Wzywając Stany Zjednoczone do "odcięcia głowy wężowi" i "położenia kresu programowi nuklearnemu [Iranu]" jeden z bliskowschodnich szefów państw nie mówił decydentom w Waszyngtonie niczego, czego nie słyszeliby wcześniej od wiernego, ale zagrożonego sojusznika w jednym z najbardziej niestabilnych regionów świata.
Jak by nie było, Izrael od lat określał perspektywę uzbrojonego w broń jądrową Iranu jako niemożliwe do przyjęcia zagrożenie egzystencjalne, które upoważnia do pilnych działań prewencyjnych. Tyle że w tym przypadku przywódcą domagającym się uderzenia militarnego na kłopotliwe instalacje Iranu nie był premier Izraela, a nie kto inny jak król Abdullah z Arabii Saudyjskiej, innego państwa muzułmańskiego, które jest siedzibą najświętszych miejsc islamu i utrzymuje pełne, chociaż dość chłodne stosunki dyplomatyczne z Teheranem.
Wybitnie zdeterminowana postawa saudyjskiego monarchy jest jedną z najbardziej frapujących rewelacji w transzy 250 tysięcy depesz dyplomatycznych opublikowanych przez zwalczającą sekretność stronę internetową WikiLeaks. Król "często nawoływał USA do zaatakowania Iranu by położyć kres jego programowi broni jądrowej", mówi jedna z depeszy. Po spotkaniu w kwietniu 2008 roku między królem Abdullahem a amerykańskim generałem Davidem Petraeusem, ambasador Arabii Saudyjskiej w Waszyngtonie Adel al-Jubeir miał powiedzieć: "[Król] powiedział wam [Amerykanom] abyście odcięli głowę wężowi."
Niekoniecznie można też zarzucać królowi dwulicowość. Podobno powiedział irańskiemu ministrowi spraw zagranicznych Manouchehrowi Mottakiemu by "[Irańczycy] oszczędzili nam swojego zła", dodając: "Wy jako Persowie, nie macie prawa mieszać się w sprawy arabskie." Rozmawiając z wysokim przedstawicielem Białego Domu powiedział, że "celem [Iranu] jest stwarzanie problemów" i dodał: "Bez w wątpienia jest w nich coś niezrównoważonego."
Według Rosemary Hollis, profesor Studiów Polityki Bliskowschodniej w City University w Londynie, saudyjską wrogość podsycał strach, że uzbrojony w broń jądrową Iran uzyskałby wolną rękę do zdominowania sąsiedniego Iraku - gdzie Saudyjczycy i Irańczycy rywalizują o wpływy - i rozciągnięcia swoich wpływów na szerzej rozumiany region: "Jeden z głównych dokumentów, na których ta dyskusja się opiera jest datowany na kwiecień 2008 roku i także odnosi się do Iraku, nie tylko Iranu, i daje dość jasno do zrozumienia, że jednym z głównych powodów saudyjskich obaw były wpływy Iranu wewnątrz Iraku", mówi Hollis. "Zatem trzeba zrozumieć, że obawy o Iran zdobywający bombę atomową lub mający zdolność do budowy broni jądrowej wiążą się nie tylko z zagrożeniem jakie stanowiłoby to dla proliferacji w regionie, ale też z poczuciem, że umożliwiłoby to Iranowi działanie z bezkarnością w polityce regionalnej w poszerzaniu swoich wpływów w Iraku, a także prawdopodobnie w Libanie."
Bliskowschodnia agresywność
Ale bezsprzecznie najbardziej z tego wszystkiego uderzający jest stopień, w jakim to agresywne antyirańskie stanowisko jest podzielane przez innych przywódców arabskich. Wezwaniom do akcji militarnej by powstrzymać działania nuklearne Iranu wtórują przedstawiciele w Jordanii i Bahrajnie, według amerykańskich depesz dyplomatycznych. Króla Bahrajnu Hamada bin Isę al-Khalifę cytuje się, znów w rozmowie z Petraeusem, "[argumentującego] z pełną mocą za podjęciem akcji w celu zakończenia programu nuklearnego [Iranu], wszelkimi niezbędnymi środkami."
W Omanie wysoki rangą minister wskazał na Kuwejt i Katar, obok Bahrajnu, jako państwa w Zatoce Perskiej, które opowiedziałyby się za amerykańskim atakiem przeciwko Iranowi. Minister spraw zagranicznych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Sheikh Abdullah bin Zayed Al Nahyan jest opisywany jak nazywa Iran "wielkim problemem, który wykracza daleko poza zdolności nuklearne", z powodu jego domniemanego poparcia dla ugrupowań terrorystycznych w regionie Zatoki Perskiej, Afganistanie, Jemenie i Afryce. A prezydent Egiptu Hosni Mubarak przekazuje swoje antyirańskie sentymenty za pomocą osobistego ataku na prezydenta Mahmuda Ahmadinejada, którego określa ekstremistą "który nie myśli racjonalnie." Iran, mówi Mubarak, "zawsze wznieca kłopoty." Jego opiniom wtóruje książe koronowany Abu Dhabi, Sheikh Mohammad bin Zayed, który wzywając do działania raczej prędzej niż później powiedział o Ahmadinejadzie: "Uważam, że ten facet wciągnie nas do wojny. To kwestia czasu."
Odczucia te nadają pewną perspektywę wypowiedzianemu w czerwcu 2009 roku ostrzeżeniu Ehuda Baraka, izraelskiego ministra obrony, jak wynika z plików, że był wówczas przedział "między 6 a 18 miesiącami od teraz, w którym powstrzymanie Iranu przed zdobyciem broni jądrowej mogłoby być wykonalne" zanim akcja militarna nie zaskutkowałaby "niemożliwymi do zaakceptowania zniszczeniami ubocznymi." Jeśli spojrzeć na nie same w sobie, słowa Baraka mogłyby być rozumiane jako równoznaczne z podżeganiem do wojny; w kontekście powszechnej antyirańskiej wrogości u Arabów wydają się być uderzająco bliskie consensusu.
Bez znaczenia
Ale najbardziej znaczącym aspektem całego tego zagrzewającego do wojny chóru jest światło jakie rzuca to na politykę USA gdy ewoluowała ona za prezydenta Baracka Obamy. Gdy 5 stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ - USA, Wielka Brytania, Francja, Rosja i Chiny - plus Niemcy mają w planach kolejną rundę negocjacji nuklearnych z Iranem 6 grudnia, administracja Obamy teraz wydaje się być powściągliwa w kontraście z wojowniczością jej arabskich sojuszników.
Hollis uważa, że ton wyciekłych dokumentów dodaje wiarygodności polityce Obamy oferującej Teheranowi zaangażowanie w dialog, a zarazem montującej bardziej spójny front międzynarodowy, który zaskutkował czwartą rundą sankcji ONZ: "Należy powiedzieć, że niebezpieczeństwo języka wojny było faktycznie większe mniej więcej rok temu niż jest dzisiaj, po części z powodu linii obranej przez administrację Obamy, którą jest oferowanie bezpośredniego dialogu między Stanami Zjednoczonymi a Iranem", mówi Hollis, dodając że to pozwoliło na "większą spójność międzynarodową" by uzupełnić to podejście oparte na dialogu. "Myślę, że po stronie Stanów Zjednoczonych był pewien sukces w skłanianiu ludzi do skupienia uwagi na tym, jakie mogłyby być konsekwencje uderzenia militarnego i czy byłyby one gorsze niż domniemany zysk w sensie uszkodzenia obiektów nuklearnych Iranu."
Podejrzenia, że przecieki mogłyby pomóc polityce Obamy wobec Iranu wzmocnił Ahmadinejad, który występując na konferencji prasowej w Teheranie 29 listopada stwierdził, że dokumenty wcale nie wyciekły, ale zostały ujawnione przez rząd USA dla "politycznego" zysku. Iran jest "przyjacielem" swoich arabskich sąsiadów, utrzymywał Ahmadinejad: "Te informacje nie wyciekły. Te [dokumenty] są ujawniane z regularnością i w zaplanowany sposób i realizują one cele polityczne. Z naszego punktu widzenia nie mają [realnego] znaczenia. Pewne części wewnątrz amerykańskiego rządu przygotowują i wypuszczają pewne dokumenty i potem tworzą osądy na podstawie tych dokumentów."
Ta reakcja może po prostu odzwierciedlać irańskie nastawienie, które instynktownie każe nie ufać USA jako państwu nastawionemu na szkodzenie republice islamskiej. Albo też może odzwierciedlać odrazę wobec saudyjskiej groźby zareagowania w ten sam sposób jeśli Iran zdobędzie broń jądrową. Tak czy siak, mówi Hollis, rewelacje WikiLeaks nie zmieniają otoczenia dla amerykańskiej polityki wobec Iranu: "Nie sądzę by te rewelacje znacząco zmieniły atmosferę. Po prostu dodają pewnej wiarygodności temu co generalnie było zrozumiałe. Nie sądzę by [Irańczycy] kiedykolwiek oczekiwali serdecznych stosunków z Arabią Saudyjską i oba państwa dobrze rozumieją, że są po przeciwnych stronach jeśli chodzi o przyszłość Iraku. Wcale Saudyjczykom nie zaszkodzi gdy Irańczycy będą wiedzieć, że mówili: 'będziemy musieli zdobyć broń jądrową jeśli Iran ją zdobędzie.' To jest odstraszacz dla Irańczyków by tego nie robili."
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.rferl.org/content/wikileaks_cables_us_leak_iran_arab_israel/2234156.html
Opis stosunków Arabia Saudyjska-Iran na naszej stronie:
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Arabia_Saudyjska,stosunki_dwustronne,Iran