Krwawe rozruchy w Iranie po zwycięskich dla urzędującego prezydenta Mahmuda Ahmadinejada wyborach zmniejszają szanse na rozpoczęcie rzeczowego dialogu między Iranem a USA, ale mogą też zwiastować zmierzch radykalnego islamu w świecie muzułmańskim.
Kryzys w Iranie po wyborach prezydenckich 12 czerwca, których szybko ogłoszony rezultat na ulicach Teheranu kontestowała irańska opozycja, wprawił Biały Dom w niemałe zakłopotanie. Prezydent USA Barack Obama od samego początku urzędowania liczył na nawiązanie z władzami Iranu dialogu, który mógłby złagodzić wieloletnie napięcia w stosunkach dwustronnych i być może rozwiązać palące kwestie, takie jak kontrowersyjny program nuklearny Iranu czy poparcie Teheranu dla ekstremistycznych grup zbrojnych na Bliskim Wschodzie.
W celu stworzenia warunków do takiego dialogu poczyniono szereg gestów pod adresem Teheranu: 20 marca Obama w przesłaniu wideo do narodu irańskiego z okazji perskiego nowego roku zaproponował budowę "konstruktywnych więzi", opartych na "wzajemnym poszanowaniu"; irańskich przedstawicieli zaproszono na międzynarodową konferencję w sprawie Afganistanu, która odbyła się w Hadze 31 marca; 8 kwietnia Departament Stanu ogłosił, że od teraz będzie regularnym uczestnikiem negocjacji nuklearnych z Iranem prowadzonych przez 5 innych mocarstw (Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Chiny, Rosja), w których poprzednia administracja George'a W. Busha wzięła udział tylko raz, w lipcu 2008 roku.
Ze strony Iranu płynęły niespecjalnie zachęcające sygnały, np. 18 kwietnia doszło do skazania dziennikarki Roxany Saberi na 8 lat więzienia za rzekome szpiegostwo na rzecz USA (zwolniono ją kilka tygodni później), a 25 kwietnia najwyższy przywódca irański ajatollah Ali Chamenei wysunął podejrzenie, że to USA stały za serią zamachów na irańskich pielgrzymów w Iraku. Mimo to administracja Obamy kontynuowała politykę gestów dobrej woli: 2 czerwca Departament Stanu ogłosił, że ambasady USA będą mogły zaprosić irańskich dyplomatów na uroczystości Dnia Niepodległości USA 4 lipca, co od razu nazwano w prasie "dyplomacją hot-dogową." 24 czerwca "The Washington Times" doniósł, że między 4 a 10 maja amerykańska administracja wysłała do Chameneiego list wzywający do poprawy wzajemnych stosunków i kreślący perspektywę współpracy w sprawach bilateralnych i regionalnych [1].
W pierwszych dniach powyborczych protestów w Iranie wydawało się nawet, że stanowią one sposobność do dodatkowego zademonstrowania przez Biały Dom dobrej woli wobec władz irańskich. To Europejczycy w ostrych słowach krytykowali sposób przeprowadzenia wyborów, natomiast USA zachowywały powściągliwość, pragnąć uniknąc dania pretekstu do napiętnowania irańskich demonstrantów jako amerykańskich marionetek, co w rezultacie stanowiło dość zaskakujące odwrócenie ról w porównaniu z czasami Busha. Podczas gdy prezydent Francji Nicolas Sarkozy 16 czerwca określił irańskie rozruchy "tragedią" i stwierdził, że "rozmiary oszustwa są proporcjonalne do gwałtownej reakcji" [2], Obama tego samego dnia wyraził tylko "głębokie zaniepokojenie", jednocześnie podkreślając, że biorąc pod uwagę historię stosunków irańsko-amerykańskich "nie jest produktywne" gdy istnieje wrażenie mieszania się w sprawy drugiej strony [3]. Innymi słowy, teraz to Europa grała rolę "złego gliniarza", a USA "dobrego gliniarza", co wydawało się zresztą sensowne, biorąc pod uwagę większą ilość instrumentów wywierania presji po stronie europejskiej, utrzymującej więzi dyplomatyczne i gospodarcze z Iranem [4].
Zachowawczość administracji Obamy musiała jednak ustąpić ostrzejszemu stanowisku po tym jak liczba ofiar śmiertelnych w Iranie zaczęła rosnąć, a oburzenie na świecie wywołało zamieszczone w internecie wideo zastrzelonej 20 czerwca 26-letniej Nedy Aghy-Soltan, która stała się symbolem brutalnego dławienia irańskiego ruchu prodemokratycznego. 23 czerwca w pierwszych słowach swojej konferencji prasowej Obama zasygnalizował bardziej stanowczą postawę, potępiając "nieusprawiedliwione działania" władz irańskich i mówiąc, że jest nimi "zszokowany i oburzony." [5] To z kolei zmobilizowało irańskiego prezydenta Mahmuda Ahmadinejada, który dwa dni później stwierdził, że podczas gdy Iran nie oczekiwał niczego od Brytyjczyków i reszty Europejczyków, "których przeszłość jest znana wszystkim i którzy nie mają godności", to zastanawiające jest "dlaczego Obama, który przyszedł ze sloganem zmiany, wpadł w tę pułapkę, tę samą drogę, którą obrał Bush"; Ahmadinejad dodał, że utrzymanie tego tonu spowoduje, że "nie będzie o czym rozmawiać" i wezwał Obamę do powstrzymania się od "mieszania się w sprawy Iranu" i do wystosowania przeprosin [6].
Wymiana komentarzy między oboma przywódcami zaczęła przybierać coraz bardziej uszczypliwy charakter. Obama stwierdził 26 czerwca, że "nie traktuje poważnie oświadczeń Ahmadinejada o przeprosinach" i dodał, że irański prezydent powinien "troskliwie pomyśleć o zobowiązaniach jakie jest winien swojemu narodowi", w szczególności o losie rodzin tych, których pobito, zastrzelono lub zatrzymano, mówiąc przy tym o "dzielności w obliczu brutalności." [7] Następnie 27 czerwca Ahmadinejad uznał słowa Obamy za "obraźliwe" i zapowiedział, że za jego drugiej kadencji irański rząd zajmie bardziej stanowcze stanowisko wobec prezentujących taką postawę przywódców Zachodu, grożąc nawet wytoczeniem międzynarodowych procesów [8].
Z każdym dniem pogarszająca się atmosfera w stosunkach irańsko-amerykańskich sprawia, że perspektywa dialogu staje się coraz bardziej mglista; zresztą apetyt na dialog po stronie amerykańskiej wydaje się słabnąć, na co wskazuje wycofanie się 24 czerwca z "dyplomacji hot-dogowej." Natomiast być może Zachód może liczyć na poważne korzyści irańskich rozruchów powyborczych w szerszej skali regionalnej. Jak dowodzi neokonserwatywny amerykański badacz Joshua Muravchik [9], krwawe zajścia w Iranie mogą stać się gwoździem do trumny dla radykalnego islamu, który przecież stanowi dla Zachodu największy powód do obaw w świecie muzułmańskim. Czerpiący inspirację z republiki islamskiej w Iranie islamiści wywołali szok i zaniepokojenie międzynarodowe, gdy osiągnęli poważne sukcesy wyborcze w Egipcie w 2005 roku i w Autonomii Palestyńskiej w 2006 roku. Od tej pory jednak znaleźli się w defensywie: we wrześniu 2007 roku wbrew oczekiwaniom nie wygrali wyborów parlamentarnych w Maroku, w listopadzie 2007 roku ponieśli wielką porażkę w wyborach parlamentarnych w Jordanii, a w lutym 2008 roku zostali zmarginalizowani w wyborach do zgromadzenia narodowego i zgromadzeń prowincjonalnych w Pakistanie, tracąc nawet władzę w szczególnie ważnej Północno-Zachodniej Prowincji Granicznej, stanowiącej obszar aktywności Talibów i innych ekstremistycznych grup zbrojnych.
Trend odwrotu od radykalnego islamu jest kontynuowany w roku obecnym: partie islamskie zanotowały regres w wyborach parlamentarnych w kwietniu w Indonezji i w maju w Kuwejcie, a 7 czerwca w Libanie niespodziewanie zwycięstwa nie odniósł Hezbollah, lecz prozachodnia koalicja 14 Marca. Po tym jak polała się krew w Iranie, stanowiącym w zasadzie jedyny przykład względnie skutecznych rządów islamistów, atrakcyjność i pozycja radykalnego islamu powinny ulec dalszej erozji, tym bardziej, że inne państwa z niedawną historią rządów islamskich radykałów (Afganistan za Talibów, Strefa Gazy za Hamasu) to raczej marna promocja tych idei, a najbardziej ekstremistyczne grupy skutecznie zrażają do siebie barbarzyństwem stosowanych środków, jak ostatnio stało się to w Pakistanie. W tym sensie wydarzenia w Iranie, choć utrudniają dialog bilateralny i grożą nawet przyspieszeniem programu nuklearnego przez osłabione i potrzebujące sukcesu władze irańskie, mogą stworzyć jeszcze bardziej podatny grunt dla pojednania między Ameryką a światem muzułmańskim, tak intensywnie promowanego przez Obamę od początku jego prezydentury.
Opis stosunków Iran-USA na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Iran,stosunki_dwustronne,USA
[2] Sarkozy denounces Iran vote 'fraud', AFP, 16 czerwca 2009.
[4] U.S., Europe Try Good-Cop, Bad-Cop Approach, Jay Solomon, John W. Miller, Stephen Fiddler, The Wall Street Journal, 19 czerwca 2009.
[6] Iran opposition leader says he won't give up fight, Associated Press, 25 czerwca 2009.