Podczas swojej niedawnej podróży azjatyckiej sekretarz stanu USA Hillary Clinton uczyniła Dżakartę kluczowym przystankiem, co sygnalizowało nowy kierunek amerykańskiej polityki zagranicznej w regionie po administracji Busha, oskarżanej przez krytyków o zaniedbanie Azji Południowo-Wschodniej i zrażenie do siebie Indonezyjczyków ryzykownymi kampaniami militarnymi w Iraku i Afganistanie.
Wtajemniczeni i znawcy polityki mogliby zwrócić uwagę, że USA i Indonezja dobrze współdziałały w kwestiach kontrterroryzmu podczas ery Busha - na przykład z powodzeniem osłabiając Jemaah Islamiyah - lecz utrzymuje się percepcja, że Waszyngton nie uważał Indonezji, i ogólnie Azji Południowo-Wschodniej, za ważne. To otworzyło pole dla Chin do nawiązania bliższych więzi handlowych i dyplomatycznych w regionie - zarówno z byłymi wrogami, takimi jak Wietnam, jak również z bliskimi sojusznikami USA, takimi jak Filipiny, z którymi Chiny mają niezałatwione spory terytorialne.
Teraz wiosenne porządki Obamy przyniosą wysłanie przez Stany Zjednoczone ambasadora do ASEAN, regionalnej organizacji złożonej z 10 państw Azji Południowo-Wschodniej. Clinton podczas swojego postoju w Dżakarcie zastosowała też firmową retorykę Obamy, mówiąc że Stany Zjednoczone "wyciągną rękę" do Indonezji jako potencjalnego sojusznika i kanału do szerszego świata muzułmańskiego. Prawdopodobne jest, że sam Obama złoży wizytę w Indonezji pod koniec 2009 roku, zapewne po listopadowym szczycie Współpracy Gospodarczej Azji i Pacyfiku (APEC) w Singapurze.
Indonezja, która ma największą na świecie populację muzułmańską, przeprowadziła 9 kwietnia wybory parlamentarne, stanowiące ostatni etap trwającej już dekadę transformacji politycznej. Clinton pochwaliła tę demokratyczną transformację jako dowód na to, że "islam, demokracja i nowoczesność mogą nie tylko współegzystować, ale i razem rozkwitać."
Czy Indonezja rzeczywiście da Białemu Domowi muzułmańskiego pośrednika w sunnickich i szyickich centrach Bliskiego Wschodu i Azji Południowej - jeszcze nie wiadomo. Ale indonezyjski archipelag faktycznie ma pewien wpływ na przynajmniej niektóre państwa z większością populacji muzułmańskiej. Problemem dla Obamy jest to, że może to nie być taki wpływ jakiego on poszukuje.
Jednym z takich miejsc, gdzie Indonezja posiada bliskie związki, jest na przykład Sudan. Dżakarta z pogardą odniosła się do niedawno wydanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny (ICC) nakazu aresztowania sudańskiego prezydenta Omara Bashira, twierdząc że zaszkodzi to tak zwanemu procesowi pokojowemu w Darfurze.
"Jesteśmy bardzo zaniepokojeni konsekwencjami jakie oskarżenie może mieć dla procesu pokojowego w Darfurze", powiedział rzecznik ministerstwa spraw zagranicznych Teuku Faizasyah. "Chcielibyśmy usłyszeć od ICC więcej oceny jak szkodliwy będzie efekt nakazu aresztowania."
Indonezja ma około 200 policjantów w Darfurze w siłach pokojowych ONZ i Unii Afrykańskiej. Co ważniejsze jednak, rośnie handel między oboma państwami. Jak zwrócił uwagę w niedawnym wywiadzie w "Jakarta Post" ambasador Sudanu w Indonezji Ibrahim Bushra Mohamed Ali, "nasz handel dwustronny wzrósł do 781,39 miliona dolarów w pierwszych 10 miesiącach 2008 roku z 242,5 miliona dolarów w tym samym okresie 2007 roku." Wzrost ten wynika częściowo ze znaczących interesów naftowych Indonezji w Sudanie - państwowa Pertamina jest wśród firm, które otrzymały koncesje od Chartumu.
Po elekcji Obamy w listopadzie prezydent Indonezji Susilo Bambang Yudhoyono uraczył audiencję w Waszyngtonie anegdotami o Indonezyjczykach płaczących ze szczęścia na wieść o zwycięstwie senatora mówiącego językiem Bahasa. Można to nazwać realpolityką lub zwykłym tupetem, ale wydaje się, że Dżakarta teraz idzie w ślady Chin jeśli chodzi o stosunki z Sudanem: popierając Chartum i Bashira w ramach rozwijających się stosunków gospodarczych, tym samym wyraźnie odchodząc od linii amerykańskiej.
Rozmowa telefoniczna Obamy z Yudhoyono 13 marca daje kolejny przykład potencjalnie drażliwej rozbieżności. Według oświadczenia wydanego przez Biały Dom obaj prezydenci omówili "kwestie regionalne i międzynarodowe, w tym zobowiązanie prezydenta do nowych, jakościowo innych stosunków z islamskimi społecznościami na całym świecie." Oświadczenie wspomniało też o "demokracji i prawach człowieka w Birmie" jako temacie dyskusji.
Lecz tego samego dnia w Dżakarcie wydano inne oświadczenie, witające zbliżającą się wizytę premiera Birmy generała Theina Seina w Indonezji, określające birmańską juntę której Sein przewodzi "przyjacielem Indonezji." Na spotkaniu w następnym tygodniu Yudhoyono i Sein rozmawiali o demokracji, losie uchodźców Rohingya i współpracy gospodarczej.
Rohingya są jedną z wielu etnicznych i religijnych mniejszości - nie mówiąc o etnicznych i religijnych większościach - poddanych opresji i marginalizacji przez wojskowych władców Birmy. Niektórzy z nich znaleźli schronienie w Acehu, niegdyś secesjonistycznej prowincji Indonezji na północnym krańcu Sumatry, dochodzącej do siebie po tsunami z 2004 roku.
Pomoc dla Rohibgya jest naturalnie mile widziana. Ale ciepłe przyjęcie Seina przez Dżakartę pokazuje, że Indonezja i jej koledzy z ASEAN, którego Birma jest członkiem, faktycznie nie są zdecydowani zrobić nic w kwestii demokracji i praw człowieka w Birmie - przynajmniej nic co złamałoby w ASEAN kulturę nieingerencji, czyli zasady, która ma być skodyfikowana w proponowanej karcie praw człowieka ugrupowania.
Wśród wielu imponujących osiągnięć Indonezji po upadku prezydenta Suharto w 1998 roku są budowa dynamicznej demokracji wielopartyjnej, odbudowa gospodarcza po azjatyckim kryzysie finansowym, osiągnięcie porozumienia pokojowego w spustoszonym konfliktem Aceh i przezwyciężenie katastrofalnego tsunami w 2004 roku. W przemówieniu do Asia Society przed udaniem się w podróż po Azji sekretarz Clinton podkreśliła wspólne wartości demokratyczne obu państw.
Jednak nie tylko Indonezja nie podziela poglądów Ameryki co do dwóch najbrutalniejszych reżimów na świecie, wręcz uważa obu za sojuszników. To może wróżyć kłopoty dla nadziei prezydenta Obamy na stworzenie z Indonezji uprzywilejowanego partnera Stanów Zjednoczonych w Azji i w świecie muzułmańskim.
Simon Roughneen jest niezależnym dziennikarzem i współpracownikiem WPR, który pisał z ponad 20 państw. Obecnie bazuje w Azji Południowo-Wschodniej.
Copyright World Politics Review
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.worldpoliticsreview.com/article.aspx?id=3510