Afganistan-USA: Obama przed najważniejszą decyzją prezydentury
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Chronologia Książki
Afganistan-USA: Obama przed najważniejszą decyzją prezydentury
Radek Alf stosunkimiedzynarodowe.info 2009-10-08 23:15:38

Gdy wojna w Afganistanie z udziałem sił amerykańskich i sojuszniczych wkracza w 9. rok przy być może gorszych perspektywach niż kiedykolwiek w ostatnich latach, prezydent USA Barack Obama musi wkrótce podjąć trudną, ale niezwykle ważną decyzję określającą, jak dalej ma wyglądać amerykańskie zaangażowanie w Afganistanie. Debata wewnątrz administracji Obamy jest bardzo żywa i dotyczy 2 głównych, przeciwstawnych propozycji. Każda z nich ma swoich wpływowych rzeczników, ale i każda niesie ze sobą ryzyko poważnych negatywnych konsekwencji.

Głównodowodzący sił amerykańskich i międzynarodowych w Afganistanie, generał Stanley McChrystal niedawno sporządził utajnioną ocenę sytuacji w Afganistanie z podobną do doświadczeń z Iraku propozycją przyjęcia nowej strategii kontrpartyzanckiej (nazywanej COIN od counterinsurgency) koncentrującej się na oczyszczeniu z rebeliantów i zabezpieczeniu skupisk populacji cywilnej celem zjednania sobie ludności i stworzenia warunków dla sprawnego funkcjonowania afgańskich władz na obszarach dziś egzystujących w próżni zagospodarowywanej przez wroga. Raport McChrystala za sprawą słynnego dziennikarza Boba Woodwarda z "Washington Post" przedostał się do opinii publicznej [1], toteż wiadomo, że generał stawia sprawę jasno: jeśli w krótkim okresie czasu (12 miesięcy) nie nastąpi przejęcie inicjatywy istnieje ryzyko "rezultatu, w którym pokonanie partyzantki już nie będzie możliwe." McChrystal twierdzi, że potrzebuje dodatkowych 20-40 tysięcy żołnierzy jeśli kampania w Afganistanie ma zakończyć się powodzeniem. Uważa się, że jego propozycje mają posłuch u sekretarz stanu Hillary Clinton i specjalnego wysłannika prezydenta na Afganistan i Pakistan Richarda Holbrooke'a. Także sekretarz obrony Robert Gates, którego głos może być tu bardzo wpływowy, wydaje się skłaniać w tę stronę - 5 października stwierdził, że obecna inicjatywa strategiczna Talibów wynika z "naszej niezdolności i szczerze mówiąc, niezdolności naszych sojuszników, [do wprowadzenia] wystarczającej ilości wojsk do Afganistanu." [2]

Całkowicie odmienne podejście proponuje obóz, którego najbardziej prominentnymi przedstawicielami są wiceprezydent Joe Biden i czołowi politycy Demokratów John Kerry i Nancy Pelosi. Według nich cele kampanii w Afganistanie, a więc ostateczne rozbicie al-Qaidy i uniemożliwienie jej przeprowadzenia kolejnego ataku terrorystycznego na terytorium USA, mogą być osiągnięte przy znacznie skromniejszym kontyngencie militarnym w Afganistanie i poleganiu w dużym stopniu na bezzałogowych samolotach szpiegowskich dokonujących ataków rakietowych oraz działaniach sił specjalnych na pograniczu afgańsko-pakistańskim. U podłoża tych propozycji leży przekonanie, że al-Qaida jest w istocie dużo słabsza niż bywało to w przeszłości i może być poskromiona chirurgicznymi atakami, podczas gdy dużo groźniejsi obecnie Talibowie nie mają ambicji wykraczających poza region "AfPak" i nie zezwoliliby na powrót al-Qaidy do Afganistanu, mając w pamięci że to jej obecność kosztowała ich utratę władzy w 2001 roku. Uważa się więc, że Afganistan jest teraz wojną o skutkach wyłącznie lokalnych, a zatem głębokie militarne zaangażowanie w nią jest niepotrzebne, a nawet bezsensowne, biorąc pod uwagę, że Afgańczycy najpewniej potraktują liczne siły zagraniczne jako najeźdźców, których trzeba przegonić, co czynili już niejednokrotnie w przeszłości. W tym obozie znajdować się ma doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Jim Jones i, co może okazać się istotne, szef kancelarii prezydenta Rahm Emanuel, wytrawny polityk dobrze znający nastroje w Partii Demokratycznej.

Niektórzy w administracji Obamy wierzą, że skuteczność kampanii częstotliwych ataków rakietowych przeprowadzanych przez bezzałogowce Predator i Reaper, zatwierdzonej jeszcze latem 2008 roku przez poprzedniego prezydenta USA George'a W. Busha jest już wystarczająco duża by uniemożliwić al-Qaidzie odrodzenie się. Jak podaje "The New York Times" z 6 października, amerykańskie władze twierdzą, że od lipca 2008 roku spośród 20 najbardziej poszukiwanych liderów al-Qaidy bądź sprzymierzonych z nią grup zbrojnych 11 zostało zabitych lub schwytanych [3]. Ciągła presja na al-Qaidę miała też spowodować, że w Afganistanie pozostało już mniej niż 100 jej członków, a wielu obcokrajowców walczących u jej boku w Pakistanie zdecydowało się udać do innych państw takich jak Somalia czy Jemen. Czy rzeczywiście jednak al-Qaida znajduje się aż w takich tarapatach -- pozostaje pod znakiem zapytania. W końcu naprawdę duże ryby, czyli liderzy al-Qaidy Osama bin Laden i Ayman al-Zawahiri, a także lider Talibów Muhammad Omar, wciąż są nieuchwytni. Tymczasem ostatnio amerykańskie władze udaremniły spisek, który według prokuratora generalnego Erica Holdera "był jednym z najpoważniejszych zagrożeń terrorystycznych dla naszego kraju po 11 września 2001 roku" [4] - 19 września aresztowano 24-letniego afgańskiego imigranta Najibullaha Zaziego, który miał być szkolony w obozie al-Qaidy w Pakistanie w 2008 roku celem przygotowania do zamachów bombowych na terytorium amerykańskim. Sugeruje to, że organizacja bin Ladena stale planuje ataki w Ameryce.

Kluczowe jest w tym kontekście pytanie, czy Talibowie, gdyby zdobyli władzę, rzeczywiście uniemożliwiliby al-Qaidzie ponowną działalność w Afganistanie? W oświadczeniu, które ukazało się w internecie 7 października Talibowie zapewniają, że nie mają zamiaru wyrządzać krzywdy żadnym innym państwom i walczą jedynie o zakończenie okupacji Afganistanu [5], ale niektórzy nie dają wiary takim deklaracjom, argumentując że ideologia Talibów jest teraz nawet bardziej antyzachodnia niż w latach 90-tych, a więzi przywództwa Talibów i al-Qaidy jeszcze bliższe [6]. Nawet Obama powiedział 17 sierpnia, że "jeśli nie zostanie powstrzymana, partyzantka Talibów będzie oznaczać jeszcze większe miejsce schronienia, z którego al-Qaida będzie spiskować jak zabić kolejnych Amerykanów"... [7]

Interesującą cechą debaty na temat strategii w Afganistanie, obrazującą w istocie jej intensywność, jest to, że tarcia wewnętrzne często znajdują ujście na zewnątrz. Wydaje się, że Biały Dom jest rozjuszony publicznymi wypowiedziami generała McChrystala, zwłaszcza przemówieniem 1 października w Międzynarodowym Instytucie Studiów Strategicznych w Londynie, kiedy powiedział on, że skupienie uwagi wyłącznie na al-Qaidzie to plan stworzenia "Chaosistanu", w ramach którego "pozwalamy Afganistanowi stać się podobną do Somalii przystanią chaosu, którą po prostu kontrolujemy z zewnątrz" - podejście błędne biorąc pod uwagę, że "utrata stabilności w Afganistanie niesie wielkie ryzyko, że transnarodowi terroryści tacy jak al-Qaida będą ponownie działać z obszaru Afganistanu." [8] Najwyraźniej upominając McChrystala, sekretarz obrony Gates powiedział 5 października, że "jest imperatywne by wszyscy z nas biorący udział w tych deliberacjach, zarówno cywile jak i wojskowi, dawali prezydentowi swoje najlepsze rady szczerze, lecz prywatnie." [9] Dzień wcześniej Jones stwierdził w wywiadzie dla CNN, że "jest lepiej gdy porady wojskowe przychodzą poprzez łańcuch dowodzenia." [10]

Nawet sam Obama postanowił zdyscyplinować McChrystala, wzywając go 2 października do Kopenhagi (amerykański prezydent lobbował tam nieskutecznie za przyznaniem Chicago praw do organizacji Igrzysk Olimpijskich w 2016 roku) i rozmawiając z nim przez 25 minut na kopenhaskim lotnisku na pokładzie Air Force One. Nie oznacza to, że propozycje McChrystala zostały już wyrzucone do kosza - najprawdopodobniej Obama chciał jedynie dobitnie zademonstrować, że wdawanie się wojskowych w politykę nie będzie tolerowane, a cywilna kontrola nad armią amerykańską jest w niczym nienaruszona. Ale faktem pozostaje, jak zauważył jeden z komentatorów "Washington Post", że Obama "został wybrany nie po to, by eskalować wojnę, lecz by ją zakończyć; zmiana i nadzieja jaką obiecał nie zawierały obszernej nowej kampanii w celu transformacji Afganistanu." [11] Toteż zasugerowana przez McChrystala liczba 40 tysięcy dodatkowych żołnierzy w Afganistanie musiała zaszokować wielu członków administracji.

Ogłaszając 27 marca generalne założenia swojej nowej strategii wobec Afganistanu i Pakistanu Obama powiedział, że "moim największym obowiązkiem jest ochrona amerykańskiego narodu" i w związku z tym "jesteśmy w Afganistanie by stawić czoła wspólnemu wrogowi zagrażającemu Stanom Zjednoczonym, naszym przyjaciołom i naszym sojusznikom." [12] To wyklucza trzecią z możliwych opcji, czyli całkowitego wycofania się z obszaru konfliktu. Jednocześnie jednak Obama nakreślił wówczas zawężony cel kampanii afgańskiej: "rozbicie, zdemontowanie i pokonanie al-Qaidy w Pakistanie i Afganistanie i zapobieżenie ich powrotowi do któregokolwiek z tych państw w przyszłości", z którym trudno byłoby pogodzić decyzję o wysłaniu do Afganistanu wielu tysięcy amerykańskich żołnierzy, zwłaszcza jeśli Biały Dom faktycznie sądzi, że al-Qaida nie jest już aż tak groźna jak dawniej.

Wiele wskazuje na to, że Obama zmierza w kierunku pewnej formy "drogi pośredniej." Na spotkaniu z czołowymi kongresmenami 6 października wykluczył możliwość znaczącej redukcji wojsk amerykańskich w Afganistanie i przejścia do misji ściśle kontrterrorystycznej [13], do czego nawołuje obóz Bidena, ale jednocześnie w porannej wizycie w Narodowym Centrum Kontrterrorystycznym podkreślił jak duże zyski przyniosły ostatnio wychwalane przez Bidena ataki rakietowe i działania sił specjalnych, powodując "utratę zdolności operacyjnych, (...) legitymacji i wiarygodności" przez al-Qaidę [14]. Bardzo prawdopodobne jest, że Obama wybierze rozwiązanie częściowo tylko zadowalające oba obozy: postanowi jednak zwiększyć liczebność wojsk w Afganistanie, ale nie tak dramatycznie jak chciałby ambitny McChrystal, a zarazem zarządzi dalsze nasilenie operacji czysto kontrterrorystycznych. Cokolwiek by Obama nie zdecydował, dalsza strategia na pewno będzie wymagała ścisłej współpracy z kompetentnymi władzami afgańskimi - i tutaj może być największy problem, jako że po najwyraźniej sfałszowanych wyborach prezydenckich z 20 sierpnia [15] rząd Hamida Karzai, już wcześniej nie wzbudzający zachwytu w Waszyngtonie, wywołuje tylko podejrzliwość wielu Afgańczyków, a jego pozycja jest bardzo chwiejna.

 

Opis konfliktu w Afganistanie na naszej stronie:

http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Afganistan,problemy,Konflikt


[1] McChrystal: more forces or 'mission failure', Bob Woodward, Washington Post, 21 września 2009,

http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2009/09/20/AR2009092002920.html

[2] Gates blames past lack of troops for Taliban edge, Reuters, 5 października 2009.

[3] Surgical strikes shape Afghanistan debate, Peter Baker, The New York Times, 6 października 2009,

http://www.nytimes.com/2009/10/06/world/asia/06prexy.html

[4] Disrupted US bomb plot was seen as serious threat, Reuters, 6 października 2009.

[5] Taliban say they're no threat to other countries, Associated Press, 7 października 2009.

[9] War advisers must be candid but discreet - Gates, Reuters, 5 października 2009.

[11] No rush to escalate, E.J. Dionne Jr., Washington Post, 5 października 2009,

http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2009/10/04/AR2009100401743.html?hpid=opinionsbox1

[13] Obama rules out large reduction in Afghan force, Peter Baker i Jeff Zeleny, The New York Times, 7 października 2009,

http://www.nytimes.com/2009/10/07/world/asia/07prexy.html

[14] Obama talks up counterterrorism efforts, Peter Baker, The New York Times, 6 października 2009,

http://thecaucus.blogs.nytimes.com/2009/10/06/obama-talks-up-counterterrorism-efforts/?hp

[15] UN data show discrepancies in Afghan vote, Colum Lynch i Joshua Partlow, Washington Post, 7 października 2009,

http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2009/10/06/AR2009100603816.html



Słowa kluczowe
USA

 

lista
tematów
lista
autorów