu Owalnego. Argentyńska prezydent Cristina Kirchner akurat była w Hawanie kiedy Obama obejmował urząd i spotkała się z Chavezem w Caracas dnia następnego. Jej słowa pod adresem nowego prezydenta były szczodre, ale nie wylewne. Dobrze jest, powiedziała Kirchner, mieć prezydenta z "inteligencją i racjonalnością."
W Ameryce Łacińskiej zniknięcie tematu nielegalnej imigracji z pierwszych stron amerykańskich gazet jest mile widziane, a stonowanie retoryki po latach rządów Busha nie mogło przyjść ani trochę za wcześnie. Ale to nie są czołowe priorytety regionu.
W Brazylii, prezydent Luis Inacio Lula da Silva, wszystkim znany jako Lula, wyraził bardziej konkretną nadzieję: że Waszyngton zakasze rękawy i doprowadzi do udanego zakończenia rundy Doha światowych negocjacji handlowych. Podczas swojego cotygodniowego przemówienia radiowego Lula obarczył winą administrację Busha za niezapewnienie niezbędnego przywództwa, ponieważ w krytycznym momencie negocjacji administracja zbliżała się już do końca kadencji.
Lula, który zrobił z Brazylii kluczowego gracza w międzynarodowych negocjacjach handlowych, powiedział że sukces w Doha jest kluczem do tego, by pomóc wyjść z biedy krajom rozwijającym się z gospodarkami opartymi na rolnictwie.
Od Rio Grande w Meksyku po Patagonię w Chile, symboliczne znaczenie elekcji Obamy było odczuwane w całej Ameryce Łacińskiej. Ostatecznie jednak ten kontynent, stojący na progu między biedą a prosperity, wie że jego przyszłość jest ściśle powiązana ze Stanami Zjednoczonymi. Symbolika może dostarczyć emocji w Dniu Inauguracji i pomysłów na nowe kostiumy podczas karnawału w Rio. Ale prawdziwe znaczenie ma coś dużo bardziej treściwego.
Zanim objął urząd, Obama spotkał się z meksykańskim prezydentem Felipe Calderonem, który wyraził szczere życzenia odbudowy gospodarczej na północ od granicy Meksyku. Mieszkańcy Ameryki Łacińskiej wiedzą, że bez prężnych rynków amerykańskich, na których można sprzedawać swoje produkty, ich gospodarki będą mieć trudności. Nawet jeśli Obama nie skieruje swojej uwagi ku południu, to jeśli jego polityka gospodarcza przyniesie sukces, Ameryka Łacińska zyska na jego elekcji.
Frida Ghitis jest niezależnym komentatorem spraw światowych i redaktorem World Politics Review.
Copyright World Politics Review
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.worldpoliticsreview.com/article.aspx?id=3193