Ambicje prezydenta USA Baracka Obamy by doprowadzić do rozwiązania konfliktu izraelsko-arabskiego znajdują się w coraz większych tarapatach. Pragnąc stworzyć warunki do wznowienia rzeczywistego procesu pokojowego, Obama chciałby by wszystkie strony bliskowschodniego konfliktu podjęły określone, niezbyt wymagające wydawałoby się kroki, ale postulaty te spotykają się z kategorycznym odrzuceniem każącym powątpiewać czy w najbliższych miesiącach na froncie bliskowschodnim będzie można w ogóle zanotować jakiekolwiek postępy.
Pierwszy i zasadniczy problem dotyczy stosunków z Izraelem, które w pierwszych miesiącach urzędowania Obamy zdominowała kwestia osadnictwa izraelskiego na terytoriach okupowanych: Obama żąda całkowitego zamrożenia osadnictwa, najwyraźniej uważając, że musi pryncypialnie podejść do tej oburzającej dla Palestyńczyków i Arabów kwestii, aby wykazać, że prawicowy rząd izraelski Benjamina Netanyahu może być poważnym partnerem w ewentualnych negocjacjach pokojowych. Rząd w Jerozolimie żądania te odrzuca, twierdząc że powinna istnieć możliwość rozrostu istniejących osiedli w związku z naturalnym wzrostem ich populacji i przytaczając szereg argumentów na poparcie tej tezy, m.in. rzekomą zgodę poprzedniej administracji George'a W. Busha na kontynuację osadnictwa w takim zakresie, czemu z kolei zaprzecza obecna administracja [1]. Doniesienia prasowe sugerują, że bliski jest kompromis, zgodnie z którym zamrożenie osadnictwa miałoby charakter czasowy bądź niepełny, ale z drugiej strony trudno oprzeć się wrażeniu, że konfrontacja izraelsko-amerykańska wokół osadnictwa przeradza się w test siły woli między oboma przywódcami, podobnie jak było to w 1991 roku między prezydentem Georgem Bushem a premierem Icchakiem Szamirem [2].
Obama zapewne sądzi, że ustąpienie Izraelowi w tej kwestii poważnie nadszarpnęłoby wiarygodnością USA w świecie muzułmańskim po dobrze przyjętym czerwcowym przemówieniu w Kairze i w konsekwencji utrudniłoby odgrywanie roli bezstronnego mediatora. Znaczna część społeczeństwa izraelskiego wydaje się tymczasem dochodzić do przekonania, że Obama zwyczajnie uwziął się na Izrael, żądając koncesji, za które Izrael być może nie uzyska nic w zamian. Obama już wydusił od Netanyahu w połowie czerwca poparcie koncepcji istnienia dwóch państw, izraelskiego i palestyńskiego, obok siebie, ale sprzeciwia się określeniu Izraela państwem narodu żydowskiego jak chciałby Netanyahu - a tymczasem według badania Israeli Democracy Institute aż 53% Żydów zamieszkujących Izrael popiera zachęcanie arabskich mieszkańców do emigracji z Izraela [3]. Według sondażu opublikowanego 19 czerwca przez "Jerusalem Post" tylko 6% izraelskich Żydów uważa politykę Obamy za proizraelską, podczas gdy jeszcze przed pierwszym spotkaniem Obama-Netanyahu 18 maja opinię taką wyrażało 31% [4]. Rząd Netanyahu może więc czuć, że stawianie oporu żądaniom Obamy ma pełną aprobatę społeczną i ostatnio zaognił sytuację pozwalając siłom bezpieczeństwa na eksmitowanie 2 sierpnia z arabskiej dzielnicy wschodniej Jerozolimy dwóch palestyńskich rodzin zamieszkujących tam od lat 50-tych; na ich miejsce wprowadzili się żydowscy nacjonaliści [5]. Te i inne prowokacyjne posunięcia we wschodniej Jerozolimie, której aneksji przez Izrael w 1967 roku nie uznało żadne państwo, są interpretowane przez Palestyńczyków jako próba dokonania takich zmian demograficznych by praktycznie uniemożliwić podważenie izraelskiej suwerenności w toku negocjacji pokojowych [6]. Równolegle nieustannie rośnie populacja żydowskich osadników na Zachodnim Brzegu - według danych izraelskich sił zbrojnych od stycznia do końca czerwca 2009 roku zwiększyła się o 2,3% i po raz pierwszy przekroczyła 300 tysięcy osób [7].
Chociaż uwaga międzynarodowa skupiła się na próbach wymuszenia ustępstw od rządu Netanyahu, administracja Obamy apeluje także o pewne kroki ze strony świata arabskiego - i również notuje niepowodzenia. Waszyngton chciałby uzyskać od umiarkowanych państw arabskich posunięcia służące budowie zaufania w ich relacjach z Izraelem, np. prawo przelotu dla izraelskich samolotów pasażerskich czy otworzenie izraelskich biur handlowych. Nadzieje te spaliły na panewce gdy minister spraw zagranicznych Arabii Saudyjskiej Saud al-Faisal powiedział 31 lipca na wspólnej konferencji prasowej z sekretarz stanu USA Hillary Clinton, że proponowane przez Waszyngton kroki nie przyniosą pokoju i że potrzebne jest "całościowe podejście, które określi końcowe uregulowanie" konfliktu bliskowschodniego [8]. W identycznym tonie 3 sierpnia wypowiedział się po spotkaniu z Clinton w Waszyngtonie minister spraw zagranicznych Jordanii Nasser Judeh [9]. Państwa arabskie odbijają więc piłeczkę, domagając się od Obamy wyegzekwowania od Izraela tego, co nieomal wszystkim obiecał, czyli zamrożenia osadnictwa, a jednocześnie przypominają, że mają własną całościową propozycję uregulowania konfliktu, tzw. arabską inicjatywę pokojową oferującą Izraelowi uznanie i normalizację stosunków w zamian za wycofanie się z terytoriów zagarniętych w 1967 roku, w tym wschodniej Jerozolimy, utworzenie państwa palestyńskiego i sprawiedliwe rozwiązanie problemu uchodźców palestyńskich.
Przeszkodą dla amerykańskich wysiłków pokojowych jest też podział Autonomii Palestyńskiej - w sytuacji gdy Strefa Gazy znajduje się w rękach radykalnego Hamasu, proces pokojowy musiałby ograniczać się do Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu i polegać na nadziei, że Hamas nie będzie torpedował postępów procesu, np. poprzez nasilenie ataków rakietowych terytorium izraelskiego, które były jedną z podstawowych przyczyn operacji "Cast Lead" na przełomie 2008 i 2009 roku. Ale rządzący na Zachodnim Brzegu "umiarkowany" Fatah, który właśnie teraz organizuje po raz pierwszy od 20 lat kongres mający określić dalszy kierunek ewolucji ruchu, według doniesień w nowym programie politycznym zachowuje opcję walki zbrojnej w przypadku fiaska rozmów pokojowych, a także nie zmienia postanowień karty założycielskiej, która tak jak w przypadku Hamasu wzywa do zniszczenia Izraela [10]. Prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas już wcześniej podkreślił, że o rozmowach nie może być mowy dopóki trwa izraelska działalność osadnicza.
W obliczu tych wielorakich trudności można oczekiwać, że gdy na ścieżce izraelsko-palestyńskiej dojdzie do impasu administracja Obamy skoncentruje się na ścieżce izraelsko-syryjskiej. Biały Dom widzi możliwość wyciągnięcia Syrii z orbity wpływów irańskich i zaoferował ostatnio szereg pojednawczych gestów: w czerwcu postanowił o powrocie amerykańskiego ambasadora do Damaszku, a pod koniec lipca specjalny wysłannik na Bliski Wschód George Mitchell powiedział syryjskiemu prezydentowi Baszarowi Assadowi, że administracja Obamy zamierza złagodzić kilkuletnie sankcje wobec Syrii, m.in. dotyczące ograniczeń w eksporcie części zamiennych do samolotów i wyposażenia telekomunikacyjnego [11]. Reżim Assada wydaje się jednak całkowicie usatysfakcjonowany awansami Waszyngtonu, a sam nie sygnalizuje możliwości zmiany stanowiska pod kątem oczekiwań izraelskich i amerykańskich, np. rozluźnienia sojuszu z Iranem czy zmniejszenia poparcia dla Hamasu i równie radykalnego libańskiego Hezbollahu. 1 sierpnia Assad podkreślił swoje sztywne stanowisko co do spornych Wzgórz Golan, mówiąc że "zwrot wszystkich okupowanych [przez Izrael] ziem (...) jest nie do negocjacji" [12], ale rząd Netanyahu nie zamierza na to przystać tylko po to by uzyskać traktat pokoju - Damaszek musiałby zgodzić się na zerwanie z wyżej wymienionymi siłami radykalnymi, a przecież to właśnie związki z nimi są dla Syrii praktycznie jedyną możliwością wywierania wpływu na sprawy regionalne.
W trakcie pierwszych 6 miesięcy urzędowania administracja Obamy wykazała dużą aktywność w poszukiwaniu możliwości reaktywacji procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie, ale efektem jest jak na razie podejrzliwość Izraelczyków, pasywność prozachodnich państw arabskich i wyczekująca postawa Syrii. Jeśli starania administracji mają mieć szanse powodzenia, w kolejnych 6 miesiącach równie ważne będą determinacja, kreatywność i przekonująca kampania public relations, która ma rozpocząć się w mediach izraelskich i arabskich w nadchodzących tygodniach. <br><br>
Opis stosunków Izrael-USA na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Izrael,stosunki_dwustronne,USA
Opis konfliktu izraelsko-palestyńskiego na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Izrael,problemy,Konflikt
[8] Saudi Arabia rejects US pleas on Israel, Reuters, 31 lipca 2009.
[9] Jordan rejects US call to improve ties with Israel, The Associated Press, 3 sierpnia 2009.
[10] Fatah congress to keep "armed struggle" option, Reuters, 3 sierpnia 2009.
[11] US woos Damascus by easing export ban, Jay Solomon, Wall Street Journal, 28 lipca 2009.