Decyzja UE o przedłużeniu zawieszenia zakazu wizowego dla czołowych oficjeli z Białorusi jest mądrą w kontekście bezładnej i często wewnętrznie sprzecznej polityki wobec Mińska w ciągu ostatnich lat.
Ministrowie spraw zagranicznych Unii Europejskiej na spotkaniu w Brukseli 7 listopada postanowili przedłużyć zawieszenie przez UE zakazu wizowego dla czołowych białoruskich oficjeli, a nie znieść go całkowicie; to rozróżnienie jest istotne (jeśli nawet wprawia w zakłopotanie).
W październiku 2008 roku UE zawiesiła zakaz wizowy wprowadzony po tym jak białoruski prezydent Aleksander Łukaszenko znalazł się w ogniu krytyki za domniemane sfałszowanie swojej reelekcji w 2006 roku. Miano nadzieję, że nowe podejście, faworyzujące dialog ponad konfrontację, mogłoby pobudzić Łukaszenkę do zdemontowania części jego autorytarnego reżimu i rozluźnienia kontroli nad działalnością polityczną opozycji, mediami i organizacjami społeczeństwa obywatelskiego. Niedawna decyzja po prostu przedłuża to zawieszenie, ale białoruski rząd aspirował do czegoś bardziej znaczącego: by środek ten został całkowicie usunięty, wraz z innymi restrykcjami wciąż pozostającymi w mocy (w tym zamrożeniem rządowych aktywów w UE).
Tymczasem Bruksela wysłała czytelny sygnał, że nie kupuje ostatniej metamorfozy Łukaszenki z prorosyjskiego, dyktatorskiego pariasa w rzekomo najlepszą nadzieję Białorusi na skierowanie kraju ku Zachodowi i ku modernizacji. Oficjele unijni widocznie rozumieją, że Łukaszenkę najbardziej motywowało poszukiwanie nowych taktyk utrzymania się przy władzy, a także czysta konieczność gospodarcza. Z gospodarką na skraju implozji, białoruski rząd nie miał wyboru jak tylko zaakceptować ostatnio pomoc zachodnich instytucji finansowych, w tym pożyczkę Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF) w wysokości 2,5 miliarda dolarów.
Ministrowie spraw zagranicznych UE zdołali też wyjrzeć poza pozytywny wpływ nowego podejścia prezydenta na białoruską opinię publiczną, co zostało wiernie odzwierciedlone przez państwową machinę propagandową (skąd większość Białorusinów wciąż czerpie wiadomości). A zmiana ta jest dramatyczna: według sondaży przeprowadzonych przez IISEPS, niezależną agencję badawczą teraz bazującą za granicą, w Wilnie, po raz pierwszy tej jesieni więcej ludzi popierało integrację z UE niż z Rosją (42.7 procent do 38.3 procent we wrześniu 2009 roku w porównaniu z 28.6 procent do 52.9 procent we wrześniu 2005 roku).
Na nowo odnaleziona przez szefa państwa miłość do Europy nie przełożyła się jednak na większe poszanowanie dla wezwań UE do wprowadzania reform. Owszem, "administracyjne" zatrzymania - typowa forma traktowania wrogów reżimu - dramatycznie spadły, a niektóre niezależne gazety zostały dopuszczone z powrotem do oficjalnego systemu dystrybucji. W tym roku policja powstrzymała się od rozbijania niektórych ważnych narodowych spotkań niezależnych organizacji i ugrupowań politycznych.
Ale liberalizacja polityczna jest niespójna i bardzo ograniczona, bez strukturalnych zmian systemów wyborczych i prawnych, takich jak usunięcie artykułów ograniczających działalność organizacji pozarządowych (NGOs). Aktywiści może i są teraz rzadziej zatrzymywani, ale są regularnie karani finansowo. Tylko 2 z 13 niezależnych gazet rzeczywiście pozwolono na powrót.
Prawdopodobnie najlepszy dowód braku postępu pochodzi od koalicji przeszło 50 białoruskich i międzynarodowych organizacji społeczeństwa obywatelskiego, która dostarcza najbardziej szczegółowego monitoringu fałszywych początków procesu demokratyzacji na Białorusi. Jej najnowszy raport, dotyczący wydarzeń do października, był szczególnie obciążający: "Władze zrobiły niewiele postępu w kierunku spełnienia oczekiwań UE co do rzeczywistych reform ani nie przedsięwzięły całościowych starań by spełnić standardy międzynarodowe... Społeczeństwo obywatelskie na Białorusi uważa "liberalizację" za kosmetyczne zmiany i retorykę, a nie konkretne reformy."
Europejscy oficjele muszą być szczęśliwi, że nie są już regularnie wyśmiewani i potępiani przez państwowe media białoruskie. Ale powinno się ich pochwalić za wyjrzenie poza tę fasadę i dostrzeżenie, że nowa, prozachodnia mowa nie zmieniła wiele na miejscu.
Jeremy Druker jest dyrektorem wykonawczym, redaktorem naczelnym i jednym z założycieli Transitions Online.
Copyright International Relations and Security Network
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.isn.ethz.ch/isn/Current-Affairs/Security-Watch/Detail/?ots591=4888CAA0-B3DB-1461-98B9-E20E7B9C13D4&lng=en&id=109777