Czy zaskakująco szybka wizyta prezydenta USA Baracka Obamy w Turcji jest zwiastunem ery bezprecedensowej współpracy turecko-amerykańskiej?
Po tym jak 29 stycznia na Światowym Forum Gospodarczym w Davos doszło do ostrej sprzeczki premiera Turcji Recepa Tayyipa Erdogana z prezydentem Izraela Szimonem Peresem i demonstracyjnym opuszczeniem panelowej dyskusji przez Erdogana, wielu obserwatorów uznało, że turecki premier udzielił w ten sposób odpowiedzi na pytanie o to, gdzie leżą priorytety Turcji. Ten i inne przejawy antyzachodniego stanowiska rozczarowały wielu, którzy konkludowali, że wartość Turcji jako partnera dla Zachodu uległa poważnemu osłabieniu. „Jest bardzo mało prawdopodobne, by [prezydent USA Barack] Obama złożył teraz szybką wizytę w Turcji”, przewidywał renomowany tygodnik „The Economist” na początku lutego [1].
A jednak, realizując swoją obietnicę złożenia wizyty w państwie muzułmańskim w ciągu pierwszych 100 dni swojego urzędowania, Obama postanowił udać się właśnie do Turcji. Godne uwagi jest także to, że podczas swojej pierwszej dużej podróży zagranicznej Obama koncentrował się na spotkaniach wielostronnych – czy to w ramach Grupy G-20, NATO, czy partnerstwa USA-Unia Europejska. Przystanek w Turcji jest jedynym poświęconym wyłącznie stosunkom bilateralnym i stanowi podkreślenie kluczowej roli tego strategicznie położonego sojusznika z NATO jako pomostu między Zachodem i Wschodem, oazy stabilności w tradycyjnie rozdzieranym sporami i konfliktami regionie i przykładu na to, że islam i demokracja nie wykluczają się nawzajem.
Można argumentować, że wiele z innych ważnych państw muzułmańskich mogących stać się destynacją Obamy ma pewne cechy od razu je dyskwalifikujące – Egipt jest autorytarnie rządzony przez prezydenta Hosniego Mubaraka, Arabia Saudyjska to monarchia absolutna, w której przestrzeganie praw człowieka pozostawia ogromnie wiele do życzenia, a Pakistan jest w tak fatalnym położeniu gospodarczo-politycznym, że stoi wręcz na krawędzi upadku. Ale nie oznacza to, że Turcja została wybrana przez Biały Dom w drugiej czy trzeciej kolejności – między Waszyngtonem a Ankarą istnieje zasadnicza zbieżność interesów, która skłania do zacieśniania wzajemnego partnerstwa. Istotne jest również to, że stosunki turecko-amerykańskie za poprzedniej administracji George’a W. Busha (2001-09) bezsprzecznie mocno ucierpiały, głównie z powodu kontrowersji związanych z amerykańską interwencją w Iraku w marcu 2003 roku, której Turcja mocno się sprzeciwiała; w globalnym sondażu opublikowanym przez BBC w kwietniu 2008 roku pozytywną rolę na świecie przypisywało USA zaledwie 20% mieszkańców Turcji (rok wcześniej było jeszcze gorzej, bo odsetek ten wynosił jedynie 7%), a aż 73% - negatywną [2].
Najważniejszą przesłanką budowy bliższego partnerstwa USA z Turcją jest skłonność administracji Obamy do dyplomatycznego zaangażowania państw pozostających od dłuższego czasu w złych stosunkach z USA, zbiegająca się z umacniającą się pozycją Turcji jako czołowego mediatora w regionie Bliskiego Wschodu i Kaukazu, który jest w stanie pośredniczyć w kontaktach z nawet najbardziej radykalnymi siłami. Obecny gospodarz Białego Domu chciałby dać szansę państwom takim jak Iran czy Syria na załatwienie palących kwestii spornych w drodze negocjacji, a tymczasem Turcja właśnie z tymi państwami poprawia swoje stosunki i zdobywa ich zaufanie, a patrząc szerzej umiejętnie buduje swój prestiż i wiarygodność w świecie islamu, stawiając się w pozycji obrońcy interesów i godności muzułmańskiej – stąd długo utrzymywany sprzeciw wobec kandydatury na sekretarza generalnego NATO premiera Danii Andersa Fogha Rasmussena w związku z oburzającym dla świata islamu opublikowaniem w 2005 roku karykatur proroka Mahometa; stąd też wyjątkowo ostra krytyka postępowania izraelskich wojsk w Strefie Gazy podczas wojny z Hamasem w grudniu 2008-styczniu 2009 roku.
Ze swej strony, USA mają do zaoferowania wsparcie dyplomatyczne w kwestii priorytetowej dla Turcji, tj. starań rządu Erdogana o przyjęcie kraju do Unii Europejskiej, co natrafia na opór państw takich jak Francja a nawet z rosnącymi wątpliwościami w społeczeństwie tureckim czy akcesja w ogóle kiedykolwiek może dojść do skutku. Obama mocno zaakcentował swoje poparcie dla kandydatury Turcji tuż przed przybyciem do Ankary, na szczycie USA-Unia Europejska w Pradze 5 kwietnia. „Stany Zjednoczone i Europa muszą zwracać się do muzułmanów jak do naszych przyjaciół, sąsiadów i partnerów w zwalczaniu niesprawiedliwości, nietolerancji i przemocy, budując stosunki oparte na wzajemnym poszanowaniu i wzajemnych interesach. Przybliżenie tureckiego członkostwa w UE byłoby ważnym sygnałem zobowiązania [Unii Europejskiej] do tej agendy i zapewniło ciągłe zakotwiczenie Turcji w Europie”, powiedział Obama.
Są też inne czynniki sprzyjające umacnianiu więzi turecko-amerykańskich. Współpraca Turcji znacząco ułatwiłaby wycofywanie wojsk amerykańskich z Iraku i przyspieszenie odbudowy Afganistanu, gdzie Turcja jako jedyne państwo muzułmańskie utrzymuje wojska w ramach misji ISAF. Jest też niezbędna dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego sojusznikom amerykańskim w Europie. Nie można też nie doceniać roli wizerunku Obamy jako przywódcy młodego, ambitnego, dynamicznego i w przeciwieństwie do swojego poprzednika skłonnego do wysłuchiwania opinii innych, a przy tym mającego ojca wyznania muzułmańskiego. Być może dlatego Obama jest uznawany przez Turków za zdecydowanie najbardziej godnego zaufania przywódcę światowego – w marcowym sondażu tureckiego instytutu Infakto opinię taką wyraziło 39% Turków; a generalnie pozytywne zdanie o Obamie miało 51% Turków [3].
Niewątpliwie w stosunkach turecko-amerykańskich jest wciąż kilka „gorących tematów”, mogących wprowadzać poważne napięcia. Za jedną z najpoważniejszych w chwili obecnej należy uznać kwestię zabójstwa do 1,5 miliona Ormian w Turcji w trakcie rozpadu Imperium Ottomańskiego podczas I Wojny Światowej, często określanego pierwszym ludobójstwem XX wieku. Podczas swojej kampanii prezydenckiej w styczniu 2008 roku Obama oświadczył, że „ormiańskie ludobójstwo nie jest insynuacją, osobistą opinią czy punktem widzenia, lecz raczej szeroko udokumentowanym faktem” i zadeklarował, że jako prezydent uzna te wydarzenia za ludobójstwo [4], ale już w marcu pojawiły się sygnały, że takiej deklaracji póki co nie będzie [5]. Jak donoszono, Obama postanowił wstrzymać się z takim krokiem, który ormiańska społeczność w USA najchętniej widziałaby w dniu pamięci ofiar 24 kwietnia, gdyż mogłoby to zaszkodzić rodzącej się stopniowo odwilży w stosunkach między Turcją a Armenią, mogącej przynieść nawet nawiązanie stosunków dyplomatycznych przez te państwa. Nie ma jednak wątpliwości, że cisza Obamy w sprawie „ludobójstwa” na Ormianach wiąże się z wymogiem budowy bliskich stosunków Turcji z USA i zwiększania tym samym szans na sukces regionalnej dyplomacji. Podobnie należy się spodziewać, że wyciszane będą też inne potencjalne problemy, np. niezadowolenie USA z bliskich relacji Ankary z palestyńskim Hamasem czy obawy Turcji o konsekwencje wycofania się Amerykanów z Iraku dla zamieszkałej przez Kurdów północnej części tego kraju, gdzie mógłby powstać organizm de facto niepodległy, rozbudzający aspiracje ludności kurdyjskiej w Turcji. Zdecydowanie obu stron na zacieśnianie bilateralnego partnerstwa strategicznego sprawia, że realna staje się prognoza Ahmeta Davutoglu, głównego doradcy Erdogana ds. polityki zagranicznej, który w marcu 2009 w wystąpieniu na uniwesytecie Princeton wyraził przypuszczenie, że Turcję i USA pod rządami Obamy czeka „złota era współpracy.” [6]
Opis stosunków Turcja-USA na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Turcja,stosunki_dwustronne,USA