Dla niektórych moment zejścia Osamy bin Ladena w zasadzie nie mógłby być bardziej trafny - zbiegając się z upadkiem i jak się wydaje powolną śmiercią znienawidzonych autokratycznych reżimów arabskich w obliczu ludowych żądań.
Ten zbieg wydarzeń zdaje się świadczyć - przynajmniej dla wielu w świecie arabskim - że nie tylko uciążliwa postać samego bin Ladena została usunięta ze sceny. Odeszło też głoszone przez niego kredo przemocy, skazane na dzielenia miejsca w tym samym historycznym śmietniku nieważności z nie odpowiadającymi przed nikim, niereprezentatywnymi rządami atakowanymi przez "arabskie przebudzenie".
Istotnie, zabójstwo lidera al-Qaidy z rąk sił amerykańskich spotkało się z wyraźnie stonowaną reakcją w wielu krajach arabskich. Dekadę temu powszechnie uważany za heroicznego bojownika o wolność, ten urodzony w Arabii Saudyjskiej dżihadysta jak się wydaje popadł w zapomnienie właśnie w chwili gdy kraje, które namawiał do wystąpienia przeciw postrzeganemu podbojowi amerykańskiemu przechodzą wstrząsy wynikające ze starań o przekreślenie status quo.
Dla publiki amerykańskiej, zahipnotyzowanej spóźnioną karą wymierzoną organizatorowi zamachów z 11 września, taka obojętność może wydawać się zadziwiająca, nawet perwersyjna.
"Niewątpliwa zmiana"
Ale dla innych po prostu sygnalizuje to, że społeczeństwa arabskie poszły dalej. Shadi Hamid, dyrektor badawczy w Centrum Doha Instytucji Brookings, mówi że komentatorzy amerykańscy - urzeczeni wpływem ataków na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września na zbiorową psychikę amerykańską - "być może wyolbrzymiają znaczenie śmierci bin Ladena" dla szerokiej publiki arabskiej.
"Bin Laden nie jest centralną postacią jaką był 8 czy 9 lat temu", mówi Hamid, kiedy "naprawdę był uważany za lidera oporu w dużych częściach świata arabskiego i muzułmańskiego. Ale w ciągu kilku ostatnich lat widzieliśmy jak al-Qaida stawała się coraz mniej znacząca i prawie poza dyskusją i w dzisiejszym świecie arabskim bardzo niewielu ludzi wciąż zwraca się ku bin Ladenowi jako przywódcy czy też jako inspiracji. Więc widzimy ważną zmianę. W pewnych przypadkach była ona powolna i stopniowa, ale jest niewątpliwa".
Amerykańscy decydenci, mający na uwadze fatwę bin Ladena z 1998 roku wzywającą muzułmanów do "zabijania Amerykanów i zagrabiania ich pieniędzy gdziekolwiek i kiedykolwiek mogą je znaleźć", mogą wahać się z zaakceptowaniem tego poglądu, biorąc pod uwagę późniejszy sukces al-Qaidy w werbowaniu zagorzałych zwoleników.
Ale Maha Azzam, associate fellow programu Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej w londyńskim think-tanku Chatham House, zgadza się z poglądem, że obecne rewolty arabskie odzwierciedlają zmieniającą się dynamikę, która wyklucza bin Ladena. "Myślę, że wkroczyliśmy w inną epokę. Bin Laden jest zdecydowanie produktem swoich czasów", mówi Azzam. "Jego reakcję na zachodnią ingerencję i amerykańską obecność wojskową w regionie podzielało wielu, chociaż jego taktyka była odrzucana przez większość".
Azzam uważa, że "dzisiejszy Bliski Wschód i ogromna większość muzułmanów w krajach z większością muzułmańską chce dokonać zmian, ale chcą to zrobić poprzez zupełnie inny proces. Prodemokratyczne protesty w Tunezji i Egipcie i gdzie indziej na Bliskim Wschodzie są ruchami pokojowymi, które optują za brakiem przemocy".
Przesłanie al-Qaidy obalone
Pewne jest, że al-Qaida i wojujący islamiści odgrywają mało widoczną rolę w masowych rozruchach, które dotknęły nie tylko Tunezję i Egipt, ale wtoczyły się też do Libii - pogrążając ją w przeciągającej się wojnie domowej, która wessała mocarstwa zachodnie - Jemenu, Bahrajnu, oraz co być może najbardziej uderzające - Syrii.
Chociaż najgłośniejsze żądania demonstrantów dotyczą demokracji i większej wolności, jedyną oczywistą rolą dla firmowego dżihadyzmu al-Qaidy jest rola straszydła przywoływanego przez osaczonych przywódców. Obalony prezydent Egiptu Hosni Mubarak, pułkownik Muammar Kadafi z Libii i syryjski prezydent Baszar Assad - wszyscy oni przedstawiają protesty przeciwko ich rządom jako potajemnie zaaranżowane przez al-Qaidę pozostającą za kulisami.
W rzeczywistości, mówią analitycy, cisza al-Qaidy po prostu odzwierciedla to, że ugrupowanie zorientowane na śmierć i destrukcję nie ma nic do zaoferowania kiedy debata zwraca się ku budowie demokracji. Dla Hamida pozbawione przemocy protesty "arabskiej wiosny" sprowadzają się do masowego odrzucenia przesłania al-Qaidy.
"Al-Qaida siedzi cicho, w pewnych przypadkach przez większość z ostatnich 3 miesięcy, po części dlatego, że naprawdę nie mają dużo do powiedzenia", mówi Hamid. "Ich główny argument był taki, że realna zmiana nie mogła się wydarzyć za pomocą metod pokojowych, że przemoc była konieczna. Mówili ludziom: 'nie bierzcie udziału w wyborach, nie wychodźcie i nie protestujcie pokojowo, bo to niczego nie zmieni'. Ich główna narracja nie tylko została zdyskredytowana, została obalona faktami na miejscu i sądzę, że stanowi to raczej ostateczny cios dla ideologii al-Qaidy".
USA nie wykorzystujące sytuacji
Lecz nawet jeśli wezwanie bin Ladena do krwawej świętej wojny przeciwko Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom już nie znajduje odzewu, nie zniknął instynktowny antyamerykanizm, który dał pożywkę jego zepsutemu kredo. Wrogość do Stanów Zjednoczonych wciąż utrzymuje się w świecie arabskim i w innych krajach muzułmańskich.
Część winy może leżeć po stronie samej administracji Obamy, która - niewątpliwie wyczulona na zagrożenie przejęciem władzy politycznej przez islamskich ekstremistów - nie kwapi się by stawać po stronie ruchów protestu. Okres ten charakteryzuje się oświadczeniami sekretarz stanu Hillary Clinton, które sprawiają, że polityka amerykańska wygląda na - w najlepszym razie - oderwaną od rzeczywistości. Gdy demonstracje wstrząsały Egiptem, określiła ona reżim Mubaraka jako "stabilny" zanim nie została zmuszona do zmiany kursu. Później opisała Assada - pomimo jego antyamerykańskiej postawy - jako "reformatora", którą to ocenę dobitnie ośmieszyły późniejsze represje, w których jak mówią działacze broniący praw człowieka zginąć mogło ponad 1000 osób.
Rezultatem w krajach takich jak Egipt, Bahrajn i Jemen, którego osaczony prezydent Ali Abdullah Saleh jest kluczowym sojusznikiem Waszyngtonu w walce przeciwko al-Qaidzie, jest przylgnięcie do Stanów Zjednoczonych w publicznej opinii poparcia dla dyktatorów przeciwstawiających się ludowym żądaniom odnośnie demokracji - co bynajmniej nie jest idealnym antidotum na antyamerykanizm. Hamid mówi wprost, że Stany Zjednoczone "nie spisują się bardzo dobrze" podczas Arabskiej Wiosny i ostrzega, że niezdolność Białego Domu do stanięcia po stronie powstań niesie dla Waszyngonu ryzyko "bycia po złej stronie arabskiej historii".
Arabowie "poszli dalej"
Azzam zgadza się, ale mówi, że rzeczywistość w końcu zmusi Waszyngton do poparcia powstań ludowych. "Nieprzekonywujące środki, które czasami wychodzą od amerykańskiej administracji często tłumią budowę lepszych stosunków między arabską ulicą a Stanami Zjednoczonymi", mówi Azzam. "Myślę, że osiągnęliśmy punkt, w którym przywódcy w dużej części Bliskiego Wschodu stali się obciążeniem nawet dla interesów Stanów Zjednoczonych, a zatem myślę, że energia miejscowych ruchów protestu ostatecznie wymusi stanowisko USA. Im bardziej odrzucany jest ład polityczny taki jak istnieje w dużej części Bliskiego Wschodu, myślę że tym bardziej Stany Zjednoczone będą musiały zareagować w bardzo jasny sposób".
Ale takie rozpoznanie szybko zmieniającego się Bliskiego Wschodu może wymagać drastycznych zmian w "wojnie z terrorem", nawet w chwili gdy motywacja al-Qaidy do podjęcia ataku by pomścić śmierć bin Ladena jest największa. Z pewnością, mówi Hamid, stwarza to ogromne wyzwanie dla tych w Waszyngtonie, którzy argumentują, że kampania przeciwko dżihadowi wciąż jest tak samo istotna jak dzień po 11 września.
"Od kilku już lat to nie jest tak istotne czy znaczące. Wyszliśmy poza wojnę z terrorem. Terroryści i dżihadyści odgrywają coraz bardziej marginalną rolę w regionie. Po prostu nie znaczą wiele dla większości Arabów i to dlatego al-Qaida tak naprawdę nie występuje prominentnie w arabskiej debacie", mówi Hamid. "Pouczające jest, że relacje arabskich mediów o śmierci bin Ladena są dość odmienne od relacji amerykańskich. Arabowie poszli dalej i w pewnym sensie przeważającą reakcją wydaje się być obojętność i ambiwalencja. To nie jest główna wiadomość w świecie arabskim. Arabowie, pod wieloma względami bardziej niż Amerykanie, wyszli poza al-Qaidę".
Copyright (c) 2011. RFE/RL, Inc. Reprinted with the permission of Radio Free Europe/Radio Liberty, 1201 Connecticut Ave., N.W. Washington DC 20036.
Oryginalna wersja artykułu znajduje się pod adresem:
http://www.rferl.org/content/for_arab_spring_bin_laden_already_dead/24091491.html
FOTO 1: Flickr user americanistadechiapas