Wybierając Egipt na miejsce kluczowego przemówienia, które ma przekonać świat muzułmański, że nie jest on i nie musi być w konflikcie z Ameryką, Barack Obama odkłada na bok potrzebę demokratyzacji sojuszniczych reżimów Bliskiego Wschodu i daje priorytet wysiłkom na rzecz osiągnięcia trwałego pokoju w regionie.
Ogłoszona 8 maja decyzja prezydenta USA Baracka Obamy o wyborze Egiptu na miejsce niezwykle ważnego przemówienia do świata muzułmańskiego w dniu 4 czerwca już sama w sobie daje wskazówki co do kształtu polityki bliskowschodniej obecnej amerykańskiej ekipy rządzącej. W odwiecznej debacie czy USA powinny promować demokratyzację regionu Bliskiego Wschodu czy też koncentrować się na stabilizacji istniejącego porządku administracja Obamy obiera tę drugą opcję – w imię osiągnięcia trwałego pokoju na Bliskim Wschodzie.
Biały Dom niewątpliwie musi kierować się doświadczeniami poprzedniego prezydenta George’a W. Busha, który zwłaszcza na początku swojej drugiej kadencji w 2005 roku próbował oprzeć politykę bliskowschodnią USA o „agendę wolności”. W przemówieniu o stanie państwa 2 lutego 2005 roku Bush powiedział, że to właśnie Egipt „może teraz pokazać drogę ku demokracji na Bliskim Wschodzie.” [1] Z tych ambicji 43. prezydent USA szybko się wycofał gdy okazało się, że sukcesy wyborcze odnoszą niepożądani ekstremiści: egipskie Bractwo Muzułmańskie i powiązany z nim palestyński Hamas.
Są już wyraźne sygnały, że Obama nie będzie żądał reform demokratycznych od autokratycznego 81-letniego prezydenta Egiptu Hosniego Mubaraka, który najprawdopodobniej przygotowuje sukcesję swojego syna Gamala. Podczas wizyty w Kairze 5 maja sekretarz obrony Robert Gates oświadczył, że obecna administracja stoi na stanowisku, iż pomoc finansowa dla zagranicznych sił zbrojnych „powinna być bez warunków” o charakterze politycznym [2]. Jak dodał „Washington Post” za retorycznym wycofaniem się z promocji demokracji idą też konkrety: fundusze na promocję demokracji zostały już obcięte w tym roku z 50 milionów dolarów do 20 milionów dolarów, a Departament Stanu USA zgodził się nie przeznaczać pomocy gospodarczej organizacjom nie zatwierdzonym przez egipski rząd. Ponadto Komisja Finansów Izby Reprezentantów przyznała ostatnio Egiptowi dodatkowe 310 milionów dolarów pomocy w zakresie bezpieczeństwa – wszystko bez żadnych dodatkowych warunków [3].
W tej sytuacji można się spodziewać, że 4 czerwca Obama nie będzie wywierał presji na egipskie władze i chociaż Biały Dom zastrzegł od razu, że przemówienie to nie powinno być odbierane jako oznaka poparcia dla reżimu Mubaraka, niemal pewne jest, że tak właśnie się stanie. Mimo tego wybór Egiptu ma głębokie uzasadnienie z punktu widzenia dążenia Obamy do naprawy stosunków ze światem muzułmańskim, zademonstrowanego już podczas kwietniowej wizyty w Turcji, kiedy powiedział w parlamencie w Ankarze, że USA „nie są i nigdy nie będą w stanie wojny z islamem.” Egipt jest bardzo ważnym sojusznikiem amerykańskim -- plasuje się wśród największych odbiorców pomocy amerykańskiej z niemal 2 miliardami dolarów rocznie -- ale też centrum intelektualnym świata arabskiego, mającym duży wpływ na kierunek rozwoju islamu. Egipt odzwierciedla tak dziś żywą wewnątrzislamską rywalizację między siłami umiarkowanymi a ekstremistycznymi – z jednej strony jest siedzibą najważniejszego centrum nauczania sunnickiego, uniwersytetu Al-Azhar, z drugiej zaś ma długą historię ruchów radykalnych, z których m.in. wywodzi się obecny wicelider al-Qaidy Ayman al-Zawahiri. Młoda, szybko rosnąca populacja -- już teraz licząca przeszło 80 milionów i będąca największą w regionie -- może uchodzić za barometr nastrojów panujących w świecie arabskim i wydaje się znakomitym adresatem przemówienia kreślącego wizję lepszej przyszłości dla ludności Bliskiego Wschodu.
Co być może najistotniejsze, Egipt, pierwsze państwo arabskie które odważyło się zawrzeć pokój z Izraelem i obecnie jedyny kanał umożliwiający kontakty z palestyńskim Hamasem władającym Strefą Gazy, jest kluczowy w kontekście planowanej przez Obamę bliskowschodniej ofensywy dyplomatycznej, bez której o zasadniczej poprawie relacji ze światem muzułmańskim nie może być mowy. Jak powiedział londyńskiemu „The Times” 11 maja król Jordanii Abdullah II, który jako pierwszy przywódca arabski spotkał się z nowym gospodarzem Białego Domu 21 kwietnia, Obama jest w ostatniej fazie przygotowywania niezwykle ambitnego, całościowego planu pokojowego dla Bliskiego Wschodu, który obejmowałby rozstrzygnięcie nie tylko konfliktu izraelsko-palestyńskiego, ale też sporów Izraela z Syrią i Libanem; plan ten może stanowić ważną część przemówienia 4 czerwca w Egipcie. Według jordańskiego monarchy stawka jest ogromna: niewykorzystanie sposobności jaką jest „olbrzymia wiarygodność” Obamy na świecie i w regionie Bliskiego Wschodu oznaczałoby wywołanie w świecie muzułmańskim poczucia, że „to tylko kolejny amerykański rząd, który nas wszystkich zawiedzie” i nieuchronność nowej wojny izraelsko-arabskiej w ciągu następnych 12-18 miesięcy [4].
Aby osiągnąć postęp w kierunku ogólnoregionalnego pokoju potrzebne będzie zneutralizowanie lub przeciągnięcie na swoją stronę szeregu aktorów niezainteresowanych rozwiązaniem pokojowym. Zadaniem Obamy na najbliższe dni będzie przekonanie do swojej inicjatywy prawicowego izraelskiego rządu Benjamina Netanyahu, który nawet jeszcze nie wyraził poparcia dla zasady istnienia dwóch państw, zakładającej egzystencję państwa palestyńskiego obok państwa żydowskiego. Natomiast zaangażowanie w regionalną dyplomację państw takich jak Jordania i zwłaszcza Egipt, będący jedynym realnym mediatorem między Izraelem a Palestyńczykami, będzie niezbędne dla przekonania innych aktorów, tym bardziej że nawet wobec mniej radykalnych z nich nie udało się jak dotąd wiele wskórać.
Wśród tych przeszkód dla pokoju bliskowschodniego Syria uchodzi za czynnik najbliższy zaakceptowania myśli o pojednaniu się z Izraelem; stąd też bywa uważana za generalny probierz skuteczności ugodowej polityki Obamy wobec całego Bliskiego Wschodu. Ale podczas gdy Waszyngton zmienił swój ton i dwukrotnie już wysyłał do Damaszku asystenta sekretarz stanu Jeffreya Feltmana i przedstawiciela Rady Bezpieczeństwa Narodowego Daniela Shapiro, nie ma jak dotąd żadnej gwarancji, że reżim Baszara Assada zmieni swoje zachowanie. Dlatego Obama zaraz po ostatniej wizycie Feltmana i Shapiro postanowił 8 maja przypomnieć Assadowi o warunkach normalizacji stosunków z Izraelem i USA i przedłużył o rok obowiązujące sankcje, podając dokładnie taką samą argumentację jak poprzednia administracja: że Damaszek ciągle wspiera ugrupowania terrorystyczne, dąży do pozyskania broni masowej zagłady i działa na niekorzyść stabilizacji Iraku. Jak widać więc, przekonanie Syrii do pokoju będzie wymagało intensywnych działań dyplomatycznych, takich jak wizyta jordańskiego króla w Damaszku w dniu 11 maja.
Wielu obserwatorów uważa, że największym wyzwaniem dla amerykańskiej ofensywy bliskowschodniej będzie Iran, który jak na razie odrzuca pojednawcze gesty Obamy, utrzymuje poparcie dla radykalnych grup zbrojnych i nie zamierza rezygnować z kontrowersyjnego programu nuklearnego. Bliski Wschód coraz wyraźniej przekształca się w pole rywalizacji między umiarkowanymi państwami arabskimi, oferującymi Izraelowi swoją inicjatywę pokojową, a epatującym antyizraelską retoryką Teheranem z jego sojusznikami takimi jak Syria, Hamas i Hezbollah. Nie da się przy tym ukryć, że to właśnie Egipt wyrósł w ostatnich miesiącach na największego regionalnego rywala Iranu, właśnie na tle konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Podczas wojny w Strefie Gazy w grudniu 2008-styczniu 2009 toku lider bazującego w Libanie szyickiego Hezbollahu, dość powszechnie uważanego za ugrupowanie faktycznie kierowane przez Teheran, szejk Hassan Nasrallah wezwał egipską ludność do sforsowania zamkniętej granicy Egiptu ze Strefą Gazy. W kwietniu władze egipskie poinformowały o odkryciu komórki Hezbollahu planującej zamachy na obiekty turystyczne i mającej organizować transport pieniędzy i broni dla Hamasu w Strefie Gazy; jej istnienie jako „logistycznego wsparcia” dla „palestyńskich braci” potwierdził później sam Nasrallah. Hamas natomiast najpewniej znajduje się pod silną presją irańską by opierać się staraniom Kairu zmierzającym do uzgodnienia długoterminowego rozejmu z Izraelem oraz utworzenia wraz z ugrupowaniem Fatah palestyńskiego rządu jedności narodowej. W kontekście tej narastającej rywalizacji decyzja Obamy o wygłoszeniu przemówienia do świata muzułmańskiego w Egipcie stanowi również mocny sygnał, że radykalna polityka Iranu nie jest drogą ku lepszej przyszłości i powinna zostać odrzucona, a poparcia należy udzielić amerykańskim i egipskim dążeniom do pokojowego rozwiązania problemów absorbujących muzułmanów.
Opis stosunków Egipt-USA na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Egipt,stosunki_dwustronne,USA