Przywódcy Zachodu nie ustają ostatnio w krytyce Muammara Kadafiego. Słowa brytyjskiego premiera Davida Camerona o libijskim przywódcy na spotkaniu Grupy G-8 w Paryżu w tym tygodniu były dość typowe: "Każdego dnia Kadafi brutalizuje swój własny naród", powiedział Cameron. "Nie powinno być żadnego złagodzenia presji jaką wywieramy na ten reżim."
Ale pomimo twardej retoryki tylko jedno państwo zachodnie, Francja, jak dotąd oficjalnie uznało przywództwo rebeliantów walczących przeciwko Kadafiemu. Wszyscy inni nie zdecydowali się na taki krok, który mógłby pozwolić rebeliantom na uzyskanie dostępu do libijskich funduszy zagranicznych, dochodów z ropy naftowej i dostaw broni.
Kim są rebelianci?
W toku całego kryzysu libijskiego głównym powodem wydawało się być to, jak mało Zachód tak naprawdę wiedział o przywództwie rebeliantów. Jeszcze 7 marca rzecznik Białego Domu Jay Carney powiedział, że przedwczesne byłoby "wysłanie paczki broni do skrzynki pocztowej we wschodniej Libii."
Dziś tożsamość rebeliantów jest lepiej znana. Delegacja rebeliancka spotkała się z sekretarz stanu USA Hillary Clinton przy okazji spotkania G-8, a administracja Obamy mianowała dyplomatycznego łącznika z grupami rebelianckimi w Libii. Podobnie szefowa polityki zagranicznej UE Catherine Ashton ogłosiła, że wyśle misję do kontrolowanego przez rebeliantów Benghazi.
Ale niewiele wydaje się sugerować, że formalne uznanie rebeliantów jest bliską perspektywą, ani że w ogóle wchodzi w grę. I znów powodem może być to, że wiele wątpliwości obniża zaufanie Zachodu do rebeliantów. Shahshank Joshi, associate fellow i ekspert ds. regionalnych w londyńskim Royal United Services Institute, mówi że Zachód zna niektóre kluczowe postacie w wyższych sferach przywództwa, ale jak mówi "to czego nie wiemy, to podziały wewnątrz ruchu rebelianckiego. Jak są podzieleni? Jak oddziaływują z podziałami plemiennymi? I w szczególności, czy mają rozbieżności co do celów militarnych i możliwego uregulowania [konfliktu]?"
Najlepiej znaną postacią w radzie przejściowej jest jej przewodniczący, były minister sprawiedliwości Mustafa Abdel-Jalil. Londyńska arabskojęzyczna gazeta "Asharq al-Awsat" ostatnio określiła go jako sławnego w Libii z dotychczasowej gotowości do obrony dysydentów, którzy rzucali wyzwanie reżimowi Kadafiego. Jalil zrezygnował z funkcji ministra sprawiedliwości 21 lutego, 5 dni po wybuchu rewolucji w Libii, mówiąc że sprzeciwiał się użyciu nadmiernej siły przeciwko demonstrantom. Następnie utworzył rząd przejściowy bazujący w mieście Benghazi, złożony z 30 członków cywilnych i wojskowych, mający zajmować się sprawami wszystkich wyzwolonych obszarów.
Gdzie są dobrze znani liberałowie?
Ta dezercja jak się wydaje wystarczyła do tego, by zapewnić Jalilowi i Radzie Przejściowej bazę poparcia w Benghazi, pozostałym bastionie władzy rebeliantów. Ale dla stolic zachodnich kluczowe jest to, że libijskiej rewolucji wydaje się brakować przywódcy z uznanymi na arenie międzynarodowej referencjami liberalnymi. "W Egipcie", mówi Joshi, "mieliśmy postacie takie jak Mohamed ElBaradei, który przez spory okres czasu prowadził kampanię przeciwko rządowi, który był postrzegany jako postać liberalna." Natomiast "takich właśnie postaci brakuje w Libii", mówi Joshi.
Teraz, gdy siły Kadafiego likwidują wcześniejsze zyski terytorialne rebeliantów i podchodzą pod bramy Benghazi, niektórzy analitycy uważają, że jest już zbyt późno na to, by oczekiwać od rządów zachodnich zmiany kursu i uznania przywództwa rebeliantów. Jean-Pierre Darnis, wiceszef wydziału bezpieczeństwa i obronności w rzymskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, mówi że jeszcze w zeszłym tygodniu Zachód mógł militarnie pomóc rebeliantom, kiedy zwyciężali. "Teraz", mówi Darnis, "oni przegrywają, a gdy pomaga się ludziom, którzy przegrywają, jest to bezcelowe. Nigdzie tak nie zajdziesz."
Presja, nie uznanie
Większość państw wydaje się być przekonana, że wywieranie presji na Kadafiego jest lepszą strategią niż popieranie rebeliantów. Presja ta obejmuje środki bezpośrednie, takie jak sankcje oraz dorozumiane groźby, takie jak rozmowy o strefach zakazu lotów. Jak powiedział w tym tygodniu brytyjski sekretarz ds. zagranicznych William Hague: "Chcemy zwiększyć presję na Kadafiego, zacieśnić sankcje. Jest wspólna płaszczyzna tutaj w G-8 i chociaż nie wszystkie państwa są w zgodzie w kwestiach takich jak strefa zakazu lotów, jest wspólny apetyt do tego, by zwiększać presję na Kadafiego."
Może się wydawać, że strategia ta niesie ryzyko utknięcia w martwym punkcie w obliczu stanowczego oporu Kadafiego wobec wszelkiej presji zagranicznej. Ale wielu analityków uważa, że prawdziwym celem presji nie jest sam Kadafi, lecz jego synowie i inne kluczowe osoby wokół niego. Od ludzi tych nie można oczekiwać dezercji z kręgu najbliższych Kadafiemu tak jak zrobili to rebelianci. Ale ponieważ mają oni interesy ekonomiczne powiązane z Zachodem, jest nadzieja, że podczas ewolucji kryzysu będą mogli wywierać tonujący wpływ.
Jednym z przykładów, mówi Joshi, mógłby być syn Kadafiego, Saif, który przez wiele lat jedną nogą stał na Zachodzie. "Saif i jego wysocy dowódcy mogą chcieć ocalić coś z całej tej sytuacji i to może być częściowo powodem dlaczego państwa zachodnie utrzymują otwarty kanał komunikacji z libijskim rządem zamiast całkowitego jego zerwania", mówi Joshi.
Czy ta presja wystarczy by uratować ruch rebeliancki, który z każdym dniem traci grunt na rzecz sił Kadafiego? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, gdyż zależy to głównie od tego, jak długo rebelianci będą mogli wytrzymać w Benghazi. Jedyne co jest pewne to to, że stosowanie presji zewnętrznej przeważnie daje efekty wraz z upływem czasu, a teraz czasu nie ma wiele.
Copyright (c) 2011. RFE/RL, Inc. Reprinted with the permission of Radio Free Europe/Radio Liberty, 1201 Connecticut Ave., N.W. Washington DC 20036.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.rferl.org/content/west_recognize_libya_rebel/2340385.html
FOTO: Flickr user americanistadechiapas