W przeddzień z niecierpliwością wyczekiwanego przemówienia prezydenta USA Baracka Obamy do świata muzułmańskiego w Kairze, w stosunkach izraelsko-amerykańskich zapanowały rzadko spotykane napięcia, koncentrujące się wokół izraelskiego osadnictwa na okupowanych terytoriach palestyńskich. Nie od dziś wiadomo, że kwestia ta jest jedną z ważniejszych przeszkód w doprowadzeniu do pokoju między Izraelem a Palestyńczykami. Obecna administracja jest jednak wyjątkowo zdeterminowana by nakłonić rząd izraelski do całkowitego wstrzymania osadnictwa, podczas gdy premier Benjamin Netanyahu stanowczo się temu sprzeciwia.
W łonie administracji Obamy panuje jednomyślność – wszyscy czołowi jej przedstawiciele zajmujący się polityką bliskowschodnią wzywają Izrael do zaprzestania działalności osadniczej. Występując na corocznej konferencji American-Israel Public Affairs Committee (AIPAC) 5 maja wiceprezydent Joe Biden powiedział, że Izrael musi „nie budować kolejnych osiedli, zdemontować istniejące przyczółki i pozwolić Palestyńczykom na swobodę przemieszczania się”, dodając że jest to układ typu „pokażcie mi to.” [1] Prezydent Obama na pierwszym spotkaniu z Netanyahu 18 maja oświadczył, że „osiedla muszą być zatrzymane jeśli mamy ruszyć się naprzód” w procesie pokojowym [2]. Najdosadniej jak zawsze wypowiedziała się sekretarz stanu Hillary Clinton: 19 maja powiedziała w wywiadzie dla al-Jazeera, że USA chcą „widzieć zaprzestanie budowy osiedli, dodatków, naturalnego wzrostu – wszelkiego rodzaju działalności osadniczej” [3], a potem powtórzyła te słowa 27 maja na spotkaniu z egipskim ministrem spraw zagranicznych Ahmedem Aboulem Gheitem. Co więcej, pogląd o szkodliwości osadnictwa dla wysiłków pokojowych jest podzielany przez nawet proizraelskich kongresmenów: przewodniczący Podkomitetu Izby Reprezentantów ds. Bliskiego Wschodu i Azji Południowej Gary L. Ackermann 12 lutego przyrównał „marsz osiedli” do terroryzmu jako czynnika w takim samym stopniu oddalającego perspektywę osiągnięcia rozwiązania konfliktu na zasadzie istnienia 2 państw: izraelskiego i palestyńskiego [4]. Podczas spotkań z kongresmenami podczas swojej majowej wizyty Netanyahu wielokrotnie był nagabywany w kwestii osadnictwa.
Tak intensywna presja na rząd izraelski w tej materii bierze się z przekonania, że rzeczywisty proces pokojowy przy udziale świata arabskiego będzie mógł ruszyć z miejsca dopiero jeśli Izrael zaoferuje konkretną koncesję, mogącą przekonać drugą stronę, że jest on faktycznie zdecydowany na zawarcie pokoju i gotów na pewne wyrzeczenia. Osadnictwo jest silnym symbolem niedopuszczalnej dla Arabów ekspansji Izraela na terytoria palestyńskie, która według danych Izraelskiego Centralnego Biura Statystyk rośnie z roku na rok: w 2008 roku populacja osadnicza na Zachodnim Brzegu i we Wschodniej Jerozolimie wyniosła 289,6 tysiąca osób w porównaniu z 276,1 tysiąca rok wcześniej [5]. Przy tym kwestia ta wydaje się najmniej kłopotliwą wśród najbardziej spornych w konflikcie bliskowschodnim, którą tak naprawdę można by było załatwić, czy raczej zawiesić na pewien okres czasu, jedną suwerenną decyzją izraelskiego rządu. W kalkulacjach Białego Domu wstrzymanie osadnictwa pozwoliłoby zmobilizować czołowe państwa arabskie do naprawdę poważnego rozważenia możliwości znormalizowania stosunków z Izraelem, co przewiduje tzw. arabska inicjatywa pokojowa z 2002 roku.
Tymczasem izraelski rząd traktuje osadnictwo jako kwestię do rozstrzygnięcia dopiero w decydującej fazie negocjacji pokojowych i przeciwstawia się presji na całkowite wstrzymanie działalności osadniczej, twierdząc że równałoby się to zamrożeniu „normalnego życia” w obrębie już istniejących społeczności. Izraelscy oficjele posługują się tu pojęciem „naturalnego wzrostu”, zakładającego że istniejące osiedla mogłyby się rozwijać w ograniczony sposób wraz z powiększaniem się zamieszkujących je rodzin. Ponadto władze izraelskie w ogóle odrzucają pogląd jakoby to ich nieugięte stanowisko w kwestii osadnictwa było odpowiedzialne za napięcia w stosunkach z USA. Jak powiedział prasie jeden z izraelskich oficjeli, „rząd Netanyahu działa tak samo jak jego poprzednicy; tym, kto zmienił politykę jest administracja amerykańska; nowa administracja próbuje odejść od porozumień osiągniętych z administracją Busha.” [6] Charakterystyczne dla tamtej administracji było ograniczenie się do werbalnej i raczej łagodnej krytyki izraelskiego osadnictwa przy faktycznym jego tolerowaniu; w liście do ówczesnego premiera Izraela Ariela Szarona z 14 kwietnia 2004 roku Bush faktycznie poparł stanowisko izraelskie, stwierdzając że „w świetle nowych realiów na miejscu, w tym istniejących już dużych centrów populacji izraelskiej” nie można oczekiwać zawarcia układu pokojowego na zasadzie powrotu do granic z rozejmu z 1949 roku [7].
Izrael ma szersze zastrzeżenia co do strategii Obamy wobec konfliktu bliskowschodniego, zakładającej że gesty takie jak wstrzymanie izraelskiego osadnictwa wzmocnią umiarkowane siły palestyńskie, które będą w stanie zaakceptować rozwiązanie pokojowe możliwe do przyjęcia zarówno przez Palestyńczyków jak i przez Izrael. Obecną politykę prezydenta Autonomii Palestyńskiej Mahmuda Abbasa w prasie izraelskiej charakteryzuje się jako „pięć nie”: Abbas mówi, że nie podejmie negocjacji z Netanyahu bez warunków wstępnych, nie uzna Izraela za państwo żydowskie, nie pójdzie na kompromis terytorialny, nie pójdzie na kompromis w kwestii uchodźców, nie zmodyfikuje tzw. arabskiej inicjatywy pokojowej aby stała się bardziej przystępna [8]. Przypomina się też, że dla Abbasa nie do zaakceptowania były propozycje poprzedniego rządu izraelskiego Ehuda Olmerta, który m.in. zaoferował oddanie 97% Zachodniego Brzegu plus rekompensatę terytorialną za pozostałe 3% oraz jako pierwszy izraelski szef rządu zaakceptował prawo palestyńskich uchodźców do powrotu. W izraelskich oczach Abbas jest więc niezbyt wiarygodnym partnerem o dość wątpliwej skłonności do kompromisu.
Ostatnie publiczne komentarze przywódców izraelskich i amerykańskich sugerują, że impas w kwestii osadnictwa jest naprawdę głęboki. Premier Netanyahu powtórzył 1 czerwca, że uważa żądania dotyczące wstrzymania budowy osiedli na Zachodnim Brzegu za „nierozsądne”, bo oznaczające „zamrożenie życia”; izraelski rząd w zamian zaproponował złagodzenie blokady Strefy Gazy aby umożliwić odbudowę tego terytorium po wojnie między Izraelem a Hamasem na przełomie roku 2008 i 2009. Ale tego samego dnia Obama powiedział w wywiadzie dla National Public Radio, że zamrożenie osadnictwa jest koniecznym warunkiem negocjacji pokojowych i dodał, że jako „dobry przyjaciel” Izraela będzie skłonny do ostrzejszej krytyki niż zdarzało się to w przeszłości. Może to potwierdzać doniesienia „The New York Times” jakoby administracja Obamy rozważała zastosowanie pewnych symbolicznych instrumentów nacisku, np. odejście od polityki wetowania rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, którym Izrael się sprzeciwia [9]. Niewykluczone, że tego rodzaju presja będzie nieunikniona aby zmusić rząd Netanyahu do ugięcia się w kwestii osadnictwa. Czy wówczas jednak Obama, który już wywołał pewne zdziwienie omijając Izrael podczas zaczynającej się właśnie pierwszej na Bliski Wschód, będzie rzeczywiście uważany za przyjaciela państwa żydowskiego i czy pozytywnie wpłynie to na szanse zawarcia pokoju na Bliskim Wschodzie?
Zobacz też:
Izrael-USA: Netanyahu i Obama na kursie kolizyjnym (Radek Alf, 5 maja 2009)
Opis konfliktu izraelsko-palestyńskiego na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Izrael,problemy,Konflikt
[2] Obama presses 2-state solution in US-Israel talks, Reuters, 18 maja 2009.
[8] Paradigm shift, The Jerusalem Post, 31 maja 2009.