Najbardziej ambitna inicjatywa pod adresem państw na terytorium byłego Związku Radzieckiego, znana jako Wschodnie Partnerstwo, jest w kłopotach. Oficjele w Brukseli mówią, że Rosja rozpoczęła skoordynowaną kontrofensywę by zniszczyć lub przynajmniej pokrzyżować szyki projektowi kierowanemu do 6 republik poradzieckich.
Motywy Moskwy nie są zbyt trudne do pojęcia. Postrzega się ona jako naturalny hegemon w regionie, podczas gdy UE publicznie przyznała, że dąży do zaoferowania tym państwom alternatywy dla panowania Rosji - czyli w zasadzie strefy wpływów.
Moskwa wywiera kolosalną presję na Białoruś, Mołdawię i Armenię, które zidentyfikowała jako najsłabsze ogniwa w programie UE. Gruzja była poważnie zdestabilizowana w 5-dniowej wojnie w sierpniu 2008 roku, Ukraina z kolei w trakcie sporu z Rosją o gaz ziemny w styczniu tego roku. Azerbejdżan, kluczowe ogniwo w nadziejach UE na uzyskanie większej autonomii energetycznej od Rosji, jak na razie odrzuca ofertę kupna przez Moskwę całości jego produkcji gazu - ofertę, którą nie miał wzgardzić.
Koszmarnym scenariuszem dla Brukseli jest to, że gdy przyjdzie do uruchomienia Wschodniego Partnerstwa w Pradze 7 maja, naprzeciw stanie niepełny zestaw przywódców ze Wschodu, a większość z obecnych będzie działać w interesie Rosji.
Białoruska niewiadoma
Białoruś przedstawia najbardziej oczywiste ryzyko. Prezydent Aleksander Łukaszenko odpowiedział na awanse UE w ciągu ostatnich 6 miesięcy, ale wciąż jest nieprzewidywalny. Niektóre z jego ostatnich posunięć wydawały się kapryśnymi, przede wszystkim odwołanie w ostatniej chwili spotkania z komisarzem ds. stosunków zewnętrznych UE Benitą Ferrero-Waldner dwa tygodnie temu. Chociaż dyplomaci w Brukseli mają małą bezpośrednią wiedzę na temat motywów Łukaszenki, unijni oficjele skłonni są przypisywać białoruskiemu przywódcy prowadzenie niezależnej polityki, mającej składać się głównie z prób skonfliktowania Brukseli i Moskwy.
Ale wyrozumiałość Moskwy wobec Mińska ma swoją cenę - uznanie przez Białoruś, wcześniej czy później, niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. Łukaszenko jak dotąd wytrzymał presję, ale jest "przyjętą świadomością" w kołach UE - jak ujął to jeden z oficjeli - że Mińsk ostatecznie się ugnie. Jeden z wysokich rangą przedstawicieli państwa członkowskiego UE ostatnio ocenił prawdopodobieństwo, że Białoruś uzna separatystyczne regiony gruzińskie jako suwerenne państwa na "70:30."
Najgorszym możliwym rozwiązaniem dla UE byłoby białoruskie uznanie Abchazji i Osetii Południowej przed szczytem 7 maja. Można sobie wyobrazić, że wówczas UE znalazłaby się w sytuacji takiej, że musiałaby podejmować Łukaszenkę w Pradze przy absencji jednego z czołowych sojuszników w regionie, gruzińskiego prezydenta Michaiła Saakaszwiliego, który niejednokrotnie sygnalizował Brukseli swój zamiar zbojkotowania szczytu w razie takiej ewentualności.
Z drugiej strony, absencja samego Łukaszenki przy stole szczytu z powodu jakiegoś poważnego zawiedzenia oczekiwań UE byłaby tylko minimalnie lepszym rozwiązaniem dla UE. Unia pozwoliła Białorusi by stała się symbolem rywalizacji z Rosją o wpływy i jej utrata oznaczałaby bolesną porażkę dla bloku.
Ale to jest tylko wierzchołek góry lodowej jeśli chodzi o możliwe problemy dla Wschodniego Partnerstwa UE.
Podbite oczekiwania
Ukraina przedstawia Unii cały zestaw własnych kłopotów, ze swoją chroniczną niestabilnością polityczną i chaosem ekonomicznym. Co gorsza, kraj ten pełni też rolę miarki obnażającej granice obietnicy jaką UE oferuje wschodnim sąsiadom - i to na kilka sposobów.
Po pierwsze, jej przywódcy od dawna skarżą się, że oferta Wschodniego Partnerstwa nie zawiera niczego nowego dla Ukrainy. Ukraina już otrzymała od UE zapewnienia, że może podpisać z nią układ stowarzyszeniowy, torujący drogę do możliwego wolnego handlu i ruchu bezwizowego dla jej obywateli.
Po drugie, niezdolność samego Kijowa do wykorzystania swojego sukcesu na ostatnim szczycie UE-Ukraina w Evian we Francji we wrześniu 2008 roku, gdzie te zobowiązania zostały uzyskane, oznacza że na UE nie jest wywierana presja by podnieść stawkę dla czołowego wschodniego kandydata do członkostwa. Dyplomaci w Brukseli mówią, że kolejny szczyt, organizowany przez Szwecję w drugiej połowie roku, będzie złotą okazją dla Kijowa do naciskania na tradycyjnie przyjazne rozszerzeniu państwo by uzyskać więcej od UE, może nawet długoterminową perspektywę członkostwa.
Lecz implozja polityczna i ekonomiczna Ukrainy podcięła jej skrzydła i z kolei przyćmiła blask potencjalnej obietnicy UE dla innych stolic w regionie, próbujących ocenić jak daleko UE jest gotowa pójść w popieraniu ich przeciw Rosji. Jest tak ponieważ reszta państw regionu faktycznie zajęła pozycję wyczekującą. Przyjęły one do wiadomości pragnienie UE - zakomunikowane wszystkim jasno i wyraźnie po wojnie gruzińskiej - by nie uznawać Abchazji i Osetii Południowej. Odrzucenie pragnienia Rosji by to właśnie osiągnąć kosztowało je wiele wysiłku. Niezłomność Mołdawii, Armenii, Azerbejdżanu - nie mówiąc o Białorusi - w odpieraniu rosyjskiej presji jest miarą nadziei jakie pokładają one w UE.
Fundamentalna decyzja UE
Niezdolność UE do odwzajemnienia tych oczekiwań niczym innym jak tylko dość anemicznym Wschodnim Partnerstwem jest odzwierciedleniem tego, jak bardzo UE wciąż jest skrępowana. Bowiem nie tylko Rosja dąży do upadku Partnerstwa, ale też większość "południowych" państw członkowskich, aczkolwiek mniej otwarcie, z różnych powodów i z zastosowaniem różnych środków. Państwa te, tradycyjnie pod przewodnictwem Francji, z niechęcią odnoszą się do ekspansji bloku w kierunku wschodnim jako wyzwania dla ich własnego historycznego zaabsorbowania regionem śródziemnomorskim.
Na pewnym poziomie różnice wewnątrz UE dotyczą pieniędzy, których nigdy nie jest za wiele. Ale dotyczą też wpływów, władzy i wizji. Na pewnym dość abstrakcyjnym, ale mimo to objętym gorącą rywalizacją poziomie, wewnętrzna walka w bloku jest bitwą o duszę UE, w której naprzeciw stają dwa odmienne światopoglądy.
Jeden z nich, z orędownikami na wschodzie i północy, chce by UE eksportowała demokrację i reformy i stawia wolny rynek ponad integracją polityczną wewnątrz samego bloku. Ten drugi, panujący w zachodniej części kontynentu, preferuje pragmatyzm i kalkulacje dotyczące równowagi sił w polityce zagranicznej oraz "coraz to bliższą" unię polityczną i solidarność wewnątrz UE.
Tygodnie poprzedzające 7 maja są kluczowe w określeniu długoterminowego rezultatu wielu z tych napięć. W UE jest bardzo mało polityków i urzędników, którzy troszczą się, lub są w stanie wyjrzeć poza tę datę.
Ahto Lobjakas jest regularnym współpracownikiem RFE/RL. Poglądy wyrażone w tym komentarzu są poglądami autora i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy RFE/RL.
Copyright (c) 2008. RFE/RL, Inc. Reprinted with the permission of Radio Free Europe/Radio Liberty, 1201 Connecticut Ave., N.W. Washington DC 20036.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.rferl.org/content/The_EUs_Neighborhood_Nightmare/1512523.html