Chiny a powstanie egipskie
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Chronologia Książki
Chiny a powstanie egipskie
Kerry Brown i Cassidy Hazelbaker openDemocracy 2011-03-03 22:52:15

Arabskie przebudzenie demokratyczne wprawia chińskich przywódców komunistycznych w nerwowość. Ale ich niepokój jest słuszny.

 

Fenomen potężnych demonstracji jednoczących wielką publikę wokół aspiracji do zmiany przywództwa kraju i przebudowy systemu rządów znajduje się w sercu niezwykłych powstań w dużej części świata arabskiego w pierwszych miesiącach 2011 roku. Skuteczne obalenie prezydentów Tunezji i Egiptu to ich pierwsze owoce, ale proces zmian demokratycznych oczywiście nie jest zakończony i ma przynajmniej potencjał by zajść dużo dalej.

Nawet pobieżna znajomość współczesnej historii Chin sugeruje, że zgromadzenie się tysięcy studentów na Placu Tienanmen w centrum Pekinu w maju-czerwcu 1989 roku wykazuje pewne podobieństwa z rewoltami arabskimi. Jest też wiele różnic, zwłaszcza to, że ruch Tienanmen został ostatecznie zdławiony przez przemoc państwową (chociaż zbrojny atak na śpiących demonstrantów w Bahrajnie, strzelanie do innych w Jemenie i konflikt w Libii są ważnymi składnikami szerszej perspektywy).

Możliwy związek między Chinami a Egiptem (największym i najbardziej doniosłym z bliskowschodnich wydarzeń) jeszcze bardziej intrygującym czyni to, że cenzorzy Chińskiej Partii Komunistycznej zajmujący się kontrolą informacji wydają się tylko do tego pobudzać, nawet jeśli próbują od ręki taką możliwość odrzucać.

Egipskie protesty zaczęły się 25 stycznia 2011 roku. Od tego momentu wiadomości i wyszukiwania o Egipcie i jego ówczesnym prezydencie Hosnim Mubaraku zostały w chińskim internecie poważnie ograniczone (tak jak w przypadku tunezyjskich rozruchów, które zaiskrzyły 14 grudnia 2010 roku).

Informacje dostępne na temat historycznych wydarzeń w Kairze, Aleksandrii i innych miastach arabskich (ostatnio także w Libii) są w większości ograniczone do ewakuacji chińskich turystów i pracowników. Protesty i ich przyczyny - fatalne warunki życia, frustracja z powodu bezrobocia, złość z powodu korupcji i represyjnych rządów - zostały zignorowane lub potraktowane po łebkach w oficjalnych mediach.

Ta chińska reakcja rodzi blisko ze sobą powiązane pytania - czy można czynić jakiekolwiek porównania między arabskimi mobilizacjami (w szczególności w Egipcie) a sytuacją w Chinach; oraz dlaczego chiński rząd wydaje się tak zatrwożony możliwą "zarazą" (zobacz: Isabel Hilton, "China crackdown: A tweak of the tiger's tail", Guardian, 26 February 2011).

Widmo porównania

Chiny i Egipt, przynajmniej na pozór, dzielą szereg cech charakterystycznych. Oba państwa od dawna znajdują się pod rządami systemu autorytarnego, daleko od jakiejkolwiek funkcjonującej demokracji; oba z nich cechują się ekstremalnymi nierównościami, z jądrem bardzo zamożnych ludzi otoczonych wszechobecną biedą; oba społeczeństwa mają poważny problem z korupcją; ponadto oba państwa polegają na szybkim wzroście gospodarczym jeśli chodzi o zapewnianie miejsc pracy i powstrzymywanie niezadowolenia.

Ale różnice są równie wyraźne. Gospodarka Chin gwałtownie rozwinęła się w ciągu 3 dekad "reform" - wzrost PKB średnio wynosił około 10% rocznie nawet podczas poważnego kryzysu finansowego na Zachodzie po 2007 roku. Gospodarka Egiptu także znacząco rosła w latach 2000-ych, lecz jej szczytowy roczny wzrost 5% nie wystarcza by dotrzymać tempa wzrastającej populacji i towarzyszącym jej potrzebom; nawet oficjalna stopa bezrobocia wynosi około 10% i zjawisko to dotyka wielu absolwentów.

Chiny są drugą największą gospodarką świata, największym eksporterem na świecie i przyciągnęły 570 miliardów dolarów bezpośrednich inwestycji zagranicznych (FDI). Egipt jest 27. (z gospodarką wielkości 500 miliardów dolarów, z grubsza równą Słowenii i Azerbejdżanowi) i przyciągnął 40 miliardów dolarów FDI.

Są też cechy wspólne i kontrasty w naturze protestów i opozycji w obu państwach. Ruch egipski z 2011 roku skierował swoją energię na jeden bardzo konkretny cel - odsunięcie Hosniego Mubaraka od władzy. W 1989 roku studenci gromadzący się na Placu Tienanmen w mniejszym stopniu wskazywali palcami na ówczesnego najwyższego przywódcę Denga Xiaopinga, a w większym stopniu na system, który (jak mówili) sprzyjał korupcji.

Była egipska partia rządząca, Partia Narodowo-Demokratyczna (NDP) tolerowała istnienie partii opozycyjnych (mimo otoczenia ich restrykcjami i prześladowaniami); w Chinach wszelki impuls do formalizacji opozycji jest bezwględnie dławiony. To prawda, protesty społeczne w Chinach są częste, według jednego z szacunków dochodzi do około 90 tysięcy incydentów rocznie, co odzwierciedla wysoki poziom niezadowolenia społecznego. Jednak Chińska Partia Komunistyczna utrzymuje ścisłą kontrolę nad swoimi obywatelami by zapobiec jakimkolwiek przejawom tego rodzaju masowych, zorganizowanych rozruchów jakie powaliły Mubaraka (zobacz: David Pilling, "What could bring down China's rulers?", Financial Times, 23 February 2011).

Pomimo tego stopnia odmienności obu systemów i społeczeństw, Pekin ewidentnie jest podenerwowany możliwością, że arabski wirus demokratyczny zainfekuje Chiny. Ten niepokój wpisuje się w stały schemat. "Kolorowe rewolucje", które przetoczyły się przez kilka państw bloku poradzieckiego (Gruzja, Ukraina, Kirgistan) na początku/w połowie lat 2000-ych sprawiły, że Pekin zaczął mocno się zastanawiać, czy aby Chiny nie byłyby podatne na podobne procesy; państwowym instytutom badawczym polecono przygotowanie raportów na temat tego, dlaczego doszło do tych ludowych powstań i jak można było ich uniknąć.

Problem przemocy

Najbardziej niepokojącym dla Pekinu elementem egipskich wydarzeń jest kombinacja szybkości i zaskoczenia. Nieprzewidziany przypływ masowych protestów doprowadził w zaledwie 18 dni do obalenia (i raptownego zdyskredytowania) władczego prezydenta, który rządził przez 30 lat. Patrząc szerzej, nawet na początku grudnia 2010 roku nikt nie przewidywał, że dokładnie 2 miesiące później pokojowa akcja ludowa pozbawi władzy dwóch z najdłużej urzędujących przywódców świata arabskiego.

ChPK wie, że seria małych incydentów może wkrótce ulec eskalacji. Jak by nie było, jest to przecież partia, która rozsławiła slogan: "jedna iskra może wzniecić pożar stepu". Wniosek jaki partia wyciąga jest taki, że kluczem do zachowania władzy jest bezustanna czujność. W praktyce oznacza to 2 rzeczy. Po pierwsze, partia wnikliwie zbada, czy scenariusz egipski - zwłaszcza przestrzeń udostępniona tam indywidualnym głosom by domagać się praw, łączyć, zbierać, organizować i wysuwać żądania - jest możliwy w Chinach i jak można mu zapobiec.

Po drugie, partia będzie dogłębnie analizować rolę państwowej przemocy w kontrolowaniu protestujących. Decydującym czynnikiem w Kairze była odmowa przez armię stanięcia po stronie Hosniego Mubaraka przeciwko ludziom. Lecz ta powściągliwość, jakkolwiek kluczowa, być może była w równym stopniu motywowana chłodną kalkulacją co pobudkami humanitarnymi: że w erze większej otwartości i dostępu do informacji żaden reżim nie może długo przetrwać jeśli masakruje swój własny naród by pozostać u władzy.

W 1989 roku Chinami wciąż kierowali ludzie, którzy walczyli w zażartej wojnie chińsko-japońskiej w latach 1937-45. Mielu prawdziwe doświadczenie bojowe. Sam Deng Xiaoping był znany jako bezwzględny dowódca wojskowy, który poświęcił wielkie ilości żyć ludzkich by osiągnąć zwycięstwo na polu walki. Dla niego użycie czołgów przeciwko cywilom w 1989 roku nie było problemem.

Ponad 2 dekady później i jeszcze więcej od ostatniego doświadczenia Chin z dużym konfliktem (ostatnie znaczące zaangażowanie militarne kraju miało miejsce w lutym-marcu 1979 roku przeciwko Wietnamowi), krytyczne jest pytanie jak dużo przemocy byłaby w stanie zastosować obecna generacja przywódców w sytuacji kryzysowej. Czy najwyższe sfery Partii Komunistycznej naprawdę byłyby w stanie wysłać wojska podobnie jak w 1989 roku?

Egipt pokazał elicie politycznej Chin, że nawet dobrze finansowana, dobrze zarządzana i mająca koneksje armia może okazać nieposłuszeństwo swoim politycznym pryncypałom kiedy nakazuje jej się skierować ogień na własny naród. To nie jest zasada, którą ChPK będzie chciała przestestować w praktyce. Najbardziej prawdopodobne musi być to, że Pekin będzie kontynuował niekończącą się kampanię represji na niskim poziomie i utrzymywania w ryzach niezadowolenia społecznego - do dnia, kiedy sprawy wymkną się spod kontroli.

 

O autorach:

Kerry Brown to associate fellow Asia programme, Chatham House. Jego książki to m.in. Struggling Giant: China in the 21st Century (Anthem Press, 2007) i Friends and Enemies: The Past, Present and Future of the Communist Party of China (Anthem Press, 2009). Jego strona internetowa znajduje się tutaj

Cassidy Hazelbaker to absolwent American University of Paris specjalizujący się w sprawach bliskowschodnich.

 

Artykuł pochodzi ze strony openDemocracy i został opublikowany na licencji Creative Commons.

Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:

http://www.opendemocracy.net/kerry-brown-cassidy-hazelbaker/china-and-egyptian-rising

 

FOTO: Flickr user leftride



Słowa kluczowe

 

lista
tematów
lista
autorów