ChRL: Modernizujące się mocarstwo zajęte sobą
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Chronologia Książki
ChRL: Modernizujące się mocarstwo zajęte sobą
Bogdan Góralczyk Komentarz Międzynarodowy Pułaskiego 2009-05-19 23:16:30

Chiny skupiają coraz większą uwagę świata. Podkreśla się przede wszystkim ich bezprecedensowe sukcesy gospodarcze. Najwyższy notowany w dziejach wzrost gospodarczy, największe obecnie na świecie rezerwy walutowe, status tego państwa jako "globalnej taśmy produkcyjnej", a w ślad za tym szybko wzbogacające się społeczeństwo. Chiny już dziś są trzecią, po USA i Japonii, gospodarką świata, a wkrótce - przy zachowanych trendach - wyprzedzą Japonię i będą drugie. Nic dziwnego, że znany ekonomista amerykański Fred Bergsten wystąpił z inicjatywą organizowania szczytów G-2, a więc USA-Chiny. Pomysł chwycił, chociaż uwagę świata przykuwa raczej grupa G-20, w której wreszcie, w przeciwieństwie do G-7 i G-8, znajdują się największe "wschodzące rynki", takie jak Chiny, Indie czy Brazylia. Przywódcy Państwa Środka wolą zresztą G-20 niż G-2. Pamiętają bowiem doskonale dyrektywę swego wizjonera i architekta obecnego programu reform Deng Xiaopinga, który apelował, by na drodze reform nie wyrywać się przed szereg, nie próbować żyć nad stan, a mieć spokój wewnątrz i spokojne granice na zewnątrz. Słowa - klucze w chińskim słowniku to - obok "reformy" (gaige) i "otwarcia na świat" (kaifang) - "równowaga", "harmonijny rozwój" (hexie jueqi), a nade wszystko tępienie w zarodku wszelkich przejawów niestabilności (luan).

 

Globalna karetka pogotowia?


"Jednobiegunowa chwila", o jakiej pisał tuż po załamaniu się porządku dwubiegunowego znany publicysta Charles Krauthammer, w sensie gospodarczym odeszła już do lamusa. Wróciła wielobiegunowość, co potwierdza zarówno prezydent Barack Obama, jak i jego administracja. Tak w Waszyngtonie jak i w Brukseli trudno nie dostrzec, że zarówno USA jak i UE notowały ostatnio ujemne saldo w handlu z Chinami - powyżej 200 mld dolarów rocznie. Głęboki kryzys na światowych rynkach zachwieje tymi relacjami i z całą pewnością chińskie dodatnie saldo obniży, ale wszystkie największe stolice świata nawet nie kryją, że mimo wszystko będą szukały zbawienia w Chinach: państwie rozporządzającym przecież największymi rezerwami walutowymi na globie, rzędu 2 bilionów dolarów. Czy te oczekiwania nie są myśleniem życzeniowym? Inaczej mówiąc: czy Chiny zdolne są do pełnienia roli "światowej fabryki", ale też globalnej karetki pogotowia (finansowego), mającej nieść harmonię i stabilność także na światowych rynkach?

Koncepcja "harmonijnego społeczeństwa" (hexie shehui) narodziła się niedawno, za obecnej administracji tandemu Hu Jintao-Wen Jiabao (ich urzędowanie, zgodnie z ostatnio ściśle przestrzeganymi harmonogramami, czyli dwoma kadencjami na stanowisku, ma przypadać na lata 2002 - 2012). Wcześniej zdecydowanie postawiono na wzrost. Nie był on zrównoważony. Wręcz przeciwnie, rosło rozwarstwienie i rosły napięcia. Chiny wkroczyły w XXI stulecie dynamicznie, ale nierzadko poruszają się na podminowanym terenie. Kraj wymagał nie tylko wzrostu gospodarczego, nowych inwestycji i kapitałów. Konieczne stały się działania także w innych dziedzinach, bowiem chińskie społeczeństwo okresu reform nie tylko się wzbogaca, ale także zmienia, również mentalnościowo i w sensie pojmowania swoich interesów i praw. Chociaż w nazwie rządzącej państwem, praktycznie niepodzielnie, partii nadal utrzymuje się słowo "komunistyczna", ortodoksyjny komunizm, przy całym zachowanym sztafażu, tak naprawdę wyparował i znikł. Po krwawym stłumieniu demonstracji studenckich wiosną 1989 roku wiara w komunizm została rozjechana gąsienicami czołgów. Co w zamian?

 

Globalizacja - na własną korzyść

 

Początkowo, w latach 1989-92, próbowano wrócić do marksistowskiej ortodoksji. Kiedy jednak rozsypał się najpierw blok wschodni, a potem Związek Radziecki, komuniści chińscy - uczący się niegdyś w szkołach hasła, zgodnie z którym "Związek Radziecki dziś, to nasze jutro" - szybko wyciągnęli wnioski. Najpierw wskazali przyczyny rozpadu ZSRR, kładąc nacisk na aspekty gospodarcze, ale też "nadmierną dyktaturę" i "oderwanie się partii od mas", a potem szybko nakreślili program adaptacji do nowych, zmienionych i szybko zmieniających się warunków doby globalizacji. Tej ostatniej nie tylko się nie sprzeciwili, ale wprost przeciwnie - postanowili wykorzystać jej mechanizmy do swych własnych celów. Dzisiaj można więc postawić tezę, że to właśnie globalizacja (quanqiuhua), pozytywnie w Chinach oceniana, przyczyniła się do tamtejszych sukcesów. Chiny, w ślad za przykładem "dalekowschodnich smoków", Singapuru, Hongkongu czy Tajwanu, mają już bowiem rynki i gospodarkę bardziej otwartą niż chwalona wcześniej przez wielu Japonia. Efekt jest m.in. taki, że w okresie reform, a tak naprawdę to po 1992 r., po kolejnych silnych bodźcach na rzecz otwarcia ze strony Deng Xiaopinga, ściągnęły do siebie obce inwestycje (FDI) łącznie rzędu jednego biliona dolarów i mają drugi najbardziej chłonny rynek pod tym względem na globie, po USA.

Początkowo, w połowie lat 90., nadal nadrzędnym celem był szybki wzrost gospodarczy i chęć dalszego otwierania się na świat (globalizacja!), nad czym czuwał dynamiczny i technokratyczny do szpiku kości ówczesny premier Zhu Rongji. Uwieńczeniem tego procesu było przyjęcie Chin do Światowej Organizacji Handlu (WTO) w grudniu 2001 roku. Tak naprawdę, to po raz pierwszy w dziejach Chiny musiały dostosować się do reguł obowiązujących na światowych rynkach i - co ważniejsze - wypracowanych poza nimi. Kraj ten nie zwałby się jednak "Państwem Środka" gdyby równolegle nie postawił na własne, rodzime rozwiązania. Równocześnie w tym samym czasie ówczesny przywódca Jiang Zemin (1989-2002) propagował program "cywilizacji duchowej" (jingsheng wenming), czyli apelował o należyty system wartości i odpowiedni światopogląd. Jaki? Wbrew pozorom, już nie tyle komunistyczny, co chiński. Zamiast do marksizmu, władze postanowiły wrócić do źródeł, w tym przede wszystkim do poręcznego - bo paternalistycznego i hierarchicznego z ducha - konfucjanizmu. Rozpoczęło się promowanie "konfucjańskiej lojalności" (ruzhong), czyli wpajanie obywatelom poszanowania dla władz i państwa, a w tym drugim przypadku - w kontekście właśnie wracających do macierzy Hongkongu (1997) i Macao-Aomen (1999) - zagrano na delikatnej strunie nacjonalizmu, wspominając o "stuletnim poniżeniu" (bai nian guochi) ze strony kolonialistów i wielkich potęg ówczesnego świata, począwszy od podboju Chin w niesławnych "wojnach opiumowych" (1839-42, 1856-60).

 

Spokój na granicach


O ożywionym chińskim nacjonalizmie należy pamiętać - i to z wielu powodów. Po pierwsze, były już jego ostre przejawy: demonstracje antyamerykańskie w latach 1999 (po ataku samolotów NATO na ambasadę ChRL w Belgradzie) i 2001 (po przechwyceniu samolotu szpiegowskiego EP-3), demonstracje antyjapońskie w 2005 roku i wreszcie demonstracje antyzachodnie (głównie wymierzone we Francję) przed Olimpiadą w Pekinie w 2008 roku. Po drugie, przejawy tego nacjonalizmu pojawiają się w kontekście podejścia do Tybetu. A po trzecie - nigdy nie można wykluczyć, czy nie pojawią się też w kontekście ewentualnego zjednoczenia z Tajwanem, pozostającego - obok przywrócenia Państwu Środka statusu mocarstwa, jakim do "wojen opiumowych" były - kolejnym nadrzędnym celem państwa.

Jak te dwa strategiczne cele osiągnąć? Po pierwsze, zachować spokój na granicach, apelował Deng Xiaoping, a kolejni przywódcy idą w jego ślady. Wbrew pozorom, jest to cel łatwiejszy do realizacji niż drugi azymut, czyli utrzymanie równowagi i stabilności wewnętrznej. Albowiem Chiny doby reform nie tylko zmieniły się nie do poznania w sensie fizycznym, czyli zbudowały wieżowce, nowe lotniska i autostrady. Przede wszystkim w kraju doszło do niebywałej polaryzacji i stratyfikacji, wręcz szokującej w zestawieniu z poprzednim egalitaryzmem i autarkią doby Mao Zedonga (1949-1976).

Jiang Zemin, niejako w swoim testamencie, pozostawił teorię "trzech reprezentacji" (san ge daibiao). Mniejsza o zastosowaną terminologię, najważniejsze w tym wszystkim było to, że w lipcu 2001 roku nowym kapitalistom jacy się w ramach reform wyłonili, a także sektorowi prywatnemu, pozwolono na wstępowanie do partii, nadal "komunistycznej". Nie tylko odwrócono kota ogonem, ale raz jeszcze, twórczo, zastosowano głośną maksymę Deng Xiaopinga, "nieważne czy kot jest biały, czy czarny; ważne, żeby łowił myszy".

Niektóre koty są wyjątkowo sprawne, tyle że ich rodowód rodzi podejrzenia. Chiny doby reform, to - jak byśmy to ujęli - największe w świecie uwłaszczenie nomenklatury. Rodzi się "kapitalizm kolesiów" (crony capitalism), a jeden z najznamienitszych ekspertów, wykładający w Stanach Zjednoczonych Yasheng Huang wydaje książkę "Kapitalizm o chińskiej specyfice", odwracając tym samym oficjalne hasło, mówiące o budowie "socjalizmu o chińskiej specyfice". No bo jaki to socjalizm, jeśli tzw. współczynnik Gini, najlepszy wypracowany dotąd miernik społecznego rozwarstwienia, stale rośnie i jest już w Chinach wyższy niż w USA? Miernik ten, sięgający poziomu 0,495 już dawno przekroczył uznawany za "stan krytyczny" poziom 0,4 i w Azji jest wyższy tylko na Filipinach i w Malezji. Jak mówić o państwie sprawiedliwości społecznej gdy poziom życia ludności na wsi i w miastach stale oddalają się od siebie? Owszem, obie te grupy mieszkańców wzbogacają się, ale wielce nierównomiernie. Podczas gdy w połowie lat 90. ubiegłego stulecia mieszkańcy chińskich miast zarabiali przeciętnie 3 855 yuanów, a wsi 1550 yuanów, to w roku 2008 - według premiera Wen Jiabao - dochody te sięgały odpowiednio 15 781 i 4 761 yuanów. Nic dziwnego, że ilość strajków, demonstracji i rozruchów już od wielu lat stale rośnie, ostatnio zbliżając się do sumy 90 tys. rocznie.


Wielkie wyzwania


Powodów społecznego niezadowolenia jest znacznie więcej:

Chiny dramatycznie zanieczyszczają środowisko naturalne, aż siedem z dziesięciu najbardziej zatrutych miast na globie znajduje się na ich terenie, podobnie jak zatrute są - często w 80 proc. i wyżej - największe chińskie rzeki;

rozsypała się sieć świadczeń socjalnych;

rośnie presja bezrobocia tak na wsi, gdzie rynkowe reformy zwolniły miliony zbędnych rąk do pracy, jak i w miastach, w których - jak się oficjalnie ocenia - pojawia się rokrocznie 25 mln chętnych do pracy, podczas gdy zagwarantować nowe miejsca można co najwyżej 10 mln. A przecież obecny kryzys zwolni dodatkowe rezerwy wśród szacowanej na ok. 150 mln rzeszy robotników napływowych ze wsi do miast;

przedmiotem społecznej troski jest, jak mówi popularne powiedzenie, "bieda płynąca z oświaty i bieda płynąca z opieki zdrowotnej", szczególnie dla mieszkańców wsi. W obu tych newralgicznych dziedzinach dokonały się bowiem głębokie procesy prywatyzacyjne;

w dobie wyraźnej próżni ideowej, nie do końca jeszcze wypełnionej odradzającym się konfucjanizmem i nacjonalizmem, "nowa wiara" przybrała groźne imię baijinzhuyi, czyli wszechobecnej i wszechmocnej wiary w mamonę, w siłę - tylko i wyłącznie - pieniądza;

państwa prawa w tradycyjnych Chinach w naszym rozumieniu nie było, tym bardziej nie było go w czasach zawieruchy tzw. lewackiego odchylenia, kojarzonych najbardziej z "wielkim skokiem" (1958-60) i "rewolucją kulturalną" (1966-76). Budowa tego systemu od podstaw, co sami Chińczycy uznają za warunek sukcesu reform, to jeszcze jedno gigantyczne zadanie i wyzwania stojące przed władzami.

 

Te przyczyny jak wyżej, a wymieniłem tylko najważniejsze, spowodowały, że obecne kierownictwo postawiło na dwie, wzajemnie się uzupełniające strategie. Pierwsza to ukuta w 1987 r. w ONZ koncepcja "zrównoważonego rozwoju" (sustainable development). Druga to wspomniana już wyżej koncepcja budowy "harmonijnego społeczeństwa". Z połączenia ich obu wyłonił się własny pomysł kształtowania "pięciu rodzajów równowagi". Zgodnie z nimi "harmonijne społeczeństwo" narodzi się tylko wówczas gdy utrzyma się równowagę w rozwoju:

miast i wsi;

poszczególnych regionów;

gospodarczym i społecznym;

człowieka i natury;

* na scenie wewnętrznej i w kontaktach ze światem.

 

Jeśli dodać do tego głośno ostatnio promowaną koncepcję "zielonego PKB" - czyli zorientowanego na ochronę środowiska naturalnego - oraz filozofię yiren weiben, czyli stawiania w centrum uwagi jednostki ludzkiej, a nie - jak było przez tysiąclecia - zespołu czy większej grupy społecznej i państwa, to wyłania się nam cała paleta wielkich zadań, które muszą pochłonąć jeszcze dziesięciolecia, by je z sukcesem wprowadzić w życie.

Są to razem potężne wyzwania, z którymi tak naprawdę jeszcze nie wiadomo do końca jak sobie poradzić. Ważne - i pozytywne - jest to, że władze dobrze definiują problemy i otwarcie o nich mówią. Jeszcze ważniejsze jest to, że trwa otwarta debata na ten temat. Jedni, jak znany politolog Pan Wei, apelują o jak najszybsze zaprowadzenie w Chinach państwa prawa. Inni, jak trójka autorska Tu Chunyou, Li Zuoqin i Hu Wei, powiadają nawet: "Ze względu na prowadzone prorynkowe reformy gospodarcze, rząd, który poprzednio dominował, był autorytatywny i koncentrował władzę w ramach systemu gospodarczego planowania, powoli zamienia się w gabinet administrujący, usługowy i dzielący się władzą w ramach gospodarki rynkowej".

Praktyka nie w pełni jeszcze potwierdza optymistyczne oceny trzech chińskich autorów. Ani gospodarka w Chinach nie jest jeszcze w pełni rynkowa, ani system prawny nie jest tam jeszcze sprawny i nowoczesny, ani, tym bardziej, rząd nie jest "usługowy". Mamy tam raczej do czynienia ze stopniową budową kapitalizmu państwowego, z dominująca rolą centrum, a Komunistyczna Partia Chin (KPCh) nadal znajduje się poza kontrolą. Najważniejsze jest jednakże to, że nad tym wszystkim stoi nadrzędny, strategiczny cel: do 2049 r. (stulecie ChRL!) Chiny mają być "stosunkowo rozwiniętym, nowoczesnym, samodzielnym państwem". Tyle oficjalna terminologia. Mówiąc po naszemu, rodzi się mocarstwo, a nawet supermocarstwo. Dla Chin to nic nowego, bo kiedyś - jakże długo - taki status miały, jednak dla świata to nowość. Jeszcze długo Chiny będą, bo muszą być, zajęte sobą. To dobra wiadomość dla tych, co poza nimi. Ale równocześnie już dziś warto im się uważnie przyglądać. Jeśli odniosą sukces, zmienią nie tylko siebie, zmienią też cały świat. Już zaczynają to robić.

 

* * * * *

 

Dr hab. Bogdan Góralczyk - politolog, sinolog, dyplomata, publicysta. W latach 2003-2008 ambasador RP w Królestwie Tajlandii, Republice Filipin i Związku Myanmar (d. Birma). Obecnie profesor w Centrum Europejskim Uniwersytetu Warszawskiego. Ostatnio wydał: "Zmierzch i brzask. Notes z Bangkoku" (Toruń, 2009).


Słowa kluczowe

 

lista
tematów
lista
autorów