W 5 lat po inwazji amerykańskiej celem usunięcia dyktatora Saddama Husajna Irak jest państwem mnóstwa dotkliwych problemów, których rozwiązanie zajmie wiele lat, jeśli nie dekad.
W przeważającej opinii obserwatorów wojna w Iraku okazała się dla USA porażką przede wszystkim z punktu widzenia prestiżu na arenie międzynarodowej i ambicji przekształcenia regionu Bliskiego Wschodu. Z celów, jakie w Waszyngtonie zakładano przed rozpoczęciem inwazji, w pełni zrealizować udało się tylko tylko jeden i to krótkoterminowy: usunąć znienawidzonego dyktatora Saddama Husajna. Nie nastąpiła jednak transformacja Iraku z państwa bezlitośnie uciskanego przez rządzącą klikę w kraj stabilny, demokratyczny i dostatni, mogący służyć za wzorzec dla zdominowanego przez dyktatury i autokracje regionu Bliskiego Wschodu.
Wydany 17 marca 2008 roku raport Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża wskazuje, że znaczna część spośród 27-milionowej populacji Iraku nie ma dostępu do czystej wody i kanalizacji, a także do podstawowej opieki zdrowotnej. „Sytuacja humanitarna w większej części kraju pozostaje wśród najbardziej krytycznych na świecie”, głosi raport MKCK. Mimo iż Irakijczycy zyskali wiele swobód, o których za czasów Saddama Husajna nie mogli nawet marzyć, nieskrępowane korzystanie z nich jest praktycznie niemożliwe z powodu wszechobecnej przemocy, której apogeum nastąpiło po zamachu bombowym na szyicką świątynię w Samarze 22 lutego 2006 roku. Przykładem jest sytuacja mediów, które rozkwitły w okresie postsaddamowskim – założono kilkaset gazet i magazynów, a nawet kilkanaście telewizji satelitarnych, jednak profesja dziennikarza jest jedną z najbardziej niebezpiecznych w kraju: według Komitetu Ochrony Dziennikarzy (CPJ) od inwazji w marcu 2003 roku zamordowano 124 dziennikarzy i 49 pracowników mediów; Irak jest od 5 lat niezmiennie liderem na niechlubnej liście państw, w których ginie największa liczba dziennikarzy. W podobny sposób cierpi iracka służba medyczna – według MKCK od 2003 roku zabitych zostało ponad 2200 doktorów i pielęgniarek, a ponad 250 uprowadzono.
Rozkręcająca się spirala przemocy w Iraku doprowadziła do masowego exodusu ludności, którego skala jest porównywywalna jedynie do uchodźstwa Palestyńczyków po powstaniu państwa Izrael. Liczba Irakijczyków, którzy przebywają obecnie w obozach w Jordanii i Syrii wynosi około 2 miliony osób. Coraz większa liczba uciekinierów nie ma zamiaru wracać do kraju: według danych Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) w zeszłym roku 45 tysięcy Irakijczyków złożyło wnioski o azyl w państwach uprzemysłowionych i stanowiło największą grupę narodową ubiegającą się o azyl. Liczba Irakijczyków poszukujących azylu była w 2007 roku dwukrotnie wyższa niż rok wcześniej i jeśli trend ten utrzyma się wkrótce może przekroczyć szczytowy poziom 53,5 tysiąca z okresu tyrańskich rządów Saddama Husajna. Exodus przybiera również formę „drenażu mózgów” („brain drain”), dotycząc także osób wykwalifikowanych, m.in. jak podaje MKCK z 34 tysięcy irackich lekarzy zarejestrowanych w 1990 roku na emigrację udało się co najmniej 20 tysięcy.
Po usunięciu Husajna Irakijczycy zyskali możliwość wyboru ustroju politycznego i władz, której nie mieli od ponad 50 lat. W styczniu 2005 roku przeprowadzono wolne wybory do przejściowego zgromadzenia narodowego, w październiku 2005 roku w referendum zatwierdzono stałą konstytucję kraju, a następnie w grudniu 2005 roku w powszechnym głosowaniu wyłoniono stały, 275-osobowy parlament Iraku. Jednak efektem tego procesu było zdominowanie irackiej sceny politycznej przez partie religijne lub etniczne. W obu wyborach parlamentarnych zwyciężyła szyicka koalicja grup religijnych Zjednoczony Sojusz Iracki przed sojuszem partii kurdyjskich, eliminując całkowicie cieszące się sympatią USA partie sekularne. Ugrupowania wchodzące w skład zwycięskich koalicji przeważnie dysponują własnymi grupami zbrojnymi i są zainteresowane głównie umocnieniem swojej pozycji a nie budową silnego państwa irackiego, co skłania niektórych analityków do prognozowania rozpadu kraju. W innych państwach regionu Bliskiego Wschodu iracka demokracja postrzegana jest jako narzucona i fałszywa: „Irak przechodzi najgorszy okres w swojej nowożytnej historii i żyje pod brutalną okupacją militarną”, skomentował ostatnie 5-lecie w Iraku wpływowy egipski dziennik Al-Ahram. Udokumentowane ekscesy okupacji, zwłaszcza znęcanie się nad irackimi więźniami w Abu Ghraib, zadały potężny cios reputacji Ameryki jako rzecznika rządów praworządności i przestrzegania praw człowieka.
Dodać trzeba, że słuszność samej wojny stoi pod dużym znakiem zapytania. Wysuwane przed inwazją koronne oskarżenia o ukrywanie przez Husajna broni masowej zagłady okazały się bezpodstawne: wydany w październiku 2004 roku raport podsumowujący działania tzw. Iraq Survey Group stwierdzał brak takiej broni w Iraku. Zarzuty o rzekome związki Husajna z al-Qaidą również są mocno wątpliwe. Sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld w słynnym wystąpieniu we wrześniu 2002 roku w Atlancie mówił o „pancernych” dowodach posiadanych przez CIA w tej materii. Tymczasem opublikowane w zeszłym tygodniu przez amerykańskie media konkluzje wyczerpującego raportu Pentagonu, opartego na analizie 600 tysięcy oficjalnych dokumentów irackich i wielogodzinnych przesłuchaniach funkcjonariuszy reżimu Husajna, stwierdzają brak „dymiącego pistoletu” dowodzącego „operacyjnych związków” Husajna z al-Qaidą.
W rzeczywistości dużą aktywność al-Qaidy w Iraku w ostatnich 5 latach należy uznać za jedną najpoważniejszych negatywnych konsekwencji konfliktu w Iraku, biorąc pod uwagę nieobecność tej organizacji w Iraku w okresie saddamowskim. Iracka al-Qaida jest odpowiedzialna za największy zamach terrorystyczny w okresie po 11 września 2001 roku – miał on miejsce 14 sierpnia 2007 roku koło Sinjar w północnym Iraku przeciw małej kurdyjskiej sekcie religijnej Yazidi i spowodował śmierć co najmniej 520 osób. Co więcej, al-Qaida jest w stanie terroryzować nie tylko Irakijczyków, ale i sąsiednie nacje, czego przykładem był zamach irackich zamachowców-samobójców 9 listopada 2005 roku w stolicy Jordanu Ammanie, kiedy zginęło 60 osób, w większości muzułmanów.
Przy trudnościach w znalezieniu sukcesów dużo uwagi zwraca się w USA na koszty irackiej wojny. Oprócz strat ludzkich, według icasualties.org wynoszących do chwili obecnej 3992 żołnierzy zabitych i blisko 30 tysięcy rannych, podkreśla się zawrotne koszty finansowe. We wrześniu 2002 roku doradca gospodarczy Białego Domu Larry Lindsey szacował, że wojna w Iraku może kosztować 100-200 miliardów dolarów, co natychmiast zostało skwitowane przez sekretarza obrony Rumsfelda jako mocno zawyżone „brednie.” Tymczasem według danych Congressional Research Service z lutego 2008 roku całkowity koszt konfliktu wyniósł już 526 miliardów dolarów. Według książki uhonorowanego Noblem ekonomisty Josepha Stiglitza oraz profesor Uniwersytetu Harvarda Lindy Bilmes do 2017 roku koszty wojny w Iraku (wliczono tutaj dodatkowe wydatki z tytułu opieki zdrowotnej dla weteranów i konieczności uzupełnienia sprzętu wojskowego) mogą sięgnąć 3 biliony dolarów. Jak stwierdzili autorzy w komentarzu dla „Washington Post”, taka kwota mogłaby wystarczyć na „Plan Marshalla dla beznadziejnie biednych krajów, by zdobyć serca a może i umysły muzułmańskich narodów teraz ogarniętych antyamerykanizmem.”
Sondaż przeprowadzony przez Washington Post 17 marca 2003 roku, tj. na 3 dni przed inwazją, wskazywał że poparcie dla ataku na Irak sięgało w Ameryce 71%, z czego 54% deklarowało zdecydowane poparcie. Opublikowany 2 marca 2008 roku sondaż Washington Post i ABC News pokazuje, że poglądy amerykańskiego społeczeństwa na temat wojny w Iraku zmieniły się diametralnie: 63% uznało wojnę w Iraku za niewartą rozpoczęcia, z czego 51% zdecydowanie. Potwierdzają to badania opinii publicznej w USA przeprowadzone przez The Pew Research Center, według których 54% Amerykanów uważa wojnę w Iraku za złą decyzję.
Warto odnotować jednak, że w sondażu Pew liczba osób oczekujących ostatecznie sukcesu w Iraku wyraźnie przeważa nad liczbą pesymistów (53%:39%). Zdecydowanie poprawiła się ocena działań w Iraku na polu wojskowym: w lutym 2007 roku pozytywnie wypowiadało się o nich tylko 30%, a negatywnie – aż 67%, podczas gdy w lutym 2008 roku stosunek opinii pozytywnych do negatywnych wynosił już 48%:48%. Niewątpliwie ma to związek z sukcesem strategii „the surge”, polegającej na znaczącym zwiększeniu liczby żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Iraku (a zwłaszcza w Bagdadzie) i implementowanej od połowy lutego 2007 roku. Według raportu Departamentu Stanu USA dla Kongresu z 7 marca 2008 roku w porównaniu z sytuacją z czerwca 2007 roku przemoc na tle etniczno-wyznaniowym zmniejszyła się o prawie 90%. Wśród czynników, które przyczyniły się do tak radykalnej poprawy sytuacji wymieniono: koncentrację uwagi koalicji na ochronie ludności, odrzucenie al-Qaidy w Iraku przez duże porcje społeczeństwa irackiego, czego manifestacją jest prężność 90-tysięcznego plemiennego ruchu Przebudzenia i Synów Iraku, ograniczenie „szkodliwego wpływu Iranu”, zawieszenie działań zbrojnych przez Armię Mehdiego kierowaną przez Muktadę al-Sadra, przeciwdziałania państw będących źródłem lub terytorium tranzytowym dla sieci rekrutujących do Iraku zagranicznych bojowników oraz wzmocnienie irackich sił zbrojnych, policyjnych i granicznych.
Wiceprezydent USA Dick Cheney, który 17 marca od niezapowiedzianej wizyty w Bagdadzie rozpoczął długie tournee po Bliskim Wschodzie, podkreślił „fenomenalne” zmiany, jakie zaszły w Iraku, stwierdzając że te 5 lat „było zdecydowanie warte wysiłku.” Jednak zanotowany ostatnio postęp w kwestii bezpieczeństwa może nie być trwały. Dane rządu irackiego wskazują, że liczba cywilów, których dosięgła przemoc w lutym 2008 roku wyniosła o 36% więcej niż miesiąc wcześniej (633 zgony w porównaniu z 466). Począwszy od śmierci 99 osób w podwójnym zamachu w Bagdadzie w dniu 1 lutego ponownie w Iraku zaczęło często dochodzić do ataków terrorystycznych na masową skalę. W marcu jak dotąd miały miejsce co najmniej dwa takie zamachy: 6 marca 68 osób zginęło w dwóch eksplozjach bomb w Bagdadzie, a 17 marca, czyli w trakcie wizyty Cheneya, 52 osoby zginęły w samobójczym zamachu przed szyicką świątynią w Karbali.
„Pomimo tej zwyżki straszliwych, spektakularnych aktów nadal jest znaczna poprawa w porównaniu z przeszłością, co powinno być odebrane przez (...) irackich przywódców politycznych jako szansa”, powiedział specjalny przedstawiciel ONZ Staffan de Mistura, prezentując kolejny raport misji UNAMI, dodając że „szansa nie trwa długo.” Tymczasem Irak co prawda nie jest aktualnie na skraju wojny domowej na tle wyznaniowym, jak się wydawało na przełomie 2006 i 2007 roku, ale do narodowej zgody w kwestiach politycznych jest jeszcze bardzo daleko. Według Iraq Index prowadzonego przez The Brookings Institution Irakijczycy nie poczynili żadnego postępu w kwestiach przyszłości miasta Kirkuk, podziału dochodów z wydobycia surowców energetycznych oraz ustawodawstwa dotyczącego wyborów prowincjonalnych. Połowiczny postęp zanotowano w kwestiach określenia kompetencji władz prowincjonalnych, podziału funduszy federalnych między prowincje, amnestii, zatrudnienia Synów Iraku w służbach bezpieczeństwa, oczyszczenia rządu z ekstremistów i odwrócenia „debaatyfikacji.” Tylko dwa cele uznano za w pełni zrealizowane: uchwalenie budżetu na rok 2008 i prawa emerytalnego. Symbolicznym wyrazem głęboko zakorzenionej nieufności wśród Irakijczyków było fiasko zwołanej 18 marca konferencji pojednania narodowego wskutek natychmiastowego wycofania się czołowych ugrupowań szyickich i sunnickich.
Artykuł został uaktualniony 20 marca.
Opis konfliktu w Iraku na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj_start.php?xkraj_stos=Konflikt&kraj=Irak&typ=problemy