Każdy chce przypiąć operacji libijskiej jakąś etykietę. Niektórzy nazywają ją interwencją humanitarną. Inni nazywają ją imperializmem. Gdy bomby NATO spadają na Libię, każdy dzień wydaje się przynosić nowy głos potępiający zatwierdzoną przez ONZ interwencję.
Jeden z najgłośniejszych należy do najwyższego przywódcy irańskiego, ajatollaha Aliego Chameneiego. Przemawiając 21 marca w Teheranie powiedział on NATO: "[Libijscy rebelianci] są bombardowani. Powinniście byli im pomóc, dać im broń, dać im sprzęt, dać im baterie przeciwlotnicze. Zamiast tego czekaliście przez miesiąc i patrzyliście na morderstwo narodu. Teraz chcecie tam wejść. Więc nie przyszliście bronić ludzi. Jesteście żądni ropy w Libii."
Premier Rosji Władimir Putin także kwestionuje to, co robią ONZ i NATO. Zgadza się, że rządowi Muammara Kadafiego daleko było do demokracji, ale mówi, że nie uzasadnia to interwencji militarnej. "Właściwie przypomina to średniowieczne wezwania do krucjat kiedy ktoś wzywał innych do pójścia do określonego miejsca i wyzwolenia go", powiedział 21 marca.
Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew próbował tonować uszczypliwość słów Putina mówiąc, że niedopuszczalne jest "używanie określeń, które w zasadzie prowadzą do starcia cywilizacji, takich jak 'krucjaty' i tym podobne." Ale ta próba ograniczenia szkód nie zmieniła krytyki Putina ani faktu, że Moskwa wstrzymała się kiedy Rada Bezpieczeństwa ONZ zagłosowała za libijską misją 17 marca. Chiny, które także się wstrzymały, również wydają się być coraz bardziej zaniepokojone interwencją: 22 marca Pekin oskarżył Zachód o powodowanie strat cywilnych w Libii i wezwał do natychmiastowego zawieszenia broni.
Nawet jeden z członków NATO, Turcja, bezpośrednio skrytykował interwencję zagraniczną w Libii. Turecki premier Recep Tayyip Erdogan powiedział 22 marca: "Czynimy starania by zapewnić, że zmiana w Libii odbędzie się bez kolejnych ofiar. Próbowaliśmy zapobiec chaosowi i bratobójstwu. Chcemy by Libia załatwiła swoje sprawy wewnętrzne bez interwencji zagranicznej. Zmianę w Libii powinna przynieść wewnętrzna dynamika libijska."
Pośród takiej krytyki rzecznicy operacji libijskiej bronią nalotów jako pilnej "interwencji humanitarnej." Mówią oni, że gdyby ONZ nie upoważniła państw do podjęcia "wszelkich niezbędnych środków" dla ochrony libijskich cywilów przed atakami, świat byłby współsprawcą zbrodni dyktatora. "Były sankcje, było zamrożenie aktywów, przekazanie [sprawy Kadafiego] Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu", powiedział 21 marca Fred Abrahams, specjalny doradca Human Rights Watch. "Każda pozamilitarna opcja została tu podjęta, a więc rządy i ONZ stały w obliczu interwencji militarnej w celu ochrony cywilów."
Prawo do interwencji?
Jeśli rozdźwięk między tymi, którzy bronią operacji libijskiej a tymi, którzy ją krytykują brzmi bardzo poważnie, to tak właśnie jest. U sedna sporu znajduje się jedno z najtrudniejszych zagadnień w sprawach międzynarodowych. To znaczy, kiedy jedno państwo ma prawo interweniować siłą w sprawy innego?
Ci, którzy usprawiedliwiają interwencję libijską z pobudek humanitarnych czerpią większość swojej logiki z koncepcji, która niesłychanie zyskała na popularności w ciągu ostatnich dekad. Koncepcja ta znana jest jako "R2P", skrótowo od "Responsibility to Protect" ("Obowiązek Ochrony") cywilów.
Koncepcja ochrony cywilów jest zakorzeniona w pamięci Holokaustu i we współczesnych ludobójstwach w Bośni-Hercegowinie, Rwandzie i Darfurze. Zyskała szerokie poparcie globalne we wrześniu 2005 roku, kiedy ponad 150 szefów państw i rządów zebranych na otwarciu Zgromadzenia Ogólnego ONZ uzgodniło, że nie tylko ciąży na nich wspólnie obowiązek reagowania na ludobójstwo, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości, ale też zapobiegania im.
Zwolennicy R2P argumentują, że zapobieganie zbrodniom można osiągnąć środkami dyplomatycznymi, prawnymi i politycznymi, w tym możliwością nałożenia sankcji gospodarczych. Ale uważają też, że interwencja militarna czasami jest koniecznym środkiem ostatecznym.
Jednym z silnych głosów za R2P jest Samantha Power, wpływowa członkini sztabu Rady Bezpieczeństwa Narodowego prezydenta USA Baracka Obamy, która pragmatycznie zreasumowała filozofię wszystkich opcji na sympozjum międzynarodowym poświęconym zapobieganiu ludobójstwu i masowym zbrodniom w Memorial de la Shoah w Paryżu w listopadzie zeszłego roku: "Gdyby zbrodnie masowe i ludobójstwo były łatwe do wytępienia, ludzie dobrej woli zrobiliby to dawno temu."
Power, która wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych z Irlandii w 1979 roku, zaczęła swoją karierę od relacjonowania wojen bałkańskich, potem studiowała prawo międzynarodowe i zdobyła Nagrodę Pulitzera za swoją książkę "A Problem from Hell", która badała reakcje amerykańskiej polityki zagranicznej na ludobójstwo. Obecnie naucza w Kennedy School of Government na Uniwersytecie Harvarda.
Ukryte motywy
Ale chociaż R2P zyskała na popularności w ostatnich latach, państwa bardzo się różnią co do tego, jak powinno się stosować interwencję militarną. A to prowadzi do wzajemnych oskarżeń o działanie z ukrytymi motywami.
Shahshank Joshi, associate fellow i ekspert ds. regionalnych w londyńskim Royal United Services Institute, zwraca uwagę, że jednym z powodów wielkich emocji wokół operacji libijskiej jest to, że ma ona miejsce po 2 innych zachodnich interwencjach w świecie muzułmańskim w ciągu minionych 10 lat, Afganistanie i Iraku.
"Nawet jeśli państwa zaakceptowały to, że suwerenność nie może być wykorzystywana jako tarcza, za którą atakuje się cywilów... w ciągu minionych 10 lat widziały dwie interwencje, z których obie przynajmniej częściowo miały pozornie intencje humanitarne", mówi Joshi. Zwraca on uwagę, że obie te interwencje miały później nieprzewidziane konsekwencje, w tym niemalże wojnę domową w Iraku i odrodzenie się Talibów i handlu opium w Afganistanie, czyniąc skuteczność interwencji przedmiotem wielkiej debaty.
Jednocześnie fakt, że aż 1/3 członków Rady Bezpieczeństwa ONZ wstrzymała się od głosu ws. Libii może też odzwierciedlać obawy wielu państw, że R2P może stać się pewnego dnia licencją na interweniowanie także w ich własne sprawy. Rosja, Chiny, Indie - trzy potężne państwa, które zmagały się, bądź też nadal zmagają się z partyzantkami lub ruchami separatystycznymi i odmawiają nawet zewnętrznej interwencji dyplomatycznej - wszystkie wstrzymały się od głosu.
"Jeśli obowiązek ochrony przerodzi się w coś w rodzaju licencji dla mocarstw zachodnich na interwencję w to, co oni uważają za swoje sprawy wewnętrzne, albo ograniczy ich możliwość wykorzystania tego, co uważają za uprawnioną siłę przeciwko ruchom zbrojnym lub ruchom na pół zbrojnym, które stosują przemoc i zastraszanie, byłoby to dla nich poważnym przedmiotem obaw", mówi Joshi.
Unikanie "Kosowa"
Rosja, Chiny i Indie nerwowo obserwowały lub sprzeciwiały się interwencji NATO w Kosowie, która najpierw doprowadziła do protektoratu, a w końcu do podziału Serbii. Jest to los, którego one same - jako byłe imperia - jak najbardziej chcą uniknąć.
Jeśli niektóre państwa boją się, że R2P może stać się licencją na interwencję zachodnią - a tylko mocarstwa zachodnie mają dziś możliwość projekcji siły wojskowej na całym świecie - inne państwa mają inne obawy. Niemcy wstrzymały się od głosu w Radzie Bezpieczeństwa, ponieważ nie chciały pójść często śliską drogą między interwencją humanitarną a interwencją militarną. Niemcy już są zaangażowane w niepopularną w kraju misję w północnym Afganistanie.
Tego rodzaju obawy o niepewny bieg spraw nie ograniczają się do Niemiec. Wielu decydentów na Zachodzie łamie sobie głowę nad tym, czy bycie gotowym do zbrojnej interwencji w celu ochrony cywilów nie jest aby zbyt otwartą koncepcją na to, by była podstawą dla polityki zagranicznej. Jak można wybiórczo interweniować na przykład w Libii, ale nie w innych kryzysach - takich jak Bahrajn, Wybrzeże Kości Słoniowej czy Demokratyczna Republika Kongo - bez wystawiania się na ataki, że działa się tylko we własnym interesie?
Ale jeśli interweniowanie w celu ochrony cywilów zmusza świat do dokonywanie trudnych wyborów, czy oznacza to, że państwa powinny porzucić próby powstrzymania zbrodni? Wielu mówi, że byłby to najgorszy wybór z wszystkich możliwych. "Tylko dlatego, że nie możemy interweniować wszędzie nie oznacza, że musimy nie ingerować nigdzie", mówi Joshi. "Więc wciąż jest przestrzeń do wydawania tych osądów za pomocą kombinacji zarówno względów humanitarnych i strategicznych jak i względów roztropności, i nie ma powodu dlaczego nie moglibyśmy osiągnąć pewnego rodzaju równowagi pomiędzy nimi kiedy formułujemy polityke zagraniczną."
Jest to doprawdy równowaga trudna do osiągnięcia. Ale gdy zatwierdzona przez ONZ operacja libijska jest kontynuowana, jasne jest, że w interwencji tej ostatecznie chodzi w równym stopniu o próbę zdefiniowania kiedy państwa powinny wkraczać do akcji w celu ochrony cywilów w innym kraju, jak też konkretnie o ochronę Libijczyków przed Muammarem Kadafim.
Copyright (c) 2011. RFE/RL, Inc. Reprinted with the permission of Radio Free Europe/Radio Liberty, 1201 Connecticut Ave., N.W. Washington DC 20036.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.rferl.org/content/feature_on_debate_on_intervention_in_libya_/2347454.html
FOTO 1: Flickr user Defence Images