Bliski Wschód: mediacja jako trzecia droga do globalnej mocarstwowości
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Chronologia Książki
Bliski Wschód: mediacja jako trzecia droga do globalnej mocarstwowości
Frida Ghitis World Politics Review 2009-12-13 23:37:39

W toku historii najbardziej klarownym i dosadnym wyrazem potęgi międzynarodowej była projekcja siły militarnej. Przez lata inne formy potęgi zyskały na znaczeniu - koncepcja "miękkiej potęgi" (soft power), tj. zdolności do pokojowego nakłaniania i zachęcania innych państw do przychylania się do woli danego kraju, ostatnio zyskała wagę jako alternatywna wobec tradycyjnej "twardej potęgi" (hard power). Ale dla państw nie mających luksusu wielkich budżetów wojskowych przyczyniających się do twardej potęgi albo ogromnych atutów kulturalnych i ekonomicznych podpierających miękką potęgę, pojawiła się trzecia droga do globalnego wpływu. Nazwijmy ją "muskułami mediatora."

Muskuły mediatora odnoszą się do sposobu, w jaki państwa, które mogą nie posiadać druzgocącej siły militarnej czy innych środków stosowania siły poza swoimi granicami, mogą mimo wszystko stać się wpływowymi graczami na globalnej scenie poprzez mediację w konfliktach międzynarodowych. Mediatorzy, zwłaszcza ci skuteczni, mogą zyskać ogromny prestiż w społeczności międzynarodowej. Umacniają też swoją potęgę, gdy ich zdolność do wpływania na rezultat negocjacji skłania innych graczy do traktowania ich z większym poważaniem i próbowania zdobycia ich względów.

Nie jest więc zaskoczeniem, że wyścig o miano negocjatora wielkich konfliktów międzynarodowych, szczególnie na Bliskim Wschodzie, przekształcił się w intensywną rywalizację w licznej stawce. Lista państw oferujących pełnienie roli mediatora w różnych konfliktach tego regionu obejmuje teraz Brazylię, Turcję, Francję i Rosję, oprócz tradycyjnych graczy takich jak Unia Europejska, USA, ONZ i inni. Wygranie tej rywalizacji nie jest łatwym zadaniem. Aby zostać mediatorem, kandydat - czy to państwo, jednostka, czy organizacja - musi przekonać strony konfliktu do zgodzenia się co najmniej co do jednego: że można mu zaufać jako pośrednikowi. To może okazać się raczej trudne, jako że starania o zdobycie zaufania jednej ze stron mogą podważyć zaufanie drugiej.

Weźmy pod uwagę Turcję, państwo które już służyło jako pośrednik w sporze między Syrią a Izraelem. Turcja od dawna uważa się za pomost między Wschodem a Zachodem. Będąc państwem o większości muzułmańskiej z jedną nogą w geograficznej Europie i z pełnoprawnym krzesłem przy stole NATO, posiada wiele przewag nad innymi potencjalnymi pośrednikami. Za premiera Tayyipa Erdogana Turcja pracuje nad umocnieniem swojej roli międzynarodowej, podnosząc swój status w świecie muzułmańskim przy ciągłym ubieganiu się o pełne członkostwo w Unii Europejskiej. Erdogan ostatnio zaoferował rolę mediatora między Iranem a społecznością międzynarodową w jednym z najgłośniejszych sporów w dzisiejszym świecie, impasie wokół irańskiego wzbogacania uranu. Ankara powtórzyła też swoje pragnienie wznowienia roli mediatora między Syrią a Izraelem.

Niestety dla Turcji, starania o poprawę jej pozycji w świecie muzułmańskim podważyły jej wiarygodność na Zachodzie. Gesty przyjaźni pod adresem irańskiego reżimu mogą pogrzebać szanse Turcji na zostanie oficjalnym mediatorem między Iranem a jego krytykami. Z drugiej strony wciąż jest duża szansa, że Turcja utrzyma swój status ważnego gracza między Izraelem a Syrią, choć także to bynajmniej nie jest jeszcze zagwarantowane.

Głównym konkurentem Turcji na froncie syryjsko-izraelskim jest Francja. Nie po raz pierwszy prezydent Nicolas Sarkozy dąży do zwiększenia swojej własnej pozycji i pozycji jego kraju odgrywając ponadwymiarową rolę w rozwiązywaniu sporów. Kiedy latem 2008 roku wybuchła wojna między Rosją a Gruzją, hiperkinetyczny Francuz popędził w region konfliktu zanim inni mieli szansę objąć przewodnictwo. Sarkozy przewodził też staraniom o ponowne nawiązanie kontaktów z syryjskim prezydentem Baszarem Assadem po tym jak administracja Busha dążyła do izolacji jego reżimu.

W listopadzie Sarkozy spotkał się z Netanyahu jednego dnia, a z Assadem następnego. Potem zaoferował mediację między Damaszkiem a Jerozolimą, co sprowadzało się do próby odepchnięcia Ankary na bok. Erdogan okazał niezadowolenie wobec francuskiej oferty. Ale Izrael już nie był bardzo zainteresowany turecką mediacją, gdyż stosunki między oboma państwami pogorszyły się pod naporem ostrej tureckiej krytyki Izraela. Mimo to, powiedział Erdogan, Francja nie mogłaby zastępić Turcji, ponieważ Damaszek nie pozwoliłby Paryżowi na mediację.

Rywalizacja między Francją a Turcją toczy się dalej. Gdy perspektywy wznowienia negocjacji poprawiają się, Netanyahu wyraził preferencję dla francuskiej mediacji. Ale Turcja i Izrael próbują też załągodzić swoje rozbieżności. Turcja i Erdogan wiedzą że potrzebują dobrych stosunków z Izraelem jeśli chcą zyskać potęgę i prestiż, którą przyniosłoby mediowanie w negocjacjach prowadzących do traktatu pokojowego stron trzecich na Bliskim Wschodzie. Pierwszy taki traktat, między Egiptem a Izraelem, dał prezydentowi USA Jimmy'emu Carterowi Pokojową Nagrodę Nobla, wraz z wielkim wzrostem pozycji międzynarodowej i wpływów po kiepsko ocenianej prezydenturze. Drugi traktat, między Jordanią a Izraelem, został w zasadzie wypracowany przez dwie główne strony, ale umocnił rolę USA i prezydenta Billa Clintona jako mediatorów pokojowych.

Prezydent Brazylii Luiz Inacio Lula da Silva ostatnio zasugerował, że jego kraj mógłby służyć za potencjalnego negocjatora pokoju. Tak jak Turcja, Brazylia uważa się za pomost między Północą a Południem. Lula, lewicowy polityk który okazał się biegły w działaniach w obrębie systemu wolnorynkowego, zdobył szacunek na wszystkich szerokościach globu. Teraz chce spróbować swoich sił na Bliskim Wschodzie. Na przestrzeni kilku tygodni w zeszłym miesiącu gościł prezydentów Iranu, Izraela i Autonomii Palestyńskiej.

Rosja również próbuje zapewnić sobie miejsce przy stole negocjacyjnym, proponując zorganizowanie dużej bliskowschodniej konferencji pokojowej w Moskwie. Co dziwne, ONZ stała się w zasadzie nieistotną w procesie bliskowschodnim. Globalna organizacja, która w teorii powinna służyć jako bezstronne forum dla rozmów pokojowych, jest zamiast tego postrzegana przez Izrael za beznadziejnie stronniczą. Mimo to ONZ jest jednym z 4 członków bliskowschodniego kwartetu pokojowego, razem z USA, Rosją i UE.

UE od dawna próbuje stać się ważnym graczem, ale jej wysiłki całkowicie zawodzą. Ostatnie starania Szwecji, by ministrowie spraw zagranicznych UE oficjalnie wezwali do tego, by Wschodnia Jerozolima stała się częścią przyszłego państwa palestyńskiego rozzłościła Izrael i musiała zostać stonowana. Waszyngton wyraził swój pogląd na sprawę, mówiąc że kwestia Jerozolimy powinna zostać rozstrzygnięta przez strony konfliktu, a nie przez outsiderów. Raz jeszcze Europa poniosła porażkę w dążeniu do odgrywania ważnej roli, ale z pewnością spróbuje ponownie.

Na dzień dzisiejszy jedynym państwem będącym na pozycji odgrywania kluczowej roli mediatora pozostają Stany Zjednoczone. Ale napotkają one konkurencję. Bądź co bądź, negocjacje mogą przynieść pokaźne korzyści z pokoju stronom sporu, ale też niosą ze sobą kuszącą nagrodę dla państwa trzeciego w procesie pokojowym. Państwo, które wynegocjuje układ rozwinie swoje "muskuły mediatora", czyli sposób na wycięcie dla siebie drogi do globalnej mocarstwowości.

 

Frida Ghitis jest niezależnym komentatorem spraw światowych i redaktorem World Politics Review. Jej cotygodniowy felieton World Citizen jest publikowany co czwartek.


Copyright World Politics Review.

Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:

http://www.worldpoliticsreview.com/article.aspx?id=4788

 

Opis konfliktu bliskowschodniego na naszej stronie:

http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Izrael,problemy,Konflikt



Słowa kluczowe

 

lista
tematów
lista
autorów