USA Ameryka Łacińska: supermocarstwo traci wpływy na 'własnym podwórku'
menu:  Główna Artykuły Baza Państw Dokumenty Kalendarz Słownik Praca w UE Książki
stosunkimiedzynarodowe.info - Raport Specjalny
Polityka zagraniczna administracji Busha
USA Ameryka Łacińska: supermocarstwo traci wpływy na 'własnym podwórku'
stosunkimiedzynarodowe.info 2009-01-30 18:33:23

Ameryka Łacińska jest być może tym regionem, który najbardziej zaginął w polityce zagranicznej USA za rządów George’a W. Busha, co zaskutkowało wyraźnym spadkiem wpływów supermocarstwa w regionie. Rolę odegrało tu wiele różnych czynników. Powszechne było przekonanie, że po zamachach z 11 września 2001 roku USA straciły zainteresowanie Ameryką Łacińską, co stało w sprzeczności z początkowymi deklaracjami Busha o priorytetowym traktowaniu regionu. Koncentrująca się na promocji wolnego handlu i otwieraniu rynków polityka USA wydawała się w ogóle nie zauważać charakterystycznych dla Ameryki Łacińskiej wyzwań o charakterze społecznym, tj. biedy, ogromnych nierówności, dyskryminacji ludności rdzennej, bezrobocia, przestępczości. Polityka wobec Kuby, opierająca się niezmiennie na całkowitej izolacji reżimu Castro, wydawała się coraz bardziej niezrozumiałym anachronizmem, a jednocześnie USA podważały swoją wiarygodność jako rzecznika demokracji, popierając w kwietniu 2002 roku zamach stanu w Wenezueli, który na chwilę odsunął od władzy Hugo Chaveza, a w lutym 2004 roku naciskając na opuszczenie Haiti przez prezydenta Jeana-Bertranda Aristide. USA nie potrafiły też opracować reformy imigracyjnej, bardzo istotnej dla Meksyku, państw Ameryki Środkowej i regionu Karaibów, a zamiast tego rozwiązaniem problemu miał być mur na granicy z Meksykiem, odbierany jako policzek dla mieszkańców tego państwa i reszty Ameryki Łacińskiej. Sprzeciw Ameryki Łacińskiej, mającej długą historię interwencji amerykańskich, budziły takie aspekty polityki zagranicznej USA jak wojna w Iraku, która przejściowo popsuła stosunki nawet z przyjaźnie nastawionymi państwami takimi jak Chile i Meksyk, który jeszcze na 6 dni przed zamachami z 11 września został określony przez Busha najważniejszym partnerem bilateralnym Ameryki [1].

Antyamerykańskie nastroje przełożyły się na wzrost popularności idei lewicowych, początkowo rozpowszechnianych głównie przez prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza. Za rządów Busha lewicujący przywódcy doszli do władzy w Boliwii (Evo Morales), Ekwadorze (Rafael Correa), Urugwaju (Tabare Vazquez), Nikaragui (Daniel Ortega). Powiększał się antyamerykański obóz skupiony wokół Chaveza, zaś jedynym państwem latynoamerykańskim, które można było określić bliskim sojusznikiem USA, była Kolumbia, aktywnie wspierana przez Waszyngton w walce z Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii (FARC) i narkobiznesem.

Administracja Busha w polityce wobec Ameryki Łacińskiej skupiała się na promocji zasad wolnego rynku. Sztandarową inicjatywą była propozycja Strefy Wolnego Handlu Ameryk (Free Trade Area of Americas – FTAA), mającej wyeliminować bariery dla handlu i inwestycji między wszystkimi 34 demokracjami Zachodniej Hemisfery. Negocjacje w tej sprawie, zainicjowane jeszcze w 1994 roku, miały zostać zakończone w 2005 roku, lecz w rzeczywistości już parę lat wcześniej utknęły w martwym punkcie i na Szczycie Ameryk w Mar del Plata w listopadzie 2005 roku jasne stało się, że koncepcja ta upadła. Świadczyło to o tym, że całkowicie odrzucony został tzw. „Consensus Waszyngtoński”, tj. zestaw podstawowych zasad (takich jak dyscyplina fiskalna, liberalizacja handlu, prywatyzacja i deregulacja [2]), w oparciu o które USA chciały układać stosunki gospodarcze i handlowe z Ameryką Łacińską. Ambicje Waszyngtonu musiały zostać ograniczone do porozumień subregionalnych (Środkowoamerykańskie Porozumienie o Wolnym Handlu – CAFTA z 2004 roku) i bilateralnych (np. porozumienie o promocji handlu z Peru z 2006 roku), a tymczasem popularność zdobywać zaczęły inne, socjalnie-zorientowane inicjatywy, wykluczające USA, jak Boliwariańska Alternatywa dla Ameryk (ALBA).

Postępująca marginalizacja USA była aż nadto widoczna w ostatnich miesiącach prezydentury Busha. W grudniu 2008 roku w brazylijskim Costa do Sauipe odbył się największy hemisferyczny szczyt bez udziału USA, na którym gwiazdą był prezydent Kuby Raul Castro. Gdy w styczniu 2009 roku Kuba obchodziła 50-lecie zwycięstwa rewolucji gośćmi w Hawanie byli już nie tylko najbardziej entuzjastyczni zwolennicy Fidela Castro (Chavez, Morales), ale też bardziej umiarkowani przywódcy: prezydent Panamy Martin Torrijos i prezydent Ekwadoru Rafael Correa, a w planach były państwowe wizyty prezydent Argentyny i Chile, Cristiny Fernandez de Kirchner i Michelle Bachelet, a nawet prezydenta Meksyku Felipe Calderona.

Złe stosunki USA z niektórymi państwami regionu odbijają się mniejszą skutecznością zwalczania przestępczości ze strony gangów narkotykowych, które coraz częściej są uważane za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA. W sierpniu 2005 roku Wenezuela zawiesiłą współpracę z amerykańską Drug Enforcement Administration (DEA), którą oskarżono o działalność szpiegowską. 1 listopada 2008 roku to samo uczynił prezydent Boliwii Evo Morales, który oskarżył DEA o konspirowanie z ugrupowaniami antyrządowymi. 16 września 2008 roku USA umieściły Boliwię na liście państw nie współpracujących w walce z narkotykami, obok znajdujących się już na niej Wenezueli i Myanmaru.

Za kadencji Busha dokonała się nie rokująca niczym dobrym zmiana warty w latynoamerykańskim biznesie narkotykowym: miejsce karteli kolumbijskich zajęły agresywne kartele meksykańskie. Zwiastun wzrostu ich aktywności miał miejsce na zaledwie dzień przed inauguracją Busha, 19 stycznia 2001 roku, kiedy na krótko przed planowaną ekstradycją do USA z więzienia w Puente Grande w spektakularny sposób zbiegł aresztowany w 1993 roku w Gwatemali szef kartelu Sinaloa, Joaquin „El Chapo” Guzman. Dziś Sinaloa i inne kartele urządzają prawdziwą rzeź w Meksyku. Alarmujące dane obrazujące rosnącą skalę tego problemu podał 8 grudnia 2008 roku meksykański prokurator generalny: w pierwszych 11 miesiącach 2008 roku w Meksyku zanotowano 5376 zgonów w wyniku przemocy na tle narkotykowym, podczas gdy w tym samym okresie zeszłego roku ofiar było 2477. Doszło do tego mimo rzucenia sił zbrojnych do walki z przestępczością narkotykową przez prezydenta Felipe Calderona zaraz po objęciu przez niego urzędu w grudniu 2006 roku. Ponadto wpływy karteli meksykańskich umocniły się w państwach Ameryki Środkowej, zwłaszcza w graniczącej od południa Gwatemali, a nawet zaczęły sięgać najdalszych zakątków Ameryki Południowej, np. Argentyny.

Administracja Busha zwlekała z zajęciem się tym problemem, mimo iż walka z narkoprzestępczością jest jednym z filarów polityki USA wobec Ameryki Łacińskiej. Dopiero 22 października 2007 roku przedstawiono trzyletnią Inicjatywę Merida, która zakłada wsparcie w wysokości 1,4 miliarda dolarów, m.in. na zakup śmigłowców i samolotów obserwacyjnych, usprawnienie systemów komunikacji oraz przechowywania i przetwarzania danych, sprzęt inspekcyjny itd. [3] Kongres USA zatwierdził pierwsze 400 milionów dolarów w czerwcu 2008 roku, a pierwsze 197 milionów dolarów pomocy udostępniono dopiero 3 grudnia 2008 roku.

Tymczasem 16 grudnia 2008 roku raport Departamentu Sprawiedliwości USA zidentyfikował meksykańskie gangi narkotykowe jako największe zagrożenie dla USA ze strony przestępczości zorganizowanej, a w styczniu 2009 roku upubliczniony został raport przygotowany przez dowództwo armii amerykańskiej, mówiący że dwa duże i ważne państwa są zagrożone nagłym upadkiem: Pakistan i Meksyk – ten drugi z powodu „trwałego natarcia i presji gangów kryminalnych i karteli narkotykowych” [4]. Inny raport, autorstwa emerytowanego generała Barry’ego McCaffreya, stwierdza że kartele „obaliły władze państwowe i komunalne i stanowią śmiertelne zagrożenie dla rządów prawa w całym Meksyku” i w związku z tym Stanom Zjednoczonym grozi, że w ciągu najbliższej dekady za swoją południową granicą będą miały „narko-państwo” [5].

Osłabienie pozycji USA w Ameryki Łacińskiej stworzyło okazję dla innych mocarstw do zaznaczenia swojej ich ambicji w tym regionie. Najwięcej uwagi mediów skupiały posunięcia mocno skłóconej z USA Rosji, która wchodziła w coraz bliższe stosunki z państwami latynoamerykańskimi mającymi na pieńku z USA. Rosja stała się głównym dostawcą broni do Wenezueli, we wrześniu 2008 roku wysłała na wspólne manewry bombowce strategiczne Tu-160, a w listopadzie – grupę okrętów wojennych. Odnawiała też stosunki z dawnym zimnowojennym sprzymierzeńcem Kubą oraz intensyfikowała współpracę z Brazylią w ramach ugrupowania BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny). Rosyjska aktywność stała się na tyle intensywna, że 22 grudnia 2008 roku w celu jej wyjaśnienia pierwszą wizytę w Moskwie złożył najwyższy przedstawiciel Waszyngtonu odpowiedzialny za region Ameryki Łacińskiej – podsekretarz stanu Thomas Shannon.

Nie tylko Rosja zdobywała przyczółki w Ameryce Łacińskiej: sporo uwagi zwróciło też budowanie przez Iran sojuszy z państwami takimi jak Wenezuela, Boliwia i Ekwador. Podczas gdy Waszyngton nie wydawał się aż tak bardzo zafrasowany obecnością Rosji, Iran budził o wiele większe zaniepokojenie z powodu dążeń Waszyngtonu do objęcia tego państwa jak najszerszymi sankcjami międzynarodowymi w związku z domniemanymi dążeniami do budowy broni jądrowej, a także z powodu podejrzeń o historyczne związki Iranu z terroryzmem w Ameryce Łacińskiej, w szczególności zamachem bombowym na centrum społeczności żydowskiej w Buenos Aires w 1994 roku. Tymczasem bez większego rozgłosu coraz bardziej prominentną rolę w Ameryce Łacińskiej, głównie za sprawą konsekwentnego rozwoju więzi ekonomicznych, odgrywać zaczęły Chiny.

Mimo wszystkich zaniechań administracji Busha, USA mogą optymistycznie patrzeć w przyszłość dzięki podstawowym faktom dotyczącym relacji z Ameryką Łacińską: USA wciąż są pierwszoplanowym aktorem w tym regionie – z wymianą w wysokości 589 miliardów dolarów w 2007 roku [6] są niekwestionowanym pierwszym partnerem handlowym, a także najważniejszym zewnętrznym źródłem kapitału inwestycyjnego. Dla wielu państw stanowią niezwykle ważne źródło funduszy przekazywanych przez robotników migrujących (przeszło 60 miliardów dolarów w 2007 roku [7]), pełnią też wiodącą rolę w walce z zarazą narkoprzestępczości. Większość państw Ameryki Łacińskiej wie, że dobre stosunki z USA leżą w ich najlepszym interesie, a zresztą dla USA również znaczenie Ameryki Łacińskiej rośnie, choćby z powodu szybko rozwijających się powiązań handlowych czy zależności od importu ropy naftowej z tego regionu. Należy więc sądzić, że przy bardziej aktywnnej, pomysłowej i wychodzącej naprzeciw oczekiwaniom polityce wobec Ameryki Łacińskiej przywrócenie wpływów USA nie powinno być aż tak trudne, niemniej jednak fakt, że doszło do takiego upadku pozycji i reputacji USA na „własnym podwórku” stanowi poważną porażkę polityki zagranicznej administracji Busha.



raport specjalny
Polityka zagraniczna administracji Busha