Gdy świat przygląda się rozwojowi wydarzeń w Egipcie, spektakl demonstrantów zgromadzonych na kairskim Placu Tahrir (Placu Wyzwolenia) przywołuje wspomnienia z podobnie epokowego momentu na Bliskim Wschodzie 32 lata temu. Wówczas zagrożonym krajem był Iran.
Podobieństwa z dzisiejszym Egiptem są uderzające. Iran pod koniec lat 70-tych także był kluczowym sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie rządzonym przez autokratę, który utrzymywał swoją władzę przez kilka dekad. Tak jak dziś Hosni Mubarak, Szach Mohammad Reza Pahlavi podpierał swoje rządy ogromnym aparatem sił zbrojnych i bezpieczeństwa i wbrew odczuciom ludności nawiązał robocze relacje z Izraelem.
Teraz, gdy Mubarak walczy o polityczne przetrwanie, wielu obserwatorów spogląda wstecz na ten okres i zastanawia się czy historia właśnie się nie powtarza. Spekulacje koncentrują się na roli Bractwa Muzułmańskiego, egipskiej organizacji islamistycznej, która jak dotąd przykłada dużą uwagę do tego, by podczas obecnej zawieruchy pozostawać w tle. To nie przeszkadza niektórym pesymistom widzieć w Bractwie XXI-wiecznej wersji rewolucyjnych kleryków ajatollaha Ruhollaha Choimeiniego.
Duch Jimmy'ego Cartera
W Stanach Zjednoczonych krytycy ostrożnej polityki prezydenta Baracka Obamy wobec Mubaraka oskarżają go o powtarzanie błędów Jimmy'ego Cartera, który zdestabilizował szacha wysyłając sprzeczne sygnały. Komentarz redakcyjny w konserwatywnym "The Washington Times" ostrzegł nawet Obamę by "zredukował liczbę personelu w ambasadzie USA w Kairze" by uniknąć "powtórki" z irańskiego kryzysu zakładników, który skazał na porażkę starania Cartera o reelekcję w 1980 roku.
Senator John Kerry (Demokrata z Massachusetts), jeden z głównych sojuszników prezydenta w polityce zagranicznej, przywołał przykład Iranu kiedy wezwał Mubaraka do ustąpienia - będąc najwyżej postawionym amerykańskim urzędnikiem, który zrobił to w tak bezpośredniej formie. "Zbudowaliśmy ważny sojusz z wolnymi Filipinami popierając ludzi kiedy pokazali drzwi Ferdinandowi Marcosowi w 1986 roku", napisał Kerry w komentarzu opublikowanym w "The New York Times". "Ale wciąż płacimy straszną cenę za zbyt długie trzymanie się szacha Iranu."
W samym Iranie tymczasem przywódcy republiki islamskiej szybko przedstawili falę powstań przetaczających się przez świat arabski jako powtórkę powszechnego niezadowolenia, które obaliło szacha. Przyklaskują oni oddolnym powstaniom jako wymierzonym przeciwko "popieranym przez Zachód dyktatorom w świecie arabskim" (jak ujął to jeden z ajatollahów 28 stycznia) i jako głos za rządami islamskimi - nawet mimo tego, że grupy i slogany religijne podczas ostatnich protestów zwracają uwagę głównie za sprawą ich nieobecności.
Co z rokiem 2009?
I na tym mogą kończyć się te podobieństwa. David Lesch, amerykański historyk Bliskiego Wschodu, napisał książkę o roku 1979 i jego wpływie na politykę w regionie. Jak zauważa, można równie łatwo doszukać się analogii między obecną falą niezadowolenia i tak zwaną Zieloną Rewolucją, która owiała Iran w następstwie spornych wyborów prezydenckich w 2009 roku.
"Szczytem hipokryzji ze strony irańskiego rządu jest oklaskiwanie tych ruchów protestu, bo oczywiście sami stłumili takowy dość brutalnie w Iranie latem 2009 roku", mówi Lesch. "W chwili obecnej postrzegają to w bardzo strategiczny sposób, w sensie nadziei na pozbycie się reżimów i przywódców, którzy byli nastawieni całkowicie przeciwko Iranowi."
Jeśli chodzi o obawy, że Bractwo Muzułmańskie czeka na to by pójść w ślady Chomeiniego, niektórzy obserwatorzy zauważają, że dzisiejsze Bractwo wydaje się być zupełnie inną organizacją od sieci kleryków i religijnych rewolucjonistów, która przejęła władzę w Iranie w 1979 roku. W ostatnich latach, pomimo długiej historii prześladowania przez egipski rząd, Bractwo uczestniczyło w wyborach i wielokrotnie wyrażało wierność pluralizmowi i normom demokratycznym. (Sceptycy odrzucają to jako grę pozorów zmierzającą do ukrycia rzeczywistych aspiracji ugrupowania do przejęcia władzy i wprowadzenia autorytarnych rządów islamskich.)
"Bez ajatollahów za kulisami"
Są też istotne różnice organizacyjne. Analityk Geneive Abdo, pisząc w magazynie "Foreign Policy", zwraca uwagę, że rewolucja irańska miała charyzmatycznego przywódcę w osobie Chomeiniego. Natomiast protestujący w Egipcie wydają się w ogóle nie mieć wyraźnego przywództwa. Były analityk CIA Emile Nakleh, pisząc w brytyjskiej gazecie "Financial Times", zauważa że "nie ma ajatollahów czekających za kulisami" w Egipcie.
Zachodnie obawy o "powtórkę" rewolucji islamskiej z 1979 roku przeważnie ignorują inny prosty fakt: świat się zmienił. W 1979 roku islamscy rewolucjoniści byli nieznanym fenomenem. Jednak w minionych 30 latach świat obserwował jak rewolucyjny reżim w Iranie wpędza się sam w ekonomiczną i polityczną ślepą uliczkę, naśladując szacha gdy brutalnie tłumi przeciwników politycznych.
W innych częściach świata ruchy islamistyczne same się wykończyły w bezowocnych kampaniach terrorystycznych lub krwawych, bratobójczych konfliktach. Kiedy islamistyczny przywódca Rachid Ghannouchi powrócił do Tunezji z wygnania w zeszłym tygodniu robił wszystko by zdystansować się od modeli z przeszłości: "Niektóre zachodnie media przedstawiają mnie jak Chomeiniego, ale to nie ja", powiedział tłumom witającym go w Tunisie." "Nie jestem Chomeinim."
Wciąż bez pracy
Historyk Lesch widzi jednak jedną uderzającą ciągłość między przeszłością a teraźniejszością. Egipt i wiele innych krajów na Bliskim Wschodzie pozostają pogrążone w takim samym socjoekonomicznym marazmie jaki prześladował Iran i jego naród jeszcze w latach 1970-tych. Egipski rząd, dokładnie tak jak rząd szacha, odniósł sukces jeśli chodzi o zapewnienie młodym ludziom darmowej edukacji na państwowych uczelniach i uniwersytetach, ale był niekompetentny w tworzeniu gospodarki, która produkuje dla nich miejsca pracy kiedy kończą naukę.
"Nie dostają tych miejsc pracy, których oczekiwali, nie dostają wynagrodzenia, którego oczekiwali", mówi Lesch. "To tę lukę trzeba zmierzyć. To nie skrajna bieda. Biedni - wieśniacy, którzy są niewykształceni, niepiśmienni, ich rodzice byli biedni, ich dzieci będą biedne - to nie oni są tymi, którzy tak bardzo wypełniają ulice, chociaż może się to zdarzyć i to podniosłoby stawkę jeszcze bardziej. To wykształcona młodzież, która jest tak sfrustrowana i zła, i to ta luka tworzą ten gniew. Widać to w Tunezji, widać to w Egipcie; i istnieje to w większości krajów arabskich."
30 lat później, innymi słowy, Bliski Wschód wciąż star się przezwyciężyć ten sam podstawowy dylemat, który doprowadził do upadku szacha. Można tylko mieć nadzieję, że Egipcjanie i kolejne pokolenie arabskich przywódców znajdą nowe rozwiązanie tego problemu.
Christian Caryl to redaktor naczelny RFE/RL w Waszyngtonie i redaktor współpracujący "Foreign Policy." Poglądy wyrażone w tym komentarzu są poglądami autora i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy RFE/RL.
Copyright (c) 2011. RFE/RL, Inc. Reprinted with the permission of Radio Free Europe/Radio Liberty, 1201 Connecticut Ave., N.W. Washington DC 20036.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.rferl.org/content/commentary_iran_egypt/2296281.html
FOTO: Flickr user Kebria