Stanowiące „siłę napędową” konfliktu w Iraku animozje między szyitami a sunnitami wydają się powoli gasnąć, ale jasne staje się, że zaostrza się spór na linii Kurdowie-Arabowie, co skłania przywódców kurdyjskich do poszukiwania poparcia w najbardziej nieoczekiwanym miejscu, tj. w Turcji.
Dramatyczny spadek przemocy w Iraku w ciągu ostatniego roku jest już niezbitym faktem. Jak poinformował 25 marca rzecznik wojsk amerykańskich w Iraku generał David Perkins w pierwszych dwóch miesiącach tego roku w Iraku zginęło tylko 19 żołnierzy amerykańskich, podczas gdy w tym samym okresie 2007 roku zabito 148 Amerykanów; tygodniowa liczba ataków nie przekracza obecnie 100, podczas gdy w szczytowym momencie przemocy ponad dwa lata temu wynosiła 1250 [1]. Według icasualties.org liczba Amerykanów zabitych podczas 6-letniego konfliktu w Iraku wynosi obecnie 4259 i bardzo wymowne jest to, że poziom 4000 ofiar został osiągnięty przeszło rok temu – 23 marca 2008 roku.
Co jeszcze bardziej istotne, napięcia między dwoma największymi grupami wyznaniowymi (szyitami i sunnitami), które w największym stopniu przyczyniły się do drastycznego zaostrzenia przemocy w Iraku w latach 2006-07, teraz wydają się dużo mniej intensywne. Na horyzoncie pojawia się jednak nowy problem: coraz wyraźniejsze różnice między Arabami a Kurdami zamieszkującymi północną część Iraku. 23 marca zamachowiec-samobójca zaatakował w miasteczku Jalawla żałobników zebranych na pogrzebie brata przedstawiciela Patriotycznej Unii Kurdystanu, kierowanej przez obecnego prezydenta Iraku Jalala Talabaniego, zabijając około 25 osób. Zamieszkała głównie przez Kurdów Jalawla w prowincji Diyala nie po raz pierwszy rozbudza napięcia arabsko-kurdyjskie – do sierpnia 2008 roku, kiedy rząd centralny nie był jeszcze w stanie zapewnić sobie kontroli nad wszystkimi częściami kraju, była patrolowana przez kurdyjskich bojowników peshmerga, działających niezależnie od władz w Bagdadzie i podległych rządowi Kurdystanu. Wówczas to pod presją Bagdadu peshmerga wycofali się z terenów w Diyali i zostali zastąpieni przez oddziały armii irackiej. Nie obyło się bez publicznych protestów i nieomal konfrontacji zbrojnych, zwłaszcza w zdominowanych przez Kurdów dystryktach Diyali takich jak Khanaqin, który póki co pozostał pod kontrolą kurdyjską. Zaraz po wycofaniu się peshmerga w Jalawli doszło do zamachu samobójczego, w którym zginęło 28 osób [2], co Kurdowie przedstawiali jako dowód na niezdolność sił arabskich do zapewnienia bezpieczeństwa.
Rosnące napięcia między Kurdami a Arabami to w zasadzie spór terytorialny: Arabowie uważają, że Kurdowie chcą powiększyć swój autonomiczny Kurdystan, anektując ziemie do niego przyległe. Szczególnie zagmatwanym punktem zapalnym jest Kirkuk, gdzie znajdują się jedne z największych w Iraku żłóż ropy naftowej. Kurdowie uważają to miasto za swoje naturalne centrum ekonomiczno-polityczne w przyszłości, twierdząc że zostali z niego siłą usunięci za dyktatury Saddama Husajna; Arabowie utrzymują zaś, że Kirkuk nigdy nie był kurdyjski. Kurdowie obawiają się teraz coraz silniejszego rządu centralnego kierowanego przez Nuriego Malikiego, który po zabezpieczeniu Bagdadu i południa kraju coraz chętniej zwraca swoją uwagę na prowincje północne. Maliki nie kryje, że chce umocnienia centralnej kontroli nad wszystkimi regionami kraju, w tym nad Kirkukiem, gdzie styczniowe wybory prowincjonalne nie odbyły się z powodu obaw o wybuch przemocy i gdzie poszczególne dzielnice kontrolowane są przez zamieszkujące je grupy etniczne: Kurdów, Arabów i Turkomenów. Maliki ostatnio zrobił pierwszy krok zastępując stacjonującą dotąd w Kirkuku 4. dywizję armii irackiej, z mieszanym kurdyjsko-arabskim składem osobowym, 12. dywizją zdominowaną na wszystkich szczeblach przez Arabów [3], narażając się oczywiście na protesty Kurdów. Kurdowie liczą na pomyślne dla nich rozstrzygnięcie przyszłości Kirkuku w drodze referendum, które przewiduje konstytucja iracka, ale w 2008 roku nie doszło do niego, a kiedy teraz miałoby się odbyć – nie wiadomo. Spory kurdyjsko-arabskie uniemożliwiają przyjęcie ustaw określających podział zysków z eksploatacji złóż surowców energetycznych, a zawarte przez rząd Kurdystanu umowy na eksploatację pól naftowych nie są uznawane przez Bagdad.
W tym kontekście zwraca uwagę duża aktywność dyplomatyczna Turcji w Iraku. W dniach 23-24 marca wizytę w Bagdadzie złożył prezydent Abdullah Gul, który był pierwszą turecką głową państwa odwiedzającą Irak od 1976 roku. W pierwszym dniu wizyty Gul usłyszał od Talabaniego dokładnie to czego Ankara pragnie – że Partia Pracujących Kurdystanu (PKK), która od 1984 roku prowadzi walkę zbrojną na kurdyjskich terytoriach południowo-wschodniej Turcji i ma swoje bazy w górach północnego Iraku, powinna albo złożyć broń albo opuścić terytorium irackie [4]. Jeszcze bardziej interesujący był jednak przebieg wizyty Gula i jego wypowiedzi - 23 marca powiedział on, że przyszedł czas na „zakończenie wszystkich tych problemów, które przeszkadzają stosunkom między Turcją a Irakiem”, 24 marca jako pierwszy turecki przywódca spotkał się z premierem rządu Kurdystanu Nechirvanem Barzanim, zaś jeszcze przed przylotem do Bagdadu miał jako pierwszy w historii turecki urzędnik użyć słowa „Kurdystan” na określenie terytoriów północnego Iraku, czego dotąd nie robiono by nie rozbudzać nastrojów separatystycznych wśród Kurdów zamieszkujących Turcję, posługując się terminem „regionalna administracja na północy Iraku.” Gul tłumaczył, że po prostu wypowiedział nazwę zapisaną w konstytucji Iraku, a przecież „nie odmawiamy mówienia ‘Macedonia’ ponieważ odmawia tego Grecja” [5], a później bagatelizował całe zdarzenie, ale mimo to jest to sygnał, że Turcja widzi szanse porozumienia z irackimi Kurdami, zaś ich cieszącego się daleko idącą autonomią Kurdystanu nie traktuje już jako zalążka przyszłego niepodległego państwa kurdyjskiego i wierzy w niepodważalność integralności terytorialnej Iraku. Kurdyjscy przywódcy robią wiele by umocnić tę wiarę – przebywając w Turcji na światowym forum ds. zasobów wodnych Talabani powiedział dziennikowi „Sabah” 16 marca, że Kurdowie nie ogłoszą niepodległości, bo w ich interesie ekonomicznym, kulturalnym, społecznym i politycznym jest pozostanie w granicach Iraku, a idea zjednoczenia ziem kurdyjskich w Iraku, Turcji i Iranie jest „tylko snem z wierszy”, którego realizacja „wymagałaby wojny światowej.” [6]
Pojednawczy ton prezydenta Gula jest istotny w obliczu ważnej konferencji Kurdów z całego świata, którzy mają zebrać się w irackim Arbilu w kwietniu bądź maju tego roku. Doniesienia mówią, że przywódcy społeczności kurdyjskiej po raz pierwszy w historii wezwą PKK do zakończenia walki zbrojnej przeciw Turcji i złożenia broni, co byłoby spektakularnym sukcesem Ankary. Uważa się, że Kurdowie z Iraku postanowili poświęcić PKK, przynajmniej deklaratywnie, aby zjednać sobie Turcję i tym samym zwiększyć szanse na przetrwanie swojej autonomii w sytuacji opisanych powyżej coraz gorszych stosunków z rosnącym w siłę rządem irackim i w perspektywie wycofania się z Iraku wojsk amerykańskich, obecnie stanowiących najważniejszy czynnik łagodzący napięcia. Nie bez znaczenia jest tu coraz większa rola regionalna Ankary: jak wskazuje wizyta prezydenta Baracka Obamy zaplanowana na 6-7 kwietnia Turcja będzie kluczowym partnerem USA w polityce bliskowschodniej, co jest zrozumiałe biorąc pod uwagę jej rosnącą wiarygodność jako mediatora. Ankara pośredniczyła już w trudnych rozmowach syryjsko-izraelskich, a ostatnio zadeklarowała gotowość ułatwienia dialogu między USA a Iranem. Czy teraz możliwe jest również to co do niedawna wydawało się nieprawdopodobne - że gdy narastające napięcia między Kurdami a Arabami w końcu wybuchną, to właśnie Turcja, mimo żywionej przez wiele lat niechęci do procesu umacniania autonomii Kurdystanu, stanie się rozjemcą w tym sporze?
[1] US: Attacks rise south of Baghdad, fall nationwide, Associated Press, 25 marca 2009.
[4] Disarm or leave, Iraq's Talabani tells PKK, Reuters, 23 marca 2009.