Precedens IRA czy Hezbollahu w Afganistanie?
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Chronologia Książki
Precedens IRA czy Hezbollahu w Afganistanie?
Nikolas Gvosdev World Politics Review 2010-10-10 22:57:45

W tym tygodniu pojawiły się doniesienia, że shura z Quetty afgańskich Talibów zgodziła się wznowić negocjacje z rządem prezydenta Afganistanu Hamida Karzai w celu osiągnięcia pokojowego uregulowania konfliktu w Afganistanie. Wydarzenie to, podobno będące rezultatem intensywnego lobbingu Arabii Saudyjskiej, rodzi pytanie czy możliwy jest jakiś wykonalny układ o podziale władzy w Afganistanie.

Niektóre dane sondażowe ze zdominowanych przez Pasztunów prowincji w Afganistanie sugerują, że jest poparcie ludności dla osiągnięcia takiego układu. Ale czy Stany Zjednoczone mogłyby zaakceptować wynegocjowany koniec walk, który obejmowałby partycypację Talibów w pewnym stopniu w rządzie Afganistanu?

Waszyngton mógłby pogodzić się z układem, który pozostawiłby w mocy ogólne parametry afgańskiego uregulowania politycznego wynegocjowanego i popartego przez Stany Zjednoczone po konferencji w Bonn w 2001 roku, uzupełnione o narrację podkreślającą, że "byłe elementy Talibów" zostały "pojednane" z "legalnym" rządem afgańskim. Idealnie byłoby gdyby sami Talibowie przestali istnieć, być może przekształcając się w "partię narodowo-religijną", co dałoby wrażenie kształtowania się nowego ruchu politycznego w obrębie obecnego afgańskiego środowiska politycznego, w przeciwieństwie do powrotu "byłego reżimu" by podzielić się władzą. To pozwoliłoby obecnym członkom Talibów na wejście do afgańskiego rządu na szczeblu zarówno narodowym jak i regionalnym. Gdyby towarzyszyło temu całkowite zaprzestanie prób obalenia obecnego reżimu, pozwoliłoby to Stanom Zjednoczonym na ogłoszenie, że wynik afgańskiej wojny jest sukcesem.

Jednak co bardziej praktyczne, rząd Stanów Zjednoczonych potrzebowałby precyzyjnych gwarancji, popartych konkretnymi działaniami, że al-Qaidzie nie pozwolonoby na uzyskanie oficjalnego przyzwolenia albo nieoficjalnego sanktuarium w żadnej części Afganistanu, a zwłaszcza na tych obszarach, gdzie elementy byłych Talibów mogłyby przejąć kontrolę nad lokalnymi rządami. Prawdopodobne jest, że wyjście sił USA i NATO byłoby wyraźnie powiązane z wiarygodną weryfikacją, że al-Qaida i inne organizacje terrorystyczne, takie jak Islamski Ruch Uzbekistanu (IMU), nie przywróciłyby swojej obecności w Afganistanie.

Ambasada USA w Kabulu wydała w tym tygodniu oświadczenie stwierdzające, że "Stany Zjednoczone popierają prowadzony przez Afgańczyków proces pojednania i integracji, który dąży do ponownego włączenia do społeczeństwa tych, którzy wstrzymają przemoc, zerwią więzi z al-Qaidą i jej sprzymierzeńcami i będą żyli zgodnie z afgańską konstytucją, w tym postanowieniami, które chronią prawa wszystkich afgańskich mężczyzn i kobiet."

Pomimo talibskich deklamacji o "przetrwaniu" Amerykanów, rzeczywistość jest taka, że zwolennicy Mułły Omara marnie radzą sobie w każdym bezpośrednim starciu militarnym z siłami USA i NATO. A nawet jeśli USA zaczną wycofywanie "dokładnie z harmonogramem" gdy przyjdzie lipiec 2011 roku, amerykańskie oddziały bojowe nie tylko pozostałyby w tym kraju, ale i byłyby aktywne co najmniej do 2013 roku. W rzeczy samej, lipiec 2011 roku może wyznaczać tylko porzucenie ambitnej strategii kontrpartyzanckiej, zastąpionej w zamian propozycją wiceprezydenta Joe Bidena o mniejszych siłach kontrterrorystycznych, które miałyby pozostać w Afganistanie na kolejne lata. Więc jest bardzo możliwe, że kadry Talibów średniego szczebla mogą zastanawiać się, czy naprawdę chcą stawić czoła perspektywie bycia wyeliminowanymi podczas próby "przetrwania" Amerykanów - tak jak stało się z "gubernatorem cieni" prowincji Badghis, Mułłą Ismailem oraz jednym z okręgowych przywódców Talibów w prowincji Takhar, Maulawim Jawadullahem - jeśli poprzez negocjacje mogą uzyskać gwarancje miejsca przy stole politycznym i zachowania wyraźnych "stref wpływów" w wielu częściach kraju.

Sam Karzai może poprzeć uregulowanie jako najlepszy możliwy sposób na utrzymanie swojego stanowiska. Układ o podziale władzy mógłby też być akceptowalnym kompromisem dla zewnętrznych udziałowców, w tym Pakistanu, Indii, Chin, Rosji i Iranu, gdyby był wdrażany w połączeniu z pewnym stopniem decentralizacji afgańskiego państwa. Zapewniłoby to, że rywalizacja o wpływy w tym kraju nie stałaby się grą o sumie zerowej. W szczególności Pakistan mógłby dostać swoją "strefę buforową" w południowych i wschodnich częściach Afganistanu, a zarazem można by było zabezpieczyć rozwijające się połączenie Indii przez Afganistan z surowcami Azji Środkowej, których New Delhi coraz bardziej potrzebuje dla swojego wzrostu gospodarczego.

Ale są tu 2 poważne pułapki. Pierwszą jest ustalenie prawdziwego nastawienia Mułły Omara i jego najbliższego kręgu. Jak by nie było, Omar jest klerykiem, który postrzega świat w całkowicie dualistycznych kategoriach i kompromis polityczny wydaje się sprzeczny z jego naturą. Z pewnością może on uważać za nie do zaakceptowania wszystko oprócz całkowitej kapitulacji Karzai i natychmiastowego, bezwarunkowego wycofania sił USA i NATO - a żadne z powyższych nie wchodzi w grę.

Kolejną poważną przeszkodą mogą jednak być potencjalne różnice między Karzaim a Waszyngtonem co do warunków ewentualnego układu o podziale władzy. Saudyjska rola w próbach zaaranżowania rozmów nie może nie przywodzić na myśl starań Rijadu o doprowadzenie do końca libańskiej wojny domowej. Ale jest jeden składnik tamtego uregulowania, który byłby całkowicie nie do zaakceptowania dla USA w kontekście afgańskim - precedens Hezbollahu.

Porozumienia z Taif - uzupełnione późniejszymi porozumieniami i rezolucjami ONZ - wzywały do rozbrojenia libańskich milicji wyznaniowych, rezygnacji przez nie ze zdolności do utrzymywania niezależnych sił militarnych i tym samym uniemożliwiania centralnemu rządowi libańskiemu egzekwowania jego woli na obszarze całego kraju. Członkowie milicji mieli zamiast tego przystąpić do procesu politycznego jako jednostki.

Jednak Hezbollah uniknął realizacji tych postanowień dzięki określeniu go "ruchem narodowowyzwoleńczym", którego broń była konieczna do ochrony Libanu i wyzwolenia terytorium, które w owym czasie było nadal okupowane przez Izrael i jego agentów. W rezultacie Hezbollah nigdy nie musiał zdemontować swojego "państwa w państwie." Zamiast poddania się władzy libańskiego rządu Hezbollah stosuje prawo weta wobec tego, co libańskie państwo może i czego nie może robić.

Generał David Petraeus, dowódca amerykańsko-natowskich wojsk koalicyjnych w Afganistanie, poparł warunki przedstawione przez Karzai: że rebelianci muszą zaniechać przemocy, zerwać więzi z terrorystami i uznać afgańską konstytucję. Lecz niejasne pozostaje czy pozwala to Talibom na zastosowanie opcji w stylu Hezbollahu. Karzai mógłby być otwarty na to, by pozwolić Talibom na kontrolowanie quasi-państwa wewnątrz Afganistanu w zamian za pozostawienie jego rządu w nienaruszonym stanie i z kontrolą nad innymi częściami kraju. I dokładnie tak jak Najibullah, ostatni popierany przez ZSRR władca Afganistanu, przechrzcił regionalne milicje i armie watażków na oficjalne "dywizje" armii afgańskiej, tak też i Karzai mógłby dokonać integracji istniejącej infrastruktury militarnej Talibów jako "milicji terytorialnej" albo znaleźć jakąś inną tego typu formułę by ją zalegitymizować. Takie ustalenia byłyby jednak anatemą dla rządu amerykańskiego.

W każdym razie najprawdopodobniej nie zobaczymy żadnych szybkich przełomów wynikłych z tych negocjacji. Co do dłuższego okresu czasu, jeszcze się okaże czy rozmowy ostatecznie przyniosą porozumienie w stylu Irlandii Północnej, w którym Talibowie, tak jak Irlandzka Armia Republikańska (IRA), wyrzekną się walki zbrojnej i włączą się do procesu politycznego - model ten jako przykład konkretnie przytoczył Petraeus - czy też może USA będą musiały pogodzić się z tym, co stało się w Iraku, gdzie Muktada al-Sadr i jego Armia Mahdiego sprzeciwili się USA, walczyli przeciw zarówno siłom koalicyjnym jak i irackiego rządu i skończyli nie jako jeńcy wojenni, ale jako języczek u wagi w obecnym irackim procesie politycznym. Odpowiedź na to pytanie wyłoni się z tego, co wydarzy się nie tylko przy stołach negocjacyjnych, ale też na polu bitwy między dniem dzisiejszym a lipcem 2011 roku.

 

Nikolas K. Gvosdev jest byłym redaktorem National Interest i częstym komentatorem polityki zagranicznej w mediach drukowanych i emitowanych. Obecnie jest na wydziale U.S. Naval War College. Poglądy tu wyrażone są jego własnymi i nie odzwierciedlają poglądów marynarki ani rządu USA. Jego cotygodniowy felieton, The Realist Prism, jest publikowany co piątek.

 

Copyright World Politics Review
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:

http://www.worldpoliticsreview.com/articles/6639/the-realist-prism-ira-or-hezbollah-precedent-for-afghanistan

Opis konfliktu w Afganistanie na naszej stronie:

http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Afganistan,problemy,Konflikt


Słowa kluczowe

 

lista
tematów
lista
autorów