USA szybko i zdecydowanie ruszyły na pomoc Haiti, nawiedzonemu 12 stycznia przez katastrofalne trzęsienie ziemi, które według niektórych szacunków mogło zabić nawet 200 tysięcy osób. Prezydent Barack Obama już rankiem 14 stycznia ogłosił natychmiastowe przeznaczenie 100 milionów dolarów na działania pomocowe i zapowiedział dużo większe wsparcie w długoterminowej odbudowie karaibskiego państwa po tej "niewyobrażalnej tragedii." [1] Na terytorium Haiti wkrótce pojawiły się amerykańskie wojska, przejmując odpowiedzialność za utrzymywanie porządku i bezpieczeństwa, kontrolując porty i lotniska i starając się stworzyć warunki dla możliwie niezakłóconego przebiegu międzynarodowej akcji niesienia pomocy ofiarom katastrofy. 19 stycznia amerykańscy żołnierze zaznaczyli swoją obecność na Haiti w wyjątkowo spektakularnym stylu, gdy śmigłowce Black Hawk 82. Jednostki Powietrzno-Desantowej wylądowały na terenie zniszczonego pałacu prezydenckiego w stolicy Port-au-Prince, wysadzając żołnierzy, którzy następnie zajęli pozycje w różnych częściach stolicy [2]. Całkowita ilość amerykańskiego personelu wojskowego na terytorium Haiti w ciągu kilku dni przekroczyła 10 tysięcy; równocześnie 19 stycznia Rada Bezpieczeństwa ONZ postanowiła o zwiększeniu liczebności misji pokojowej MINUSTAH o 3,5 tysiąca żołnierzy i policjantów do 12,6 tysiąca.
Przemówienie Obamy z 14 stycznia było z pewnością jednym z bardziej emocjonalnych momentów jego prezydentury, co nie dziwi jeśli zważy się, że tak fatalnej w skutkach katastrofy naturalnej w Zachodniej Hemisferze nie było od wielu dekad, ale jednocześnie dość łatwo dostrzec można, że Waszyngton uważa haitańską katastrofę za sposobność do zademonstrowania unikalnego moralnego charakteru polityki zagranicznej USA. W artykule opublikowanym w "Newsweeku" 15 stycznia [3] Obama stwierdził, że "działamy przez wzgląd na tysiące amerykańskich obywateli, którzy są na Haiti i dla ich rodzin pozostających w domach; przez wzgląd na Haitańczyków, którzy zostali dotknięci tragiczną historią (...); z powodu bliskich więzi, które mamy z sąsiadem leżącym jedynie kilkaset mil na południe." Jednocześnie Obama podkreślił, że "przede wszystkim działamy z bardzo prostego powodu: w czasach tragedii Stany Zjednoczone Ameryki wychodzą naprzód i pomagają - tacy właśnie jesteśmy, to właśnie robimy. Od dekad przywództwo Ameryki opiera się na fakcie, że nie używamy naszej potęgi do ujarzmiania innych, używamy jej by ich podnieść", podając przykłady amerykańskiej pomocy dla państw pokonanych w II Wojnie Światowej, ludności Berlina odciętego radziecką blokadą i narodów zamieszkujących Bośnię i Kosowo.
Tego rodzaju charakterystyka polityki USA byłaby z pewnością trudna do obrony w państwach takich jak Irak czy Somalia, które niedawno stały się obszarami niepożądanych i niosących wiele negatywnych konsekwencji interwencji amerykańskich. Ale bardzo pouczająca jest również historia zaangażowania USA w sprawy Haiti, także naznaczona licznymi przejawami amerykańskiej ingerencji. W latach 1915-34 Haiti, którego chroniczna niestabilność zagrażała amerykańskim interesom gospodarczym, znajdowało się pod amerykańską okupacją wojskową, wywołującą liczne bunty i zniesioną dopiero gdy prezydentem został Franklin Delano Roosevelt, rzecznik polityki dobrego sąsiedztwa. Później brutalna i krwawa dyktatura Duvalierów (1957-86) [4] miała poparcie Waszyngtonu, dbającego o to, by w najbliższym sąsiedztwie Ameryki nie doszło do powstania reżimów podobnych do kubańskiego. We wrześniu 1994 roku prezydent Bill Clinton, działając z upoważnienia Rady Bezpieczeństwa ONZ (rezolucja nr 940 z 31 lipca), groźbą interwencji zbrojnej wymusił na haitańskiej juncie zrzeczenie się władzy i przekazanie jej odsuniętemu w 1991 roku prezydentowi Jeanowi-Bertrandowi Aristide; wojska amerykańskie w dużej ilości pozostawały na Haiti do 1996 roku. Gdy jednak rządy Aristide doprowadziły do poważnego kryzysu politycznego, a nawet wybuchu rebelii, w lutym 2004 roku administracja George'a W. Busha wymusiła na nim opuszczenie Haiti i udanie się na wygnanie do Afryki.
Taki historyczny rys polityki wobec Haiti w połączeniu z obecną pierwszoplanową rolą wojsk amerykańskich nieuchronnie budzą kontrowersje. "[Na Haiti przybywają] marines uzbrojeni jakby szli na wojnę (...) oni skrycie okupują Haiti", powiedział 17 stycznia prezydent Wenezueli Hugo Chavez [5]; o okupacji pod przykrywką likwidacji szkód spowodowanych katastrofą naturalną mówił też prezydent Boliwii Evo Morales [6]. Krytyka nie ograniczała się jednak wyłącznie do latynoamerykańskiej lewicy, zawsze chętnej do piętnowania Amerykanów: 18 stycznia francuski minister współpracy międzynarodowej Alain Joyandet skrytykował sposób zarządzania przez Amerykanów przeciążonym lotniskiem w Port-au-Prince gdy zawrócono francuski lot z pomocą humanitarną i zasugerował, że ma to charakter okupacyjny [7], co skłoniło biuro prezydenta Francji do natychmiastowego wydania oświadczenia chwalącego USA za koordynację działań centrów kryzysowych i "nadzwyczajną mobilizację" dla Haiti [8]. 24 stycznia szef włoskiej służby ochrony cywilnej Guido Bertolaso, który skutecznie kierował akcją ratunkową po trzęsieniu ziemi w regionie Abruzzo w środkowych Włoszech w kwietniu ubiegłego roku, potępił Amerykanów za "pomylenie interwencji militarnej z pomocą w sytuacji krytycznej" i złą koordynację działań z organizacjami niosącymi pomoc [9]; tak jak w przypadku francuskiego ministra, i tu włoski rząd natychmiast postanowił odciąć się od tej wypowiedzi. Także organizacje pozarządowe, np. Doktorzy bez Granic (MSF) kierowały pod adresem USA słowa krytyki, twierdząc że zezwolenia na lądowanie w Port-au-Prince są wydawane w sposób niezrozumiały - podczas gdy część lotów z pomocą humanitarną odsyłano z powrotem, w Port-au-Prince mógł np. wylądować prywatny samolot gubernatora stanu Pensylwania mający zabrać haitańskie sieroty do USA [10].
Jak bardzo by nie krytykować poczynań amerykańskich na Haiti, faktem pozostaje, że to USA są jedynym państwem zdolnym do szybkiej reakcji w tego rodzaju sytuacji kryzysowej wymagającej wysłania znacznej ilości wojsk, których przybycie zresztą według większości doniesień zostało przyjęte z zadowoleniem przez rozpaczliwie poszukujących pomocy Haitańczyków [11]. Nie ma więc żadnego ryzyka, że znaczna część miejscowej ludności wystąpi przeciw obcym wojskom, przekształcając amerykańską misję pokojowo-humanitarną w podobne bagno jak było to w przypadku Somalii w latach 1993-94. W tym przypadku niebezpieczeństwo jest dokładnie odwrotne - że przeciążona kampaniami w Iraku i Afganistanie armia amerykańska opuści Haiti zanim odpowiedzialność za bezpieczeństwo faktycznie będą mogły przejąć ONZ-owskie siły MINUSTAH i haitańskie siły bezpieczeństwa. Pozwolenie na to, by na Haiti zapanował chaos byłoby tym bardziej niewybaczalne, że obecny rząd kierowany przez prezydenta Rene Prevala, który w kwietniu ubiegłego roku uzyskał na konferencji w Waszyngtonie obietnice międzynarodowej pomocy rozwojowej w wysokości 353 milionów dolarów [12], w opinii wielu obserwatorów jest najbardziej kompetentnym i uczciwym w najnowszej historii tego nękanego rozlicznymi tragediami kraju [13].
[5] Chavez says US occupying Haiti in name of aid, Reuters, 17 stycznia 2010.
[6] Morales deplores US 'occupation' of Haiti, Associated Press, 20 stycznia 2010.
[7] French minister criticizes US aid role in Haiti, Reuters, 18 stycznia 2010.
[8] France plays down reported rift with US over Haiti, Reuters, 19 stycznia 2010.
[9] Italy weighs into spat over US Haiti effort, Guy Dinmore, Financiel Times, 25 stycznia 2009.
|