Bardziej asertywna polityka zagraniczna Chin rzuciła wyzwanie światopoglądowi administracji Obamy. Spodziewajmy się nowej całościowej strategii amerykańskiej.
W jej pierwszym roku administracja Obamy założyła sobie dwutorową politykę zagraniczną. Pierwszy tor - kooperatywne zaangażowanie strategiczne - zmierzał do budowania i utrzymywania kooperatywnych partnerstw z państwami i aktorami niepaństwowymi, którzy działali w ramach (albo mieli nadzieję się przyłączyć do) porządku międzynarodowego. Drugi, wymierzony w aktorów takich jak Talibowie i Korea Północna, którzy dążą do podważenia lub zniszczenia porządku międzynarodowego, składał się z całkiem innego podejścia - wojny, powstrzymywania lub dyplomacji przymuszającej.
Polityka USA wobec Chin miała być centralnym punktem pierwszego podejścia, opierającego się na podstawowym założeniu, że wielkie mocarstwa światowe ostatecznie mają te same zagrożenia i interesy - zwalczanie terroryzmu i pandemii, zapewnienie stabilności gospodarczej i zapobieganie proliferacji nuklearnej. Administracja Obamy miała nadzieję w oparciu o te wspólne interesy włączyć wschodzące mocarstwa, takie jak Chiny i Brazylia, w pełni do porządku międzynarodowego pod przewodnictwem USA.
Zasadniczo administracja aspirowała do stworzenia koncertu mocarstw - geopolityczna rywalizacja miała być odesłana w przeszłość. Jak ujęła to sekretarz stanu Hillary Clinton w lipcu 2009 roku, świat wielobiegunowy byłby światem wielu partnerów, ze Stanami Zjednoczonymi wykorzystującymi swoją wyjątkową rolę na świecie by pomóc wielkim mocarstwom pokonać bariery dla współpracy, tak by mogły one kolektywnie dążyć do realizacji ich wspólnych interesów.
A Chiny miały prominentnie figurować w tych planach: administracja ciężko pracowałaby nad pogłebieniem dialogu strategiczno-ekonomicznego i oferowała Chinom większe wpływy w porządku międzynarodowym. Wysocy przedstawiciele amerykańscy chętnie mówili o znaczeniu Chin i ich środkach wpływu na Stany Zjednoczone i unikali jakichkolwiek działań, które mogłyby zantagonizować Pekin. Na przykład w 2009 roku prezydent nie spotkał się z Dalaj Lamą i zaakceptował ściśle wyreżyserowaną wizytę w Chinach, natomiast jego administracja początkowo uchyliła się od sprzedaży defensywnej broni Tajwanowi i badała możliwość korekt w stosunkach z Indiami.
Ale to co nastąpiło potem było wręcz objawieniem dla większości zespołu ds. polityki zagranicznej Obamy. Zamiast zaakceptować ofertę pełnego partnerstwa Chiny stały się dużo bardziej antagonistyczne i asertywne na arenie światowej. Poszerzyły swoje roszczenia na Morzu Południowochińskim, weszły w poważny spór z Google o wolność internetową, odegrały obstrukcyjną rolę na negocjacjach ws. zmian klimatycznych w Kopenhadze, regularnie i otwarcie krytykowały amerykańskie przywództwo i dążyły w Radzie Bezpieczeństwa ONZ do osłabienia sankcji przeciw programowi nuklearnemu Iranu.
Wysocy przedstawiciele administracji mówili, że wpływowe głosy w Pekinie postrzegały Stany Zjednoczone jako mocarstwo chylące się ku upadkowi i widzieli szansę dla Chin na wykorzystanie tej sytuacji. Tymczasem regionalni sojusznicy i partnerzy Stanów Zjednoczonych wyrażali swoje obawy o ten obrót spraw i wzywali Stany Zjednoczone do przywrócenia ich tradycyjnej roli przywódczej w regionie.
Nawarstwiające się dowody, że Chiny po prostu nie są zainteresowane zostaniem pełnym udziałowcem w liberalnym porządku międzynarodowym pod przewodnictwem USA zmusiły administrację do zareagowania nową polityką w Azji. Oprócz trwającego dalej zaangażowania Chin ten nowy kurs zmierza do pogłębienia więzi USA z innymi partnerami w regionie i w przeciwieństwie do wcześniejszego podejścia nie uchyla się od popierania amerykańskich interesów i wartości - nawet jeśli denerwuje to Pekin.
To nowe podejście było w pełni widoczne w ciągu ostatnich kilku tygodni, gdy Stany Zjednoczone stanęły ramię w ramię z Koreą Południową w obliczu północnokoreańskiej agresji przeprowadzając ćwiczenia wojskowe w regionie w celu zademonstrowania swoich zobowiązań sojuszniczych oraz zaoferowały mediację w sporach na Morzu Południowochińskim, ku dużemu niezadowoleniu Pekinu.
Ale konsekwencje tego zwrotu wykraczają daleko poza politykę wobec Chin. Bardziej niż jakikolwiek inny trend, rosnąca asertywność Chin ujawniła fundamentalny błąd w światopoglądzie administracji Obamy - że chociaż multilateralizm jest potrzebny bardziej niż kiedykolwiek, wschodzące mocarstwa (i to nie tylko Chiny) często będą określać swoje interesy w sposób stojący w konflikcie z interesami amerykańskimi, i że będą wciąż uprawiać tradycyjną geopolityczną rywalizację ze Stanami Zjednoczonymi.
Więc co to oznacza dla amerykańskiej polityki zagranicznej? Stany Zjednoczone prawdopodobnie wkraczają w okres geopolityczny niepodobny do żadnego jaki dotąd im się przytrafił. Amerykanie są przyzwyczajeni do tego, że państwa są przyjaciółmi lub wrogami - z nami lub przeciwko nam (co pasowało do realiów XX wieku niemal doskonale). Ale stosunki z Chinami będą swoistą mieszanką współpracy i rywalizacji, oznaczając że USA będą mieć przed sobą bardziej konkurencyjny świat niż w ciągu minionych 20 lat (chociaż w przeciwieństwie do Zimnej Wojny będzie to rywalizacja w pewnych granicach, pomiędzy współzależnymi mocarstwami i z wielkim potencjałem współpracy).
Taki bezprecedensowy rozwój wydarzeń wywołał też kluczową debatę wewnątrz administracji Obamy na temat tego jak zareagować i jak najlepiej zachować liberalny porządek międzynarodowy stworzony pod koniec II Wojny Światowej. Po jednej stronie są ci, którzy chcą trwać przy kooperatywnym zaangażowaniu strategicznym, tak aby porządek międzynarodowy był określany przez koncert mocarstw, ze Stanami Zjednoczonymi i Chinami w jego centrum. Po drugiej są ci, którzy wierzą, że, nawet gdy będą one ze sobą współpracować, relacje między Stanami Zjednoczonymi a wschodzącymi mocarstwami będą dużo bardziej współzawodniczące i podatne na ograniczoną rywalizację niż relacje między członkami starego porządku zachodniego, co oznacza, że Stany Zjednoczone nie będą miały innego wyboru jak rywalizować ze wschodzącymi mocarstwami o kształtowanie porządku międzynarodowego i zarazem utrzymywać geopolityczną przewagę nad swoimi konkurentami.
Jeśli polityka wobec Chin jest pierwszym probierzem, to pokazuje przechylenie ku współzawodniczącemu zaangażowaniu strategicznemu. Pytanie brzmi teraz, czy to podejście utrzyma się i stopniowo rozprzestrzeni, wpływając na całościową, ogólną strategię prezydenta.
Nie ma gwarancji, że tak będzie - Strategia Bezpieczeństwa Narodowego 2010, wydana w maju, nadal wyrażała stary sposób myślenia. Ale jeśli nowa polityka Ameryki wobec Azji jest oznaką tego, co ma nastąpić, wielki gambit Chin by wykorzystać postrzeganą amerykańską słabość w 2009 roku może przejść do historii jako ich największy błąd w dziedzinie polityki zagranicznej ostatnich lat.
Asertywność Pekinu zdyskredytowała tych Amerykanów, którzy byliby najbardziej skłonni do tego, by iść na kompromis z Chinami. Odtrącenie ich działa teraz jako katalizator bardziej współzawodniczącego - i geopolitycznie zręcznego - multilateralizmu amerykańskiego.
Thomas Wright to dyrektor wykonawczy studiów w The Chicago Council on Global Affairs. Można się z nim skontaktować pod adresem twright@thechicagocouncil.org. Można śledzić go na Twitterze @thomaswright08
Copyright The Diplomat.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://the-diplomat.com/2010/07/28/how-china-gambit-backfired/
Opis stosunków Chiny-USA na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Chiny,stosunki_dwustronne,USA