7 czerwca wyborcy w maleńkim Libanie pójdą do urn. Z pozoru rezultat tych wyborów parlamentarnych mógłby wydawać się niemal nieistotny. Ale w osobliwym bliskowschodnim laboratorium którym jest Liban wynik głosowania będzie stanowił barometryczny odczyt całego regionu. W końcowym rozrachunku wybory te mogą mieć ostatecznie poważne reperkusje sięgające poza bizantyńską mechanikę libańskiej polityki.
Niektórzy mogliby uznać te wybory za nieznaczące, ponieważ dwie główne frakcje w libańskiej polityce w zasadzie zgodziły się przyznać sobie wzajemnie prawo weta w ważnych decyzjach. Rezultat zbliżającego się głosowania nie zmieni tego. Porozumienie, osiągnięte w Doha w Katarze w zeszłym roku, wyciągnęło Bejrut z politycznego paraliżu gdy zawzięci rywale niechętnie zgodzili się utworzyć "rząd jedności." Jedność ta, pomiędzy "partnerami" gardzącymi sobą nawzajem, technicznie będzie kontynuowana nawet jeśli wybrany zostanie nowy parlament.
Rywalizacja 7 czerwca toczy się pomiędzy dwoma ruchami "marcowymi." Antysyryjski sojusz 14 Marca obecnie ma małą większość parlamentarną i cieszy się poparciem Stanów Zjednoczonych, Francji, Arabii Saudyjskiej i innych rządów prozachodnich. Rządzącej koalicji przewodzi sunnicki ruch Muzułmanie Przyszłości, skupiony wokół Saada Haririego, syna zamordowanego byłego premiera Rafika Haririego. Masowe demonstracje zwolenników 14 Marca przyczyniły się do wyrzucenia sił syryjskich z Libanu w następstwie morderstwa na Haririm w 2005 roku, w którym na czele listy podejrzanych byli agenci kontrolowani przez Damaszek.
We względnie godnych zaufania sondażach łatwo prowadzi koalicja 8 Marca wokół Hezbollahu. Hezbollah cieszy się mocnym poparciem Syrii i Iranu, jak również żarliwym oddaniem libańskich szyitów.
Gdy głosy większości sunnitów i szyitów są w zasadzie rozdzielone, większość rywalizacji koncentruje się na głosach chrześcijańskich. Oznacza to, między innymi, że przywódca Hezbollahu Hassan Nasrallah stonował swoją zazwyczaj bojową retorykę islamską, sugerując w zamian, że opowiada się za otwartością i różnorodnością w Libanie. Nasrallah cieszy się kluczowym poparciem ważnej postaci chrześcijańskiej, byłego generała Michela Aouna, populistego przywódcy uważanego za dysponującego około połową chrześcijańskich głosów.
Liban może mieć tylko 4 miliony mieszkańców żyjących na zaledwie 10,5 tysiąca kilometrów kwadratowych (nawet małe województwo świętokrzyskie jest większe), ale oczy Bliskiego Wschodu i dużej części świata mocno koncentrują się na wydarzeniach rozgrywających się w tym małym skrawku lądu przylegającym do wschodniej części Morza Śródziemnego.
Zwycięstwo strony Hezbollahu, co jest najbardziej prawdopodobnym rezultatem, stanowiłoby zwycięstwo Iranu i Syrii oraz porażkę Arabii Saudyjskiej, Egiptu i Zachodu. Oznaczałoby też powrót wpływów syryjskich, jeśli nie syryjskich wojsk. W zależności od rozmiarów zwycięstwa, niektórzy sugerują, że Liban mógłby przekształcić się w nową wersję Gazy.
Zagraniczne mocarstwa rzuciły do walki swój wpływ i pieniądze. Niektórzy obserwatorzy sugerują, że mogą to być najbardziej skorumpowane wybory w historii Libanu, jako że zarówno głosy jak i miejsca kandydatów są jawnie kupowane i sprzedawane. Iran hojnie sponsoruje Hezbollah, tak jak to robi normalnie, a saudyjscy oficjele przyznali, że wkład Rijadu sięga setek milionów dolarów. Pieniądze te, chociaż wydawane w Libanie, są wymierzone w Teheran. "Popieramy kandydatów występujących przeciw Hezbollahowi i sprawimy, że Iran poczuje presję", powiedział anonimowy doradca rządu saudyjskiego.
Waszyngton też dał odczuć swoją obecność, bardziej poprzez groźby niż obietnice. Dwa tygodnie temu wiceprezydent Joseph Biden został najwyższym rangą przedstawicielem USA od kilku dekad, który odwiedził Bejrut, zresztą w kilka tygodni po pojawieniu się sekretarz stanu Hillary Clinton. Od 2006 roku USA wydały ponad 400 milionów dolarów na pomoc wojskową i w dziedzinie bezpieczeństwa dla Libanu. Jeśli wygra Hezbollah, dał do zrozumienia Biden, amerykańska szczodrość może dobiec końca.
USA i szereg innych państw uznaje Hezbollah za organizację terrorystyczną. "Określimy kształt naszego programu pomocowego na podstawie składu nowego rządu i polityki jaką będzie głosił", ostrzegł Biden. Wśród postulatów Hezbollahu budzących sprzeciw Waszyngtonu jest częste nawoływanie do zniszczenia Izraela.
W krótkim okresie czasu zwycięstwo wyborcze koalicji Hezbollahu nie zrobi wielkiej różnicy wewnątrz Libanu. Ale może to szybko się zmienić. Duży spadek pomocy i powrót otwartego zaangażowania syryjskiego i irańskiego w sprawy wewnętrzne kraju przyniosłyby wzrost napięcia i ostatecznie mogłyby wpędzić Liban w przemoc. Gdyby Hezbollah znalazł się pod presją, możliwe jest, że odwróciłby uwagę wywołując konfrontację z Izraelem.
Szereg punktów zapalnych mogłoby łatwo dać początek nowej wojnie, wśród nich szczególnie rakiety przeciwlotnicze jakie Hezbollah nabywa od Iranu. Ponieważ izraelskie loty rozpoznawcze regularnie przekraczają libańską przestrzeń powietrzną, okazja do użycia rakiet znalazłaby się bezpośrednio nad głową.
Kolejny potencjalny punkt zapalny może się pojawić jeśli nowe doniesienie na temat zabójstwa Rafika Haririego okaże się prawdą. Niemiecki tygodnik "Der Spiegel" ostatnio opublikował sensacyjny materiał mówiący, że sprawa Haririego ma niebawem przybrać "sensacyjny obrót." "Der Spiegel" twierdzi, że śledczy uznali siły Hezbollahu odpowiedzialnymi za morderstwo ikony antysyryjskiego ruchu w Libanie i ojca obecnego przywódcy ruchu. Co było do przewidzenia, Hezbollah obciążył Izrael winą za niemiecki artykuł. Mimo to, niedawne uwolnienie pięciu powiązanych z Syrią generałów aresztowanych po morderstwie rzuca wątpliwości na siłę oskarżeń przeciw Syrii w śledztwie w sprawie Haririego.
Jeśli trybunał badający sprawę Haririego obarczy winą Hezbollah, ziemia zatrzęsie się w Libanie. To dlatego jednym z pierwszych kroków Hezbollahu po wyborach będzie skoordynowana akcja mająca położyć kres śledztwu w sprawie Haririego. Nawet jeśli to się powiedzie, pokój w Libanie jest daleki od gwarantowanego. Bądź co bądź Liban to tylko miniatura większego, często bardziej wybuchowego Bliskiego Wschodu.
Frida Ghitis jest niezależnym komentatorem spraw światowych i redaktorem World Politics Review. Jej cotygodniowy felieton World Citizen jest publikowany co czwartek.
Copyright World Politics Review
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.worldpoliticsreview.com/article.aspx?id=3830