Peryferyjna rywalizacja o wpływy między Unią Europejską a Rosją w szerokim łuku państw obejmującym Europę Wschodnią, Kaukaz i Azję Środkową zmienia swój kształt.
Stany Zjednoczone wycofują się z przestrzeni poradzieckiej; Unia Europejska ciężko walczy o to, by być tam braną na poważnie. Czy daje to Rosji swobodę umacniania swoich wpływów w państwach wokół jej granic? Niekoniecznie, gdyż sytuacja w regionie jest złożona.
Hillary Clinton odwiedziła południe Kaukazu 4-5 lipca 2010 roku by zapewnić Gruzję, Armenię i Azerbejdżan, że Waszyngton nie opuścił ich w swojej pogoni za "resetowaniem" stosunków z Rosją. Niemniej jednak panujące odczucie w tych państwach jest takie, że USA są dużo mniej zainteresowane i zaangażowane niż było to za prezydentur George'a W. Busha i Billa Clintona. Podobnie wiele państw środkowoazjatyckich czuje, że administracja Baracka Obamy poświęca im mało uwagi, o ile nie mogą służyć za platformy dla samolotów kierujących się do Afganistanu. Członkostwo w NATO Ukrainy i Gruzji nie jest już w planach.
Większość uwagi Ameryki przeniosła się gdzie indziej. Ale Unia Europejska niespecjalnie ma swój przyczółek w tym regionie. Polityka sąsiedztwa UE okazała się raczej nieskuteczna, a "partnerstwo wschodnie" uruchomione w maju 2009 roku jeszcze nie miało czasu zrobić większej różnicy. Ukraina, wciąż bolejąca nad tym, że UE nigdy nie zaoferowała perspektywy członkostwa, wydaje się - po wyborze Wiktora Janukowycza w styczniu-lutym 2010 roku - zwracać się ku Rosji. Mołdawia dla kontrastu wygląda na chętniejszą niż kiedykolwiek do zbliżania się do UE, chociaż niewielu w Brukseli i innych stolicach to zauważa.
Środkowoazjatyckiej strategii UE brakuje politycznego poparcia i spójności. I tam i na Kaukazie UE jest raczej nowym graczem i jej tradycyjne podejście eksportowania norm i wartości jako podstawy dla stosunków dwustronnych nie zostało dobrze przyjęte. Nie pomaga tu fakt, że maszyneria polityki zagranicznej UE jest obecnie w stanie biurokratycznego paraliżu.
Zróżnicowany schemat
Teoretycznie amerykańskie zaniedbanie i europejska słabość mogłyby dać Rosji swobodę konsolidowania tego, co Dmitrij Miedwiediew lubi określać "strefą uprzywilejowanych interesów." Rosja z pewnością próbuje. Ale sukcesy w najlepszym przypadku są nieregularne.
Rosja jest zdecydowanie najludniejszym i najzamożniejszym państwem w regionie, ale niekoniecznie ma środki projekcji siły na "bliską zagranicę." Jej narzędzia wyglądały bardziej onieśmielająco dopóki nie zostały faktycznie użyte. Teraz niektóre z nich okazały się być przytępione (zobacz Fiodor Łukianow, "Russia's Zone of Responsibility", Russia in Global Affairs, 10 lipca 2010).
Użycie przez Rosję siły wojskowej w Gruzji w sierpniu 2008 roku obróciło się przeciwko niej gdy nawet najwierniejsi sojusznicy Moskwy przystąpili do starań o to, by stać się mniej zależnymi od sąsiada, który zaczął wyglądać na niebezpiecznego i apodyktycznego: Białoruś zwróciła się ku Unii Europejskiej, Armenia zaczęła rozmawiać z Turcją i żadne z państw poradzieckich jak dotąd nie poszło w ślady Moskwy i nie uznało niepodległości Abchazji i Osetii Południowej (zobacz: Neal Ascherson, "After the war: recognising reality in Abkhazia and Georgia", 15 sierpnia 2008).
Rosja wielokrotnie stosowała embarga handlowe i inne środki ekonomiczne w celu wywierania presji na swoich sąsiadów, w szczególności tych mniejszych (takich jak Gruzja i Łotwa), gdzie interesy biznesowe Rosji są ograniczone. Ale stosowanie sankcji ekonomicznych niewątpliwie nie przyniosło Rosji tego co chciała w ani jednym przypadku. Przedsiębiorstwa w dotkniętych państwach nasiliły starania o znalezienie alternatywnych rynków i źródeł inwestycji, zmniejszając swoją zależność od Rosji w długim okresie czasu. Strategia Moskwy zdobywania wpływów poprzez bezpośrednie kontrolowanie lokalnych przedsiębiorstw okazała się bardziej skuteczna: w Armenii na przykład różne sektory (takie jak bankowość i transport) są zdominowane przez firmy znajdujące się w rękach rosyjskich. Jak to się przełoży na wpływy polityczne, jeszcze nie wiadomo.
Najbardziej obiecującym narzędziem polityki sąsiedztwa Rosji pozostaje więc energia. Rosja posługuje się planami rurociągów, projektami atomowymi, cenami gazu i dostawami ropy naftowej by dostać to czego chce od państw za swoimi granicami. Ale nawet tutaj wskaźnik sukcesu Rosji jest różny. Na Białorusi i Ukrainie Rosja robi kroki w kierunku swojego celu zdobycia kontroli nad rurociągami tranzytowymi. Ostatni kryzys między Białorusią a Rosją wokół cen gazu i opłat tranzytowych uwypukla tylko brak opcji po stronie Mińska: ogłoszenie przez Aleksandra Łukaszenkę, że zakupi gaz z Wenezueli jest niewiele więcej niż symboliczne. Na Ukrainie Rosji udało się wykorzystać ofertę tańszego gazu do uzyskania przedłużenia dzierżawy Sewastopolu dla swojej Floty Czarnomorskiej. Z powodzeniem też naciskała Kijów by przynajmniej rozważył fuzję części monopoli gazowych obu państw, Gazpromu i Naftogazu, co dałoby Moskwie faktyczną kontrolę nad rurociągami tranzytowymi Ukrainy.
Deficyt uwagi
Sytuacja jest całkiem odmienna na Kaukazie i w Azji Środkowej, gdzie państwa produkujące energię zyskują pole manewru budując bliższe więzi z Chinami, Iranem i Turcją. Turkmenistan otworzył w grudniu 2009 roku duży rurociąg gazowy do Chin i podpisał w czerwcu z Iranem kolejny kontrakt na dostawy gazu. Zaprosił międzynarodowych liderów naftowych do pomocy w budowie wewnętrznego rurociągu, który pewnego dnia będzie mógł dostarczać turkmeński gaz z olbrzymiego pola Jolotan do brzegów Morza Kaspijskiego i stamtąd do Europy; poprzednio obiecał pozwolić Rosji zbudować ten rurociąg i zakupić większość gazu. Azerbejdżan odrzucił rosyjską ofertę zakupu całości gazu z nowego pola Shah Deniz 2, zamiast tego przeznaczając go dla Turcji i nabywców europejskich. Rosyjskie próby zaryglowania dostaw kaspijskiego gazu poprzez udaremnianie projektów budowy rurociągów takich jak Nabucco wyglądają na coraz bardziej desperackie.
Pozorne wycofanie się Stanów Zjednoczonych i nieskuteczność polityki Unii Europejskiej w regionie jak dotąd nie ułatwiły Moskwie zadania (zobacz: "Europe and the Russia-Georgia conflict", 30 września 2008). Rosja, tak jak UE i inni gracze w regionie, musiała się nauczyć, że były Związek Radziecki nie stanowi jednorodnego sąsiedztwa. Są tu pewni siebie, zasobni w gotówkę dostawcy energii tacy jak Azerbejdżan i Kazachstan oraz są tu biedne, podzielone państwa takie jak Mołdawia i Armenia. Rosja może nakłaniać i przymuszać w jednym miejscu, ale musi błagać i przymilać się w innym. Wszystkie państwa w regionie skorzystają z bycia mniej zależnymi od Rosji, pod względem handlu i energii jak również polityki. Waszyngton może i zwraca mniej uwagi na ten region; UE powinna nasilić swoje wysiłki, zarazem biorąc bardziej pod uwagę specyficzne sytuacje poszczególnych państw.
Katinka Barysch jest wicedyrektorem Centre for European Reform.
Artykuł pochodzi ze strony openDemocracy i został opublikowany na licencji Creative Commons.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.opendemocracy.net/katinka-barysch/eastern-europes-great-game
FOTO: Flickr user Antonis SHEN