Najazd Kolumbii na obóz rebeliantów za jej granicą odsłania niebezpieczne podziały polityczne i militarne w regionie.
Około północy 1 marca 2008 roku, pewna myśl mogła przemknąć przez głowy kolumbijskich urzędników rządowych: "Co najgorszego mogłoby się wydarzyć?" Ale ich rachuby w żaden sposób nie mogły przewidzieć nadzwyczajnych wydarzeń, które nastąpiły później i stworzyły kryzys w całym regionie, pociągając Kolumbię, Ekwador i Wenezuelę na krawędź wojny. Echa kryzysu nadal rozbrzmiewają, nawet po tym jak koncert pod hasłem "pokój bez granic" na granicy kolumbijsko-wenezuelskiej w dniu 16 marca potwierdził pragnienie pokoju wśród tysięcy obywateli obu państw.
W owej chwili o północy kolumbijskie wojsko miało pewność, że namierzyło "Raula Reyesa" (
nom-de-guerre Luisa Edgara Devii), jednego z 7 członków Sekretariatu, najwyższego szczebla dowództwa
Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia (Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii/FARC). Lewicowy FARC jest jednym z najstarszych, największych i najbogatszych ugrupowań rebelianckich na świecie. W ciągu 44 lat jego zwalczania rząd kolumbijski nigdy nie pojmał ani nie zabił członka Sekretariatu. Reyes był szczególnie znaczącym celem: często okreslany jako "numer dwa" FARC, był on
de facto rzecznikiem ugrupowania o niewielkich kontaktach zewnętrznych,
comandante którego rebelianci prawie zawsze wyznaczali na spotkania z dziennikarzami, dyplomatami i mediatorami pokojowymi w kryjówkach w dżungli.
Teraz wojsko znało lokalizację Reyesa. Był tylko jeden problem: była to lokalizacja za południową granicą Kolumbii, prawie 2 kilometry wewnątrz Ekwadoru. Kolumbijczycy postanowili nie zawiadomić rządu Ekwadoru, którego prezydent Rafael Correa jest politykiem lewicy utrzymującym przyjazne stosunki z Wenezuelą Hugo Chaveza. Przeciwnie, Kolumbijczycy musieli zdecydować, że zaryzykują konsekwencje wtargnięcia na terytorium ekwadorskie w celu zlikwidowania Reyesa. Być może Ekwador odwołałby swojego ambasadora na konsultacje, wysłał gniewną notę dyplomatyczną lub zażądał od Kolumbii przeprosin za pogwałcenie swojej suwerenności. Dla rządu kolumbijskiego prezydenta Alvaro Uribe, pro-waszyngtońskiego konserwatysty, przypuszczalnie wydawało się to niską ceną do zapłacenia za zadanie rebeliantom tak dużego ciosu.
Przeprowadzony przed świtem rajd skończył się zabiciem Raula Reyesa i około 20 innych osób w obozie rebeliantów w Ekwadorze. Rząd Uribe odniósł poważne zwycięstwo. Ale wbrew swoim rachubom wywołał też jeden z najpoważniejszych kryzysów dyplomatycznych w nowożytnej historii Ameryki Łacińskiej.
Tydzień 2-8 marca był wyjątkowo napięty w "północnym poziomie" Ameryki Południowej. W Wenezueli, prezydent Chavez ogłosił telewizyjny moment ciszy by uczcić pamięć zabitego lidera FARC, a następnie nakazał przesunięcie dywizji czołgów do strefy nadgranicznej. Nazywając Uribe "mafioso" i "pudlem" USA, Chavez ostrzegł rząd Kolumbii, że jeśli spróbowałby podobnego najazdu na Wenezuelę, oznaczałoby to wojnę. "Wyślemy wam kilka Suchojów", zagroził wenezuelski prezydent, mówiąc o samolotach myśliwskich, które Caracas ostatnio zakupił w Rosji. W Ekwadorze tymczasem prezydent Correa również wysłał wojska nad granicę, mówiąc reporterom, że kierowanie się logiką Kolumbii wymagałoby od reszty Ameryki Łacińskiej zbombardowania pałacu prezydenckiego w Bogocie, "ponieważ paramilitarni i narko-przemytnicy są tam ukryci."
Reakcja Kolumbii była nieco bardziej powściągliwa: bez ruchów wojsk nad granicę i bardzo mało wojowniczej retoryki (ale też bez przeprosin). Zamiast tego siły bezpieczeństwa Bogoty zaczęły ujawniać teksty komunikacji rebeliantów najwyraźniej odzyskane z laptopów znalezionych w miejscu, gdzie zabito Reyesa. Chociaż dostarczyły one tylko częściowego oglądu rebelianckiej wersji wydarzeń, wydawały się wskazywać, że FARC potajemnie spotkał się kilkakrotnie z wenezuelskimi i ekwadorskimi przedstawicielamii rządu. Począwszy gdzieś od grudnia 2007 roku, niektóre z komunikacji odwołują się do przypuszczalnej dotacji wenezuelskiej dla FARC; kolumbijscy oficjele utrzymują, że sumą wchodzącą w grę było 300 milionów dolarów. Na podstawie tych dość mętnych dowodów Kolumbia zagroziła oskarżeniem Wenezueli w Międzynarodowym Trybunale Karnym (ICC) o współudział w ludobójstwie.
Nawet w najgorszych momentach omawiany kryzys nie wydawał się prowadzić do wojny. Handel między Kolumbią a Wenezuelą znajduje się na najwyższym poziomie w historii i gwałtownie rośnie; zamknięcie granicy kosztowałoby dziesiątki tysięcy miejsc pracy. Ani obywatele ani dowództwo armii nie znajdowali się w stanie "gorączki wojny." I faktycznie, wojny nie było. Kiedy przywódcy trzech zaangażowanych państw spotkali się na wcześniej zaplanowanym szczycie prezydentów państw regionu w Santo Domingo 6 marca, w końcu uścisnęli sobie ręce, wzięli w objęcia i ogłosili koniec kryzysu. Kolumbia zgodziła się nie zgłaszać sprawy do ICC i wszystkie państwa otworzyły swoje ambasady.
Hugo Chavez i FARC
Groźba wojny została zażegnana, ale kryzys przeciaga się. Całe stado słoni nadal okupuje pokój. Kolumbia nie wyrzekła się zamiaru przeprowadzenia podobnych transgranicznych rajdów w przyszłości. Ekwador i Wenezuela nie zobowiązały się do wydalenia rebeliantów, którzy od wielu dekad zanim Correa i Chavez pojawili się na scenie wykorzystywali sąsiednie terytoria do odpoczynku, odprężenia oraz przemytu broni lub narkotyków. I co bardziej niepokojące, stosunki między FARC i rządem Chaveza muszą zostać wyjaśnione.
Podczas gdy periodyczne kontakty zapewne miały miejsce od wielu lat, stosunki między Caracas a FARC zaczęły wyraźnie się ocieplać podczas jesieni 2007 roku. Między sierpniem a listopadem prezydent Uribe w zaskakującym kroku zezwolił Chavezowi na pomoc w osiągnięciu możliwego porozumienia o zwolnieniu cywilnych zakładników, których FARC od lat przetrzymywał w obozach w dżungli. Przez krótką chwilę kolumbijsko-wenezuelskie stosunki - historycznie serdeczne ale odległe - był bliższe niż kiedykolwiek.
Jednak podczas tej chwili Chavez i FARC niewątpliwie dobrze się wzajemnie zapoznali. Zdobyte dokumenty i przemówienia przywódcy wenezuelskiego wskazują, że więź ta umocniła się po tym, jak Uribe nagle "zwolnił" Chaveza z roli mediatora pod koniec listopada 2007 roku. Jednak pozostaje niejasne, dlaczego Chavez miałby dostrzec w FARC potencjalny środek do rozprzestrzeniania "boliwariańskiego socjalizmu" w Ameryce Łacińskiej; ugrupowanie to jest wybitnie niepopularne w Kolumbii z powodu ciągłego nękania cywilów i zostało mocno osłabione militarnie. Mimo tego Chavez w styczniu 2008 roku publicznie apelował, by FARC uzyskał międzynarodowe uznanie polityczne.
Jeśli dokumenty mówią prawdę o oferowaniu przez Chaveza pieniędzy - a jest to wielkie "jeśli" - cały region ma wielkie kłopoty. Jest bardzo mało miejsc w dzisiejszym świecie, gdzie jedno państwo finansuje obalenie przemocą państwa sąsiedniego, co jest oczywistym pogwałceniem artykułu 2 Karty Narodów Zjednoczonych. Podczas gdy ujawnione jak dotąd zdobyte dokumenty nie stanowią wystarczającego dowodu by wnieść tę sprawę do Rady Bezpieczeństwa ONZ, sugerują coś bardzo poważnego, co Wenezuela musi wyjaśnić.
Reperkusje regionalne
Ten epizod miał swoich zwycięzców i przegranych. Mimo wywołania kryzysu prezydent Uribe zyskał ogromnie; jego armia zabiła członka Sekretariatu FARC (a następnie, w niezależnej operacji militarnej, drugi członek, którego
nom-de-guerre było Ivan Rios, został zabity przez swoich ludzi 3 marca). Ataki Chaveza skłoniły nawet wielu sceptyków Uribe do skupienia się wokół prezydenta; sondaż Gallupa opublikowany 13 marca daje mu rekordowo wysoki 82-procentowy wskaźnik aprobaty. Oskarżenia o związki między zwolennikami Uribe a ugrupowaniami paramilitarnymi zeszły z pierwszych stron gazet w Kolumbii i wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, że Uribe może dążyć do zmian konstytucyjnych zezwalających mu na ubieganie się o trzecią kadencję w 2010 roku.
W innych miejscach Ameryki Łacińskiej natomiast rząd Uribe poniósł pewne straty. W regionie, gdzie wrażliwość w kwestii suwerenności terytorialnej jest wysoka, każde istotne państwo - w tym "nielewicowe" rządy takie jak w Meksyku i Peru - publicznie potępiły wtargnięcie Kolumbii do Ekwadoru. Słowa poparcia ze strony przedstawicieli USA, w tym dwóch kandydatów Demokratów na prezydenta, podsyciły regionalne podejrzenia, że Kolumbia jest "zbyt bliska" Waszyngtonowi.
Hugo Chavez zyskał na kryzysie bardzo niewiele. Jego percepcja jako postaci polaryzującej region została bardzo wzmocniona. Alarmujące pytania o naturę jego stosunków z FARC ciągną sie po całym regionie, jesli nie świecie. Po bolesnej porażce w referendum konstytucyjnym z 2 grudnia 2007 roku prezydent Wenezueli nie zdołał zjednoczyć Wenezuelczyków w sprawie konfrontacji z Kolumbią. Sondaż przeprowadzony tuż przed kryzysem wskazał, że 89% Wenezuelczyków - i 80% zwolenników Chaveza - sprzeciwiało się wojnie z Kolumbią, a 69% (44% "Chavistas") uważało FARC za terrorystów. Tymczasem krajowe problemy Chaveza dalej się nawarstwiają, przy rosnącej inflacji, niedoborach przyspieszanych przez rzadową kontrolę cen, oraz pogarszającej się przestępczości i handlu narkotykami.
Innemu lewicowemu prezydentowi wystepującemu w tym dramacie, Rafaelowi Correi z Ekwadoru, niewątpliwie powiodło się lepiej. Ekwadorczycy skupili się wokół niego gdy agresywnie bronił suwerenności kraju, jednej z niewielu kwestii jednoczących bardzo podzielone społeczeństwo. Correa zdobył kolejne punkty spędzając kryzysowy tydzień na energicznej dyplomacji regionalnej, osobiście odwiedzając przywódców latynoamerykańskich, by pozyskać ich poparcie. Pomimo pytań o dokumenty rebeliantów wskazujące na kontakty między jego rządem a FARC, krajowa popularność Correi jest wysoka wśród przygotowań do zgromadzenia mającego zmienić konstytucję państwa.
Następny punkt zapalny
Organizacja Państw Amerykańskich (OPA) i inni regionalni orędownicy dyplomacji, szczególnie Brazylia, Chile i Argentyna, wyszli z kryzysu ze zwiększonym prestiżem. Jasno wyrażając swoja zdecydowaną opozycję wobec wojny i wojowniczej retoryki, i szybko przeprowadzając przez OPA stosowną rezolucję, region Ameryki Łacińskiej pokazał, że jest w pełni zdolny do rozwiązywania własnych kryzysów w sferze bezpieczeństwa.
USA w zasadzie były nieobecne w tym epizodzie. Waszyngton został zepchnięty na margines ponieważ był postrzegany jako zbyt bliski Kolumbii i ponieważ Chavez prawdopodobnie zrobiłby coś dokładnie przeciwnego niż to, o co poprosiłyby USA. Na tym marginesie administracja Busha obrała rozważny kurs. Jasno wyrażając swoje poparcie dla Kolumbii, amerykańscy przedstawiciele stronili od zapalnych oświadczeń, otwarcie popierali rozwiązanie dyplomatyczne i wyrażali sprzeciw wobec wojny. Jedyny zgrzyt nastąpił 4 marca, kiedy prezydent Bush zmienił większość swojego trzyminutowego oświadczenia w sprawie kryzysu w reklamę porozumienia o wolnym handlu (FTA) między USA i Kolumbią, oczekującego na zatwierdzenie przez Kongres. Napięcia dały Bushowi nowy sposób prezentacji FTA; jego ratyfikacja, mówi teraz Bush, jest kwestią "bezpieczeństwa narodowego."
Przechwycone komunikacje rebeliantów wzmogły dyskusję wśród amerykańskich konserwatystów na temat dodania Wenezueli do listy państw-sponsorów terroryzmu. Decyzja o uczynieniu tego raczej nie nadejdzie szybko, gdyż miałaby pewien wpływ na ceny paliwa w USA w środku roku wyborczego. Ale - wraz z porozumieniem o wolnym handlu - mogą to być punkty zapalne bardziej agresywnego podejścia USA do Kolumbii i Wenezueli w ostatnich miesiącach administracji Busha.
Artykuł pochodzi ze strony
openDemocracy i został opublikowany na licencji Creative Commons.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.opendemocracy.net/article/democracy_power/the_colombia_venezuela_ecuador_tangle