Jako kandydat Barack Obama obiecał wycofać wojska z Iraku, "dokończyć walkę przeciw al-Qaidzie i Talibom", zamknąć Gitmo i przełamać impas z Iranem. Ale jako prezydent Obama uczy się, że prowadzenie polityki zagranicznej USA jest dużo trudniejsze niż tylko jej krytykowanie. W konsekwencji w centralnej obecnie kwestii polityki zagranicznej i bezpieczeństwa narodowego - globalnej walce przeciw islamskim terrorystom oraz ich patronom i partnerom - między Obamą a byłym prezydentem Georgem W. Bushem jest dużo więcej wspólnego niż spodziewali się zwolennicy Obamy i mniej zmian niż obawiali się jego przeciwnicy.
Z pewnością tą ujawniającą się ciągłość przyćmiewa retoryka Obamy, usiana odniesieniami do "błędnych polityk poprzedniej administracji." Są też realne rozbieżności w innych obszarach polityki zagranicznej, w tym stosunkach z Rosją, obronie przeciwrakietowej i Izraelu-Palestynie. Ale w walce przeciw islamskim terrorystom działania mówią więcej niż słowa.
Rozważmy politykę administracji Obamy w Jemenie i teatrze afgańsko-pakistańskim. Obama nigdy tego nie przyzna, ale na tych 2 frontach realizuje kluczowy element doktryny Busha - mianowicie, że USA będą atakować miejsca, w których terroryści znajdują schronienie i wspierać wszelkie rządy, które są zbyt słabe by samemu prowadzić walkę.
Zatem USA uderzają w terrorystów w Jemenie - Obama nakazał ataki rakietowe przeciw obozom al-Qaidy, zezwolił na udostępnianie obrazów satelitarnych i innych informacji wywiadowczych i poszerzył amerykańsko-jemeńską współpracę wojskową - zarazem przesyłając coraz to większą pomoc na wzmocnienie osaczonego rządu tego kraju. Dowódca CENTCOM generał David Petraeus podaje, że kontrterrorystyczne fundusze dla Jemenu zwiększą się ponad dwukrotnie w 2010 roku, do około 150 milionów dolarów.
W teatrze afgańsko-pakistańskim kontrowersyjna acz skuteczna "wojna dronów" Obamy faktycznie zaczęła się za Busha. W dodatku przedstawiciele administracji Busha - w tym wiceprezydent Dick Cheney - mówią, że plan dla Afganistanu i Pakistanu ogłoszony przez administrację Obamy na początku 2009 roku był w większości opracowany w ostatnich miesiącach administracji Busha i wręczony zespołowi Obamy ds. bezpieczeństwa narodowego. "Nowa strategia jaką przyjęli w marcu, z uwagą skupioną na kontrpartyzantce i wzroście liczebności wojsk nosi uderzające podobieństwo do strategii jaką im przekazaliśmy", zauważył Cheney. Transfer ten nie został zepsuty w dużej części dlatego, że Obama zatrudnił bushowskiego sekretarza obrony Roberta Gatesa, który pomógł zaplanować zrewidowaną misję dla Afganistanu i Pakistanu i zrealizował udaną strategię "przypływu" w Iraku.
Prowadzi to do kolejnego powodu dla ciągłości między Bushem a Obamą w kwestii bezpieczeństwa narodowego: Amerykanie mogą zmieniać prezydentów w środku wojny, ale rzadko porzucają cele tej wojny, a nawet środki osiągania tych celów. Powojenna historia Ameryki potwierdza tę prostą prawdę. Dwight Eisenhower może i nie szermował słowami "doktryna Trumana", ale podążał ogólnym kierunkiem wytyczonym przez Harry'ego Trumana, tak jak robili kolejni prezydenci dla równowagi w Zimnej Wojnie. Richard Nixon kontynuował wojnę Lyndona Johnsona w Wietnamie przez 4 długie lata. Rozbudowa armii przez Reagana faktycznie zaczęła się podczas prezydentury Jimmy'ego Cartera. Starszy George Bush był ganiony za nierobienie niczego w Bośni przez Billa Clintona, który następnie nie robił nic w Bośni przez niemal 3 lata.
Podobnie Clinton w ślad za 100-godzinną wojną starszego Busha przeciw Saddamowi Husajnowi prowadził "wojnę o niskiej intensywności" przeciw Husajnowi, która trwała przez 8 lat. Młodszy Bush usunął reżim Saddama i zaczął proces instalowania wolnego rządu w Iraku. A teraz Obama, który kiedyś proponował plan rozpoczęcia wycofywania wojsk amerykańskich z Iraku "nie później niż 1 maja 2007 roku" kontynuuje ten sam proces.
Faktycznie to przekształcona strategia kontrpartyzancka w Iraku administracji Busha przyniosła bardziej stabilne środowisko bezpieczeństwa i pozwoliła Bushowi rozpocząć wycofywanie wojsk obiecywane przez Obamę. Należy mieć nadzieję, że Obama oprze się pokusie przyspieszenia wycofywania zanim rząd i siły bezpieczeństwa Iraku będą na to gotowe.
Jeśli w Iraku Obama zeskakuje z miejsca, w którym Bush w końcu wylądował, w Iranie Obama teraz wylądował tam, gdzie Bush utknął: sfrustrowany nieprzejednaniem Iranu, niejasną grą Rosji i Chin oraz bezwładem ONZ. Pomimo inicjatyw Obamy Iran pozostał oporny. Jak opisał to prezydent Francji Nicolas Sarkozy kiedy na światło dzienne we wrześniu 2009 roku wyszły dowody na istnienie tajnego irańskiego zakładu produkcji paliwa jądrowego, "od 2005 roku Iran pogwałcił 5 rezolucji Rady Bezpieczeństwa... Ofertę dialogu wysunięto w 2005 roku, ofertę dialogu wysunięto w 2006 roku, ofertę dialogu wysunięto w 2007 roku, ofertę dialogu wysunięto w 2008 roku i kolejną wysunięto w 2009 roku... Co społeczność międzynarodowa zyskała na tych ofertach dialogu? Nic. Więcej wzbogaconego uranu, więcej wirówek."
Do pewnego stopnia ciągłość została narzucona administracji Obamy przez zachowanie nie tylko Iranu, ale też Korei Północnej, która przetestowała rakiety i bombę atomową podczas pierwszego roku urzędowania Obamy, dokładnie tak jak zrobiła to podczas administracji Busha.
I na koniec, krytycy Gitmo - na czele z Obamą - rozmaicie określali ten obóz przetrzymywania: jako skazę na Ameryce, czarne znamię, nowotwór. Sam Bush chciał zamknąć Gitmo, ale nie mógł znaleźć na to takiego sposobu, który zapewniłby bezpieczeństwo Amerykanów i kontynuację aresztu tych, którzy są zdeklarowani Amerykanów zabijać.
Obama jasno wyrażał swoje stanowisko podczas całej kampanii i zapisał je w historii 22 stycznia 2009 roku, zaledwie po 2 dniach funkcjonowania jego administracji, kiedy wydał dyrektywę prezydencką o zamknięciu Gitmo "nie później niż w rok od daty tego zarządzenia." Oczywiście ten ostateczny termin Obamy przeminął. Innymi słowy, nawet ta zmiana polityki podkreśla ciągłość między Bushem a Obamą, chociaż w niezamierzony sposób.
Niektórzy mówią, że Obama obsuwa się z pozycji moralnej wyższości z każdym dniem kiedy Gitmo pozostaje otwarte. Przeciwnie, co się tyczy Gitmo i innych kwestii Obama poznaje, że pozycja wyższości zanika gdy kończy się kampania a zaczyna się rządzenie, stawiając nowego prezydenta na wspólnej płaszczyźnie z jego poprzednikiem.
Alan Dowd to senior fellow w Fraser Institute.
Copyright
World Politics Review Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.worldpoliticsreview.com/article.aspx?id=5359