Izrael-USA: Netanyahu i Obama na kursie kolizyjnym
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Praca w UE Książki
Izrael-USA: Netanyahu i Obama na kursie kolizyjnym
Radek Alf stosunkimiedzynarodowe.info 2009-05-05 23:56:08

Prezydent USA uważa ruszenie z miejsca izraelsko-palestyńskiego procesu pokojowego za klucz do rozwiązania problemów Bliskiego Wschodu; premier Izraela akcentuje konieczność natychmiastowego przeciwstawienia się Iranowi. Czy stosunki Izraela z USA wchodzą w jeden z najgorszych okresów w historii?

 

Podczas gdy z Waszyngtonu płyną pojednawcze sygnały pod adresem państw nie będących jak dotąd faworytami USA, np. Iranu, Syrii czy Kuby, relacje między administracją Baracka Obamy a nowym izraelskim rządem Benjamina Netanyahu zapowiadają się na bardzo trudne. Problem leży w wyraźnie już widocznych rozbieżnościach w preferowanej strategii wobec konfliktu izraelsko-palestyńskiego oraz programu nuklearnego Iranu.

Podstawowej przyczyny nieporozumień na linii Waszyngton-Tel Awiw należy upatrywać w zmianie polityki zagranicznej Izraela jaką wprowadził Netanyahu. Izraelski premier wychodzi z założenia, że rutynowo posługujący się antyizraelską retoryką Iran z jego programem nuklearnym jest "egzystencjalnym zagrożeniem" dla państwa żydowskiego i to powstrzymanie zapędów republiki islamskiej musi być najwyższym priorytetem. Iran jest też uważany za czynnik podsycający konflikt izraelsko-palestyński poprzez popieranie ugrupowań odmawiających Izraelowi prawa do istnienia, tj. palestyńskiego Hamasu i libańskiego Hezbollahu; toteż jak powiedział "Washington Post" 22 kwietnia wiceminister spraw zagranicznych Daniel Ayalon, "jeśli chcemy mieć rzeczywisty proces polityczny z Palestyńczykami, to nie może być tak, że Irańczycy podkopują i sabotują [proces pokojowy]." [1] Obecne władze Izraela uważają więc, że należy całkowicie skupić się na przeciwdziałaniu destabilizacyjnemu wpływowi Iranu, tym bardziej że jest to problem pilny i narastający, podczas gdy rozwiązanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego można zostawić na później.

Waszyngton widzi priorytety zupełnie inaczej: Obama jednym z ważniejszych celów polityki zagranicznej w pierwszej fazie swojej prezydentury uczynił postęp w kierunku ustanowienia dwóch pokojowo współżyjących ze sobą państw, izraelskiego i palestyńskiego, co uważa za warunek skutecznej akcji międzynarodowej przeciw Iranowi. "Jeśli Izrael chce uzyskać mocne poparcie jakiego poszukuje względem Iranu, nie może pozostawać na uboczu w odniesieniu do Palestyńczyków i wysiłków pokojowych; [obie te ścieżki] idą ręka w rękę", powiedziała 23 kwietnia sekretarz stanu USA Hillary Clinton. W ten sposób wyraziła pogląd administracji, że impas w kwestii palestyńskiej wydatnie utrudniłby zawiązanie szerszej koalicji przeciw Iranowi z udziałem umiarkowanych państw arabskich; według Białego Domu jedynie podjęcie przez Izrael rzeczowych rozmów pokojowych z Palestyńczykami dałoby gwarancję zjednania sobie przez USA kluczowych, najbardziej wpływowych państw regionu, takich jak Arabia Saudyjska i Egipt, w wysiłkach przeciw Iranowi. Budowa takiej szerokiej koalicji jest naturalna z punktu widzenia obecnej administracji amerykańskiej, odrzucającej unilateralizm, który cechował politykę zagraniczną poprzedniego prezydenta George'a W. Busha. Ponadto przedstawiciele amerykańskiej administracji oceniają, że postrzeganie zagrożenia irańskiego w państwach takich jak Arabia Saudyjska czy Egipt nie różni się zbytnio od optyki izraelskiej, co znakomicie ułatwiałoby budowę antyirańskiej koalicji.

Tymczasem nie jest nawet pewne, czy rozwiązanie konfliktu bliskowschodniego na zasadzie istnienia dwóch państw, stanowiące jak by się mogło wydawać kanon wszelkich bliskowschodnich wysiłków dyplomatycznych, w ogóle jest akceptowane przez nowy rząd izraelski. Jak dotąd żaden członek rządu Netanyahu nie poparł publicznie zasady istnienia dwóch państw - wręcz przeciwnie, premier Netanyahu wydał w kwietniu oświadczenie mówiące, że bez uprzedniego uznania przez Palestyńczyków Izraela za państwo żydowskie nie może być mowy o dyplomatycznym postępie. Rzecznik izraelskiego ministerstwa spraw zagranicznych Yossi Levy wyjaśnił w wywiadzie dla "Jerusalem Post" 27 kwietnia, że uznanie to "jest wyborem między zakończeniem konfliktu a nieosiągnięciem zakończenia konfliktu", ponieważ "Palestyńczycy nie mogą negocjować rozwiązania dwupaństwowego, w którym jedno państwo jest palestyńskie, a drugie ma być palestyńskie." [2] Ale warunek ten jest dla strony palestyńskiej nie do zaakceptowania, głównie z powodu kluczowego żądania prawa palestyńskich uchodźców do powrotu do swoich domów opuszczonych w trakcie izraelskiej wojny niepodległościowej w 1948 roku. Także wysłannik Obamy na Bliski Wschód George Mitchell po spotkaniu z prezydentem Autonomii Palestyńskiej Mahmudem Abbasem 17 kwietnia powiedział, że powstanie dwóch państw to "jedyne rozwiązanie" konfliktu izraelsko-palestyńskiego [3].

Na konferencji American-Israel Public Affairs Committee (AIPAC) 4 maja Netanyahu, powtarzając stanowisko, że "Palestyńczycy muszą uznać Izrael za państwo żydowskie", powiedział jednocześnie, że Izrael pragnie pokoju zarówno ze światem arabskim, jak i z Palestyńczykami i jest gotów na wznowienie negocjacji pokojowych, "im szybciej tym lepiej." [4] To jednak wygląda tylko na koncesję pod adresem Obamy, zaś w rzeczywistości Netanyahu jest przekonany, że w obecnej sytuacji rozmowy są bezprzedmiotowe. Netanyahu chciałby przeniesienia ciężaru na "ekonomiczną budowę pokoju", w ramach której Izrael zniósłby część restrykcji przeszkadzających w realizacji projektów gospodarczych na Zachodnim Brzegu, a świat arabski i szerzej społeczność międzynarodowa nasiliłyby wysiłki mające służyć poprawieniu warunków bytowania Palestyńczyków. Dzięki temu na margines zepchnięci zostaliby żerujący na biedzie i braku życiowych perspektyw ekstremiści, którzy według tej analizy torpedowali wszystkie wysiłki pokojowe podejmowane przez poprzednie rządy izraelskie [5]. Przyjęcie tego rozumowania oznaczałaby odłożenie w czasie rzeczowych negocjacji pokojowych do czasu ukształtowania się nowych realiów ekonomicznych na terytoriach palestyńskich, a na to administracja Obamy na pewno się nie zgodzi, gdyż widzi w postępie w konflikcie bliskowschodnim klucz do ustabilizowania sytuacji regionalnej i rozwiązania innych problemów, takich jak Iran. Dążąc do realnego postępu Waszyngton raczej będzie naciskał na rząd izraelski by poczynił konkretne koncesje, w szczególności w sprawie osadnictwa na Zachodnim Brzegu, co może rodzić dalsze tarcia, biorąc pod uwagę poparcie Netanyahu dla osadnictwa w przeszłości i chociażby fakt, że minister spraw zagranicznych Avigdor Lieberman sam mieszka w jednym z osiedli na Zachodnim Brzegu, w Nokdim koło Betlejem.

W kwestii Iranu sytuacja przypomina wydarzenia z Wojny w Zatoce w 1991 roku, kiedy zaangażowany w interwencję przeciw Irakowi Waszyngton apelował do Izraela, by ten nie uciekał się do odwetu przeciw reżimowi Saddama Husajna, który ostrzeliwał rakietami Scud izraelskie terytorium, pragnąc eskalacji konfliktu i odwrócenia się państw arabskich od antyirackiej koalicji pod przewodnictwem USA. Wówczas prezydent USA George Bush zdołał przekonać przywódców izraelskich do powściągliwości. Czy jednak takimi samymi zdolnościami perswazji wykaże się Obama w obliczu możliwego ataku na państwo żydowskie przy użyciu najbardziej śmiercionośnej broni wynalezionej przez ludzkość? Izrael od dłuższego czasu daje sygnały, że przygotowania do ewentualnego bombardowania irańskich obiektów nuklearnych idą pełną parą. Ostatnio, 2 maja francuski tygodnik "L'Express" doniósł, że izraelskie lotnictwo wojskowe przeprowadziło ćwiczenia między Izraelem a Gibraltarem z uzupełnianiem paliwa w locie; dystans tych lotów wynoszący 3800 kilometrów mógłby sugerować symulację akcji militarnej przeciw Iranowi [6]. Mógł to być element szerzej zakrojonych przygotowań opisanych 18 kwietnia przez londyński "The Sunday Times", obejmujących m.in. nabycie przez izraelskie siły zbrojne samolotów wczesnego ostrzegania AWACS i organizację ogólnonarodowych ćwiczeń obrony cywilnej na wypadek irańskiego odwetu za izraelskie uderzenie powietrzne [7]. Władze izraelskie wydają się przygotowywać opinię międzynarodową i krajową na możliwość ataku na Iran i na pewno mogą już liczyć na poparcie własnych obywateli - według sondażu Uniwersytetu Bar-Ilan i Ligi przeciw Zniesławieniom (ADL) opublikowanego 4 maja 66% Izraelczyków poparłoby akcję militarną przeciw Iranowi w przypadku fiaska wysiłków dyplomatycznych, a spośród nich 75% poparłoby ją nawet w obliczu sprzeciwu administracji Obamy [8].

Biały Dom tymczasem coraz bardziej oddala się od dopuszczenia militarnego rozwiązania irańskiego problemu. Sekretarz obrony Robert Gates powiedział 15 kwietnia, że uderzenie na Iran spowolniłoby program nuklearny tego kraju o 1-3 lata, ale miałoby efekt zwiększenia irańskiej determinacji oraz "wbudowania w cały kraj dozgonnej nienawiści przeciw komukolwiek, kto w nich uderzył"; Gates stwierdził wobec tego, że zdobyciu bomby przez Teheran można zapobiec tylko skłaniając Iran do jego własnej konstatacji, iż jest to zbyt kosztowne przedsięwzięcie - za pomocą szeregu środków, w tym sankcji ekonomicznych i uświadamiania władzom irańskim, że bomba nie zwiększy bezpieczeństwa kraju [9]. Ten sam Gates w przeddzień podróży po Bliskim Wschodzie powiedział 4 maja, że Biały Dom nie robi sobie wielkich obietnic jeśli chodzi o dążenia do poprawy stosunków z Iranem, spodziewając się raczej napotkania "zaciśniętej pięści." [10] To musi skłaniać rząd izraelski do podejrzewania, że tak naprawdę Waszyngton pogodził się z perspektywą uzbrojonego w bombę atomową Iranu, która to perspektywa nie jest do zaakceptowania dla państwa żydowskiego.

Przy tak jasno zarysowujących się różnicach między Waszyngtonem a Tel Awiwem w dwóch najważniejszych dla obu rządów kwestiach, niektórzy obserwatorzy przewidują, że za kilka miesięcy stosunki izraelsko-amerykańskie mogą znaleźć się w jednym z poważniejszych kryzysów w historii. Obawę co do dalszego rozwoju stosunków z USA wyrażają też sami Izraelczycy: tylko 48% wierzy, że Obama i Netanyahu utrzymają przyjaźń obu państw, aż 63% sądzi, że próby pojednania USA ze światem muzułmańskim będą realizowane przez Obamę ze szkodą dla Izraela, a jedynie 38% uważa obecnego prezydenta USA za przyjaznego Izraelowi, podczas gdy o George'u W. Bushu taką opinię wyrażało 73% [11].

 

Zobacz też:

Izrael vs Iran - geopolityczne determinanty konfliktu (Tomasz Otłowski, 27 kwietnia 2009)

Iran: czas ostatecznej decyzji nadciąga (Radek Alf, 3 marca 2009)



[1] Israel puts Iran issue ahead of Palestinians, Howard Schneider i Glenn Kessler, Washington Post, 22 kwietnia 2009,

http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2009/04/21/AR2009042103998.html

[2] Israel: Recognition of 'Jewish state' is crucial, Haviv Rettig Gur i Khaled Abu Toameh, Jerusalem Post, 27 kwietnia 2009.

[3] Obama envoy: Two-state solution is only solution, Associated Press, 17 kwietnia 2009.

[4] Netanyahu: Israel ready to resume talks, Hilary Leila Krieger, Jerusalem Post, 5 maja 2009.

[5] Netanyahu bid to change 'diskette', David Horowitz, Jerusalem Post, 28 kwietnia 2009.

[7] Israel stands ready to bomb Iran's nuclear sites, Sheera Frenkel, The Times, 18 kwietnia 2009,

http://www.timesonline.co.uk/tol/news/world/middle_east/article6115903.ece

[9] Gates warns against Israeli strike on Iran's nuclear, Paul Richter, Los Angeles Times, 16 kwietnia 2009,

http://www.latimes.com/news/nationworld/world/la-fg-us-iran16-2009apr16,0,5208507.story

[10] Gates seeking to reassure Gulf on outreach to Iran, Associated Press, 4 maja 2009.



Słowa kluczowe
USA

 

lista
tematów
lista
autorów